czwartek, 9 sierpnia 2012

Mus z rabarbaru z prażonym muesli, jogurtem i wodą różaną. Rabarbar, ostatni w sezonie.

To już ostatnie gałązki rabarbaru, które nadają się do spożycia. Znów przyjdzie nam czekać na jego pyszne łodyżki do następnej wiosny.
Podobnie dzieje się i z innymi owocami. Nie wiem jak wy, ale ja przeważnie strasznie za nimi tęsknię. Oczywiście część z nich zamykam na zimę w słoiczku albo w zamrażarce, ale wiadomo, że to nie to samo...

Borówki amerykańskie. Najsmaczniejsze prosto z krzaka. 


Zawsze z wytęsknieniem czekam na pierwsze truskawki i borówki na krzaczkach, pierwsze czereśnie i wiśnie na drzewie, później moja ekscytacja owocami się tylko rozkręca,  a gdy sezon minie mam ochotę usiąść i zapłakać. Jestem totalnie uzależniona od owoców wszelakich, ale największą miłością darzę te, które sama zbieram z ogrodu. Dziś z samego rana wyczytałam w artykule "brudna-dwunastka", że w badania laboratoryjne wykazały w wielu owocach i warzywach, które często jem pozostałości  pestycydów. Szczególnie w jabłkach- bo aż w 98% z tych objętych badaniem. Część mojej rodziny mieszka w Grójcu pod Warszawą- znanym w Polsce obszarze sadowniczym. Z pierwszej ręki wiem, że część jabłek odkładają "dla siebie, dla rodziny" i te na pewno są czyste. Natomiast cala reszta przeznaczona na sprzedaż, traktowana jest wieloma opryskami. Ma to wiele przyczyn- jabłka muszą przetrwać długo czas w chłodniach- aż do następnego lata, muszą mieć "ładny wygląd" i być odporne na wszelkie skazy- robaki, pleśń i inne. Oprócz tego opryski muszą zapobiec chorobom całego drzewa, by plony były jak najokazalsze.  No cóż, w dzisiejszych czasach nawet owoce podlegają przepisom i muszą odpowiadać ściśle wyznaczonym normom. Tylko co mi po takim jabłku czy sałacie, które są napakowane chemią? Oczywistą sprawą jest, że z jedzenia owoców i warzyw nie możemy rezygnować, a ich wartość odżywcza jest większa niż szkodliwość dla organizmu. Ale jeśli możemy i mamy taką możliwość, korzystajmy z darów natury, które tej chemii mają jak najmniej.

Krzaki borówki amerykańskiej


Ja mam to szczęście, że posiadamy własny ogród i sad. Wiele pól naokoło leży w tej chwili odłogiem, więc mam pewność, że pestycydy nie przepływają do nas od sąsiada. Mam świadomość, że gleba i powietrze w moim regionie na pewno nie należą do najlepszych i najbardziej czystych, ale nie jest najgorzej.

Tak, kocham nasz ogród i dary jakie dzięki niemu mamy. Szczególnie te truskaweczki i malinki, boróweczki i śliwki i czereśnie i dynie i cukinie i marchewkę i buraki...ech...

Magic (vel. Madżik) w borówkach :)

Nasz kochany kociak też uwielbia borówki- zwłaszcza cień, jaki dają i zimna korę za legowisko :)
Wrócę do rabarbaru. W tym roku przygotowywałam z niego kilka nowych specjałów, między innymi muffinki z rabarbarem, sorbet rabarbarowy i karmelizowany rabarbar, jako smarowidło do prostego biszkopta:

karmelizowany rabarbar
A dzisiaj najprostszy mus z rabarbaru na świecie, z dodatkiem muesli, jogurtu i wody różanej. Proste i zdrowe śniadanie lub kolacja w wielu wariacjach co do typu jogurtu, może dodatku śmietany, czy kawałków czekolady, oraz jeszcze innych orzechów, czy suszonych owoców. Mus rabarbarowy można przygotować wieczorem i podać z rana, do łóżeczka, by dopieścić troszkę ukochaną osobę...

mus rabarbarowy z wodą różaną


Mus z rabarbaru z prażonym muesli, jogurtem i wodą różaną

Składniki:
na 2 porcje

2 grube gałązki rabarbaru
ok 1 szklanka wody
2 łyżki wody różanej
2-3 łyżki brązowego cukru
300 ml gęstego jogurtu naturalnego (lub 2 małe opakowania- u mnie jeden krowi naturalny i jeden sojowy)
1/2 szklanki płatków owsianych
2 łyżki otrąb owsianych
po 1-2  łyżkach rodzynek, migdałów (u mnie ze skórką) i orzechów laskowych

2 łyżeczki miodu

Rabarbar dokładnie płuczemy z piasku i kroimy na 1 centymetrowe plasterki. Wkładamy do garnuszka i zalewamy wodą, tak by jej poziom był równy z rabarbarem, dodajemy cukier i gotujemy 10 minut na średnim ogniu. Rabarbar się rozgotuje i rozpadnie. Jeśli chcemy bardziej słodki mus dodajemy więcej cukru lub miód. Jeśli w garnuszku mamy jeszcze dużo wody, trzeba ja trochę odparować, by mus był gęsty.
Zdejmujemy z ognia i miksujemy blenderem, lub malakserem. Dodajemy wodę różaną i odstawiamy do ostygnięcia.

Płatki owsiane mieszamy z otrębami, posiekanymi orzechami i rodzynkami. Wrzucamy całość na suchą patelnię i prażymy przez ok 4-5 minut na złoto, często mieszając a najlepiej podrzucając na patelni. Zdejmujemy z ognia i studzimy

Ostudzony mus wlewamy do  dwóch pucharków (kieliszków), na niego odpowiednio wykładamy jogurt i posypujemy prażonym muesli. Mus rabarbarowy polewamy jeszcze odrobiną miodu lub syropu z agawy i wstawiamy na godzinę lub na noc do lodówki.

Smacznego

wtorek, 7 sierpnia 2012

Tarta cytrynowa z jeżynami. Zdrowe słodycze i dietetyczne desery.

Słodkości- ciasta, desery, ciastka, lody, czekolada- to moja słabość. Jaki byłby świat bez słodyczy? Dla mnie troszkę bardziej smutny i mniej ciekawy. Dla mnie mała deserowa chwila w czasie dnia to czas na celebrację, delektowanie się smakiem i słodyczą, która rozpływa się w ustach.

Myślę że zajadanie się słodkościami wcale nie musi być tuczące. Ważny w tym temacie jest przede wszystkim umiar, czyli zamiast pochłonąć całą pyszną tartę, zjem jeden kawałek. Choć uwierzcie mi że jej połowa na pewno zmieściłaby się w moim brzuszku. Jedno ciastko do kawy czy herbaty na pewno nikomu nie zaszkodzi... problem w tym, że tak trudno się zatrzymać na tym jednym, czy nawet dwóch.

Jeśli chodzi o wypieki, to staram się by te w moim wykonaniu miały w sobie jak najwięcej błonnika, by były bardziej zdrowe dla naszego brzuszka. To znaczy, że często zamieniam białą mąkę na jej odmianę pełnoziarnistą, a także eksperymentuję z różnymi rodzajami mąk- jak jęczmienna, żytnia, orkiszowa, gryczana, owsiana. Oprócz tego dodaję różne płatki i otręby zbożowe. Poza tym, zawsze zmniejszam ilość cukru w przepisie. Mąka pełnoziarnista, czy graham mają w sobie coś takiego, że nadają takiego fajnego posmaku, który nie potrzebuje dużo cukru. Ponadto biały cukier zastępuję brązowym, albo miodem, czy syropem z agawy. (np. gofry :))

Kolejną dewizą moich dietetycznych deserów jest duża ilość świeżych owoców, szczególnie tych kwaskowatych- jak jeżyny, porzeczki, kwaśne jabłka, kiwi, grapefruit, cytryna. W zasadzie nigdy nie używam owoców z puszki, a tych świeżych praktycznie nie dosładzam. Często eksperymentuję także z warzywami w słodyczach :)

Co więcej, unikam jak ognia tłustej śmietany, kremów na bazie masła, tłustego sera i słodzonych jogurtów. Najczęściej używam maślanki, kefirów, kremowych serków półtłustych, lub ostatecznie gęstych jogurtów.
Jeśli używam czekolady, to jest to taka z zawartością co najmniej 60%, a najlepiej 80% miazgi kakaowej.
Pewnie, jak wiele z was szerokim lukiem omijam ciasta i kremy "z torebki".


Drogie panie i panowie, nie oszukujmy się jednak, ze są dni kiedy przejście obojętnie koło pysznej drożdżóweczki, ciastka francuskiego, czy napoleonki graniczy z cudem. A gdy jeszcze pojawi się ochota na tiramisu albo lody z sosem waniliowym i bita śmietaną, albo widzimy świątecznego keksa, makowca, albo znakomity sernik mamusi... ojej. No cóż, i takie dni są potrzebne, ale może niech nie zdarzają się codziennie, albo dwa razy dziennie....

Kochani, wniosek jest taki, że najlepiej jest słuchać i obserwować własny organizm. Pozwólmy sobie na chwile słodkiej przyjemności, ale nie pakujmy w siebie masy prostych cukrów i tłuszczów- zwłaszcza tych nasyconych. A po zjedzeniu pączka, kremówki, czy podwójnej porcji lodów, nie udawajmy się na wielogodzinną sjestę, a może zamiast tego na energiczny spacer, przejażdżkę rowerową, wycieczkę w góry, intensywną zabawę, grę, czy tance z własnymi dziećmi, lub przyjaciółmi.

Takie jest moje zdanie o słodkościach i ich spożywaniu. Ja na pewno z nich nie zrezygnuję, bo zbyt mocno je kocham :)

Znacie film "Chocolat" z Juliette Binoche i Johnym Deppem? Chyba każda z nas widziała go co najmniej jeden raz.  To tak na wyśmienity czekoladowy deser...


 Przepis to moja modyfikacja tarty cytrynowej z jagodami z książki: "Tarteletki i tarty" Sarah Banbery .



Tarta cytrynowa z jeżynami.
6 porcji.
Składniki:

ciasto:
100 g mąki pszennej pełnoziarnistej
70 g mąki pszennej
1 lyżeczka cukru pudru,
szczypta soli,
85 g schłodzonego masła (lub margaryny)
1 żółtko
drobno starta skórka z 1 cytryny,
ok.50 ml zimnej wody

masa cytrynowa
2 duże jajka
50 g brązowego cukru
100 g masła pokrojonego w kostkę
100 ml soku z cytryn (ok 3 cytryny)

400 g świeżych jeżyn

skórka z cytryny do ozdoby

Przygotowanie:

Tartę upiekłam w tortownicy o średnicy 22 cm. W książce polecają upiec ją w prostokątnej formie do tart o rozmiarze 33x10 cm, najlepiej z ładnie  pofalowanym brzegiem.

Najpierw przygotowujemy cytryny. Każdą dokładnie myjemy pod bieżącą gorącą wodą. Ścieramy skórkę przy pomocy specjalnej tarki lub zestu. Cytrynę masujemy rolując ją po blacie, przekrawamy i wyciskamy sok do oddzielnego pojemniczka.

Do miski wrzuć mąki, sól i cukier oraz kostki masła. Rozdrabniamy całość rękoma, szpatułką, lub w malakserze aż do uzyskania konsystencji kruszonki. Dodać żółtko, skórkę z cytryny i tyle wody by powstało gładkie, ale nieklejące się ciasto. Wyłożyć na oprószoną mąką tortownicę i rozwałkować koło (lub kwadrat)
o średnicy 30 cm. Delikatnie przekładamy ciasto do formy, wyklejamy dno i formujemy równe brzegi. Na środku umieszczamy papier do pieczenia na który wysypujemy fasolki do pieczenia tarty. Formę wstawiamy na pół godziny do lodówki.

W tym czasie możemy zająć się przygotowaniem masy cytrynowej. Wbijamy jajka do żaroodpornej miski, którą później będzie można umieścić na garnku z wodą. Ubijamy jajka z cukrem aż będą puszyste i lekko zbieleją. Wstawiamy miskę na garnek z gotującą się wodą i dalej ucieramy z dodatkiem masła i soku z cytryny. Masę stale mieszamy trzepaczką przez ok 10 minut aż masa zgęstnieje, będzie miała konsystencję rzadkiego budyniu. Zdejmujemy z ognia, odstawiamy do wystudzenia pod przykryciem. (by na wierzchu nie powstał kożuch)

Rozgrzewamy piekarnik do 190'C. Wstawiamy tartę  i pieczemy przez 15 minut. Po tym czasie wyjmujemy papier z fasolkami i jeszcze dopiekamy przez 10 minut. Ciasto wyjmujemy i odstawiamy do całkowitego ostygnięcia.

Jeżyny dokładnie płuczemy. Jeśli są zebrane z lasu, możemy płukać przez chwilę gorącą wodą z kranu. Odsączamy jeżyny na sicie.

Gdy masa i ciasto są już zimne, możemy już dekorować ciasto. Masę cytrynową wylewamy na tartę i układamy na niej jeżyny zaczynając od brzegu. Tarta prezentuje się najlepiej, gdy każdą jeżynę ułożymy oddzielnie, czubkiem do góry. Można oczywiście jeżyny po prostu rozsypać na cieście i tez będzie pysznie.

Tartę wstawiamy do lodówki na co najmniej 2 godziny i przed podaniem dekorujemy skórką otartą z cytryn.


Smacznego!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Kremowa, kalafiorowa zupa łososiowa. Marzenia w rytmie Fado

Marzę o wakacjach nad ciepłym morzem, o spacerach po białym piasku przy blasku zachodzącego słońca, o kolacji w miłej restauracji na nadmorskim deptaku, o frappe z kulką lodów wypitej w południe, o zwiedzaniu starożytnych ruin, odrestaurowanych pałaców, o zagubieniu się w wąskich uliczkach nowego miasta, o próbowaniu pysznych miejscowych potraw, okrywaniu nowych smaków, o rozmowach z poznanymi ludźmi i wieczorach przy drinku z parasolką. Niestety nie w tym roku...

Grecja, Ouranopoli


Na otarcie łez po wcześniejszych podróżach  pozostały mi zdjęcia w albumie i na ścianie. jeśli chodzi o fotografię jestem tradycjonalistką i nie ma dla mnie nic lepszego niż wywołane zdjęcia, które mogę oglądać kiedy chcę. Ta obsesja jest we mnie już od dzieciństwa. Zawsze lubiłam uwieczniać wszystkie ważne dla mnie chwile, stąd w moim archiwum znaleźć można setki a może już i tysiące zdjęć... kto by je zliczył.
Fotografie, które są dla mnie szczególnie ważne i pełne znaczenia umieszczam w ramkach by móc patrzeć na nie jeszcze częściej.
Grecja Sithonia


Jako pamiątkę z podróży przywożę też często muzykę zasłyszaną na miejscu. Przeważnie nie wracam do niej zbyt często, ale są dni, gdy zatęsknię za jakąś plażą, albo małą kafejką i wtedy od razu gra z głośników komputera.
Sardynia

Od lat myślę o podróży do Portugalii. Tym razem, to właśnie muzyka mnie tam ciągnie. Marzę by odwiedzić piękne uliczki Lizbony, gdzie w słynnej Alfamie śpiewa się i żyje się muzyką Fado. Zaraziła mnie ją moja koleżanka, która pisała wiele lat temu pracę licencjacką o tej muzyce i jej twórcach. Później, dalej w arkana Fado poprowadził mnie pewien Portugalczyk, który nie raz słyszał wykonania śpiewaków fado w kawiarniach Lizbony, w prawdziwych domach fado.  Ten styl muzyczny wywodzi się od prostych ludzi z najniższego szczebla społecznego- żeglarzy, zawadiaków, prostytutek i biednych ludzi. Dzięki fado mogli oni przekazać swoje problemy, opisać świat i codzienność, której żyją. Fado pełne jest nieszczęśliwej miłości, zdrady, rozstań i powrotów. Fado to także sposób wyrazu miłości i nienawiści do życia, do miasta, do dalekich i bliskich portów. Moją ukochaną i zarazem bardzo znaną pieśniarką fado jest Mariza, ale to Amalia Rodrigues uznana była za królową fado. To dzięki niej ta portugalska muzyka zyskala światowy rozgłos i popularność.
Fado często mi towarzyszy i dzięki niemu moje marzenia o podróżach są jeszcze piękniejsze...

  
 
A teraz pora na jedzonko. Pomysł na zupkę przyszedł sam, wraz z ugotowaniem rybnego bulionu. Mogę powiedzieć, ze jest ona bardzo smaczna. Następnym razem zrobię jej odmianę tylko z białych warzyw, by miała jeszcze ładniejszy wygląd.

kremowa kalafiorowa zupa łososiowa


Kremowa kalafiorowa zupa łososiowa.
składniki:

1 litr bulionu z łososia **
3/4 litra wody
1/2 dużego kalafiora
1 średnia cebula
1 mały seler
1 duża marchewka
4 ziemniaki
2 łyżki masła czosnkowego (opcjonalnie)
sól, pieprz do smaku
100 g łososia wędzonego na zimno w kawałku

Przygotowanie:

**Bulion z łososia przygotowałam samodzielnie. Z całego sprawionego niespełna 2 kilogramowego łososia wykroiłam filety ze skórą, na inne okazje. Pozostał mi cały kręgosłup z głową. Umieściłam go w garnku i zalałam 3 litrami wrzątku. Wszystkie części łososia muszą być zakryte płynem. Wodę posoliłam wrzuciłam kilka ziarenek pieprzu i gotowałam przez ok 1 godzinę na małym ogniu. Bulion przecedziłam przez sitko.
Otrzymałam ok 1,5 litra bardzo aromatycznego bulionu. Można go użyć zarazem do zup, jak i do przygotowania galarety rybnej, gdyż znakomicie się  żeluje.

zupa łososiowa
Cebulę obieramy, drobno siekamy i podsmażamy w garnku na oliwie aż lekko zbrązowieje. Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę, wrzucamy do cebuli. Marchewkę i seler obieramy, kroimy na małe kawałki i również wrzucamy do garnka.  Podsmażamy wszystko przez kilka minut często mieszając. Dorzucamy kalafiora podzielonego na małe różyczki i zalewamy bulionem i wrzątkiem tak by pokryły wszystkie warzywa w garnku. Gotujemy całość do momentu aż wszystkie warzywa zmiękną czyli ok 15 minut.
Z zupy wyławiamy 2 łyżki cedzakowe warzyw a resztę miksujemy na gładko. Jeśli zupa jest w waszym uznaniu za gęsta możecie dodać do niej trochę wrzątku. Krem doprawiamy do smaku pieprzem i odrobiną soli, pamiętając że wędzony łosoś, też jest słony w smaku.

Przed podaniem do ciepłego kremu kalafiorowego wrzucamy wędzonego łososia bez skóry pokrojonego na niewielkie kawałki. Trzymamy na bardzo małym ogniu przez 3-5 minut, dorzucamy warzywa i zdejmujemy z ognia. Dodajemy masło czosnkowe i ostatni raz mieszamy.

Kalafiorowy krem z łososiem możemy podać w towarzystwie domowego chlebka, pieczywa  czosnkowego lub grissini.

Ta kremowa zupa latem świetnie smakuje także na zimno.

Smacznego!

I jeszcze królowa Fado na deser

piątek, 3 sierpnia 2012

Jeżyny i papierówki pod owsianą kruszonką, czyli dary z ogrodów, łąk i lasów. A na deser dobra książka na wakacje.

zapiekane jeżyny

 Wracając do Czech przytargałam ze sobą mnóstwo warzyw i owoców z ogrodu i z bazarku. Wczoraj zniknęły ostatnie borówki amerykańskie, ale część cukinii i papryk jeszcze czeka na swoją kolej w kuchni.

aronia w moim ogrodzie

W czasie sierpniowych odwiedzin mam zamiar zająć się krzaczkami aronii. Rozrosły się niesamowicie, więc będzie co przerabiać. Owoce aronii są dość cierpkie w smaku gdy je się je na surowo, ale przerobione w soki, dżemy czy nalewkę smakują wyśmienicie. Co więcej są bardzo zdrowe, mają tonę przeciwutleniaczy i zbawienny wpływ na serce. Nie mogę się też doczekać malinek, które w tym roku obrodziły obficie i są wieeelgaśne. mniam.

Liczę też na dynie, które już powoli dorastały do zerwania. Uwielbiam zupę dyniową, placki z dyni, ciasta dyniowe, dżemy dyniowe i marynaty z dyni. Szkoda że dynia już nie jest taka dietetyczna jak aronia, ale co tam :)
Maliny 

Mama Damiana zaopatrzyła nas w kilkukilogramową siatę papierówek, które bardzo lubię. Zauważyłam, że co raz częściej ta odmiana jabłek pojawia się na targach, czyli wracają do łask. To dobrze.

 W Czechach przywitała nas piękna letnia pogoda, postanowiłam więc wybrać się na spacer rozpoznawczy do lasu. Miałam nadzieję znaleźć trochę grzybów, może ostatnie jagody i oczywiście jeżyny. Jagód już nie ma, grzybów nie znalazłam, widocznie się przede mną chowają, albo mają więcej amatorów. Natomiast krzaki jeżyn zaskoczyły mnie swoją obfitością. Z poświęceniem, pokłuta  i z kolcami w dłoniach zaniosłam do naszego mieszkanka mniej więcej kilogram jeżyn. Och, wodze fantazji zaczęły szybko działać i przygotowałam parę pyszności jeżynowych na kolację i za chwilkę się nimi pochwalę. Są to jeżynowe semifredo i jeżyny z jabłkami pod kruszonką.

A propos powrotów...jazdę pociągiem tym razem umilała mi niesamowita książka. Czytałam opowiadania Erica Emmanuela Schmitta pod zbiorczym tytułem "Trucicielka". Wszystkie pozycje tego noblisty jakie do tej pory czytałam poruszają mnie do wnętrza. Jego bohaterowie to postaci bardzo wyraziste, które uwikłane są w skomplikowane związki i relacje z ludźmi, ze światem. Osoby te żyją normalnym życiem, aż przychodzi pewien moment, który zmienia jego bieg, przynosi trudne chwile, istotne przemyślenia.
W tym tomie opowiadań moją szczególną uwagę zwróciło opowiadanie "Powrót". Jest to opowieść o mężczyźnie w sile wieku, który ciężko pracuje jako mechanik na okręcie. Całą jego codzienność od rana do nocy wypełnia praca. Poświęca się jej do granic możliwości. Pewnego dnia wzywa go do siebie kapitan, gdyż ma dla niego wiadomość... z domu. Tak, tak, ten mężczyzna ma również dom, ale rzadko o nim myśli. Wiadomość jest tragiczna, dowiaduje się, że zmarła mu córka. Informacja jest tragiczna i wydawałoby się że wyjaśnia wszystko, ale nie do końca. Otóż ten człowiek morza ma 4 córki, a posłaniec nie napisał, o którą z  nich chodzi. Gregiem zaczynają targać przeróżne myśli. Uświadamia sobie, ze jedną z córek kocha chyba bardziej niż inne, bo od razu błagał Boga, by nie była to ona. Zdaje sobie sprawę, że kolejnej nigdy nie doceniał, zawsze ją deprymował i karcił, natomiast najmłodszej z nich prawie nie zna. Spróbujmy postawić się w jego sytuacji. Nie wyobrażam sobie siebie przez kilka dni w ciągłej tragicznej niepewności. Ten moment niewątpliwie zmienia patrzenia Grega na świat. Jest już świadomy licznych błędów jakie w życiu popełnił, krzywd, które sprawił ludziom najbliższym sercu, czy to go zmieni jako ojca, jako męża? Mogę zdradzić, że tak. Na pewno nauczył się cieszyć każdym momentem swojego życia. Od tej chwili będzie się starał nareszcie spełniać rolę ojca i męża, a na dalszy plan odejdzie praca. Jak często ludzie muszą przeżyć tak nieszczęśliwe wydarzenie by zacząć myśleć o swoich bliskich? Czy na prawdę ktoś musi otrzeć się o śmierć byś zauważył że cię potrzebuje? Wiele myśli zostało w mojej głowie po przeczytaniu tego opowiadania. Zakończenia nie zdradzam, bo zachęcam do przeczytania tego i innych opowiadań. Mogę jedynie zdradzić, że jest ono niespodziewane...

Książki Erica są odpowiednie dla każdego, nawet mało aktywnego czytelnika. Opowiadania są wciągające, krótkie, pełne jasnych a zarazem jakże istotnych treści. Szukajcie jego opowiadań w dziale z literaturą francuską. Serdecznie polecam.


Jeżynowe semifredo (bardzo proste)

semifredo jeżynowe
składniki:
2 szklanki jeżyn
2 łyżki brązowego cukru
ew. 2 łyżki ciepłej wody

Jeżyny z lasu bardzo dokładnie płuczę pod prysznicem z bieżącej ciepłej wody, po czym osączam na sicie. 1,5 szklanki jeżyn wrzucam w pojemniczku do zamrażalnika, co najmniej na 3 godziny. Po tym czasie wrzucam je do malaksera razem z resztą jeżyn i cukrem. Miksuję na gładko.Jeśli nie chcą się dobrze połączyć, można do nich dodać 2 łyżki cieplej wody. Mus oczywiście dosładzamy według uznania.
Wkładamy na dodatkowe 30 minut do zamrażalnika i podajemy, gdy jeszcze calkowicie nie zamarzł.




Jeżyny i jabłka pod owsianą  kruszonką

Jeżyny i papierówki pod owsianą kruszonką.

jeżyny i jabłka
(inspiracja zaczerpnięta ze znanego od dawna przepisu Sophie Dahl)
4 nieduże porcje

2 jabłka średniej wielkości  (papierówki, antonówki, szare renety)
1,5 szklanki jeżyn

1/2 szklanki mąki orkiszowej pełnoziarnistej (lub innej)
1/2 szklanki płatków owsianych
50 g masła
3 łyżki cukru trzcinowego
syrop z agawy lub miód do polania owoców

Z jabłek wycinamy gniazda nasienne i kroimy na niewielkie kawałki. Jeżyny dokładnie płuczemy ciepłą wodą i osączamy na sicie.

zapiekane jeżyny z lodami
Mąkę, płatki, cukier i masło ucieramy łyżką lub ręcznie do konsystencji kruszonki.
Do zapiekania użyłam małych foremek do sufletów. Chciałam by każda porcja podana była w oddzielnym naczyniu. Można do tego użyć dowolnych żaroodpornych foremek.
Piekarnik rozgrzewamy do 200'C.
Na dno foremek wysypujemy cząstki jabłek, na nich układamy jeżyny. Polewamy je mniej więcej łyżeczką syropu z agawy i pokrywamy kruszonką. Wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy około 15 minut, aż kruszonka nabierze złotego koloru, a na bokach będzie widać sok jaki wytworzył się z owoców.

Podajemy na ciepło samodzielnie, lub z kulką lodów waniliowych.

Smacznego!

środa, 1 sierpnia 2012

Patisony, ogórki, cukinie w ziołowej marynacie. Przetwory część druga.

Często trafiam ostatnimi czasy na przepisy i książki autorstwa Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Parę dni temu dostrzegłam w mojej bibliotece książkę: "Jedyne praktyczne przepisy konfitur, różnych marynat, wędlin, wódek, likierów, win owocowych, miodów oraz ciast." (wydanie z 1985r, według wydania z 1885 roku.) Od razu porwałam ją do domu i zaczęłam przeglądać, z racji że sezon na przetwory właśnie trwa.

Zaczęłam od "oddziału siódmego" Różne konserwy bez cukru, marynaty. Możemy tam znaleźć nawet przepis na domowy ocet oraz oczywiście wiele marynat.
Ogórki
"ogórki kwasić należy w sierpniu. Dobroć ogórków na zimę, zależy głównie od piwnicy i ogórków samych. Trzeba uważać, żeby ogórki mające się kwasić na zimę, nie były przestałe, ani zbyt wysuszone przez słońce, lecz jędrne, zielone, zebrane w suchy dzień i jak można najprędzej po zerwaniu urządzone."

Język tekstów Pani Lucyny czasem wprawia w zamyślenie, czasem śmieszy, ale przecież to pozycje jeszcze z XIX wieku! Co mnie najbardziej w tych książkach uwodzi jest to, ze znajduję tam wiele praktycznych porad z cyklu co, kiedy, jak, ile i gdzie, na wszelkie około-kulinarne tematy. O ile niektóre przepisy są trudne do wykonania współcześnie, o tyle nadal uwielbiam je czytać, nawet do poduszki.

Próbuję teraz wykonać jeden z przepisów na ogórki kwaszone z octem. Troszkę musiałam go przerobić, ale mam nadzieję że się udadzą. Na razie do nich nie zaglądam, ale na pewno napiszę, czy i jak wyszły.

Zaciekawiło mnie, że w tamtych czasach robiło się korniszony w zupełnie inny sposób niż dzisiaj.  Właśnie tak:
"korniszony bez płukania przesypywać dobrze solą w garnku lub na misce; niech tak stoją godzin 12, często mieszając. Po tym czasie obetrzeć każdy do sucha ściereczką i na misce sparzyć gorącym lekkim octem. Niech tak stoją 24 godzin; następnie wyjąć je z tego octu, ułożyć w garnku kamiennym lub słoju szklanym przekładając korzeniami, pieprzem zwyczajnym i tureckim, angielskiem zielem, imbirem, estragonem, liśćmi bobkowemi, cebulką zwaną szarlotką sparzoną pierwej ukropem; można także dołożyć strączków fasoli i kalafiorów, pierwej jednak w wodzie obgotowanych; gdy tak słój już pełen się ułoży, zagotować w rondlu octu bardzo dobrego i przestudzonym zalać korniszony, a na drugi dzień obwiązać pęcherzem. W parę tygodni odlać ocet, jeszcze raz go przegotować i zimnym polać."

Może ktoś z was będzie chciał wypróbować ten przepis, a jak nie to zachęcam do skorzystania z mojego. W części patisonów pozostawiłam kwiaty, one tez są pyszne po zamarynowaniu, trzeba jedynie z ich wnętrza usunąć pręciki :)

Na mnie czekają w ogrodzie jeszcze inne warzywka dyniowate. Już za kilka tygodni zabiorę się także za nie :)
dynia

dynia

krzaki dyni

cukinia kulista



Patisony w ziołach

Patisony marynowane w ziołach.

1 kg małych patisonów  (lub ogórków, pokrojonej cukinii, lub małych cukinek)

Marynata:
1 szklanka octu z białego wina
1 szklanka octu 10%
3 szklanki wody
1/2 szklanki cukru
1 łyżka soli

Dodatki- na każdy sloik:
1 mały ząbek czosnku
1 listek laurowy
1/2 lyżeczki ziaren ziela angielskiego
1/2 łyżeczki nasion gorczycy
1/2 łyżeczki ziaren pieprzu
mala gałązka oregano
mała gałązka estragonu
liść selera
liść natki pietruszki

Składniki marynaty zagotować w rondelku. Można ją dodatkowo doprawić solą lub cukrem do ulubionego smaku.

 Umyte i osuszone patisony, lub inne warzywa układamy w słoiczkach dość ściśle. Ja w patisonach pozostawiłam kwiaty, uprzednio usuwając z nich pręciki. Do każdego słoika wrzucamy przyprawy i zioła jak w składnikach przepisu. Czosnek rozdrobniłam i także wrzuciłam do słoiczków.

Patisony zalewamy gorącą marynatą, słoiczki zakręcamy i sprawdzamy ich szczelność przez odwrócenie ich do góry dnem. Uwaga, by gorąca marynata nie oparzyła dłoni!

Słoiki tej samej wielkości pasteryzujemy w garnku z wodą do 3/4 wysokości słoików. Od momentu gdy woda zawrze, gotujemy 15 minut. Słoiczki studzimy, jeszcze raz mocno dokręcamy i odstawiamy do spiżarni.

Pikle są dobre do spożycia ok. tydzień od przygotowania, ale spokojnie mogą poczekać do zimy.

Smacznego!

poniedziałek, 30 lipca 2012

Smażone nadziewane kwiaty cukini. Opuszczam cukiniowy raj...

To już były ostatnie chwile w domu. Torba jeszcze nie spakowana, bo nigdy nie mogę się do niej zabrać. Zawsze mam problem żeby zacząć pakowanie i robię to w ostatniej chwili. A pamiętam jak jeździłam na kolonie i przygotowywanie rzeczy do podróży, spisywanie listy itp zaczynałam minimum 3 dni wcześniej :)
Tym razem torba znowu ma być ciężka.... ech moje biedne plecy. Zabieram ze sobą oczywiście mnóstwo darów naszego ogrodu i pierwsze tegoroczne marynaty, a do tego nowe oprzyrządowanie do kuchni :)

kwiaty cukini

 Na jeden z ostatnich w trakcie tej wizyty lunchów z mamą zaserwowałam smażone nadziewane kwiaty cukinii. Pochodziły one z malutkich cukinii, które jeszcze nie odrzuciły swoich kwiatuszków, a już trafiły do słoika jako marynaty. Bardzo lubię zarówno te baby-zucchini jak i smażone kwiaty.  Pisałam kilka dni temu o naszych domowych przetworach z patisonów. Szubko pojawi się tez przepis na inne marynaty.



Gdy pojawiają się kwiaty na krzaczkach dyni, cukinii i patisonów poluje na te, które już na pewno się nie przydadzą na krzaczku. Po wcześniejszym przygotowaniu, zatopieniu w cieście, trafiają na patelnię. Tym razem wypełniłam je także nadzieniem z twarożku z ziołami. Ten przysmak jest prosty w wykonaniu ale nie jemy go na co dzień z oczywistych względów. Kwiaty cukinii dość trudno kupić w sklepie, czy na bazarze. W Polsce jest to prawie niemożliwe. Na moim ukochanym Porta Palazzo w Turynie mogłam zakupić małe cukinki które posiadały jeszcze kwiaty i wtedy mogłam je przygotowywać. Była to zarazem oznaka świeżości, ponieważ kwiaty cukinii bardzo szybko więdną i już nie nadają się do niczego... W Polsce najlepiej chyba polować na znajomych z ogrodem, albo pytać na targu, bezpośrednio u rolnika. Może postara się specjalnie dla klienta o kilka cukinek z kwiatami... 




Baby zucchini

Swoją drogą ciekawe dlaczego na polskich targach sprzedawane są przeważnie cukinie dużych rozmiarów. Mój tata twierdzi, że tych małych nikt nie chce kupować. To samo dotyczy innych kształtów i kolorów. Polacy boją się nowości, kupują to co znają. Ale myślę, że to się powoli zmienia.

Nadziewane kwiaty cukinii


Smażone nadziewane kwiaty cukinii

Składniki:

ok 10 zdrowych kwiatów cukinii lub dyni
200 g twarogu półtłustego
po 1 łyżce posiekanej natki pietruszki, estragonu, oregano
sól, pieprz do smaku
150 g jogurtu greckiego

Ciasto:
1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej orkiszowej
3/4 szklanki mleka
1 jajko
szczypta soli i pieprzu

olej do smażenia

Kwiaty opłukać pod bieżącą zimną wodą z piasku. Włożyć palce do środka kielicha i bardzo delikatnie usunąć ze środka pręcik. Musimy uważać by płatki się nie połamały, bo są bardzo kruche. Przygotowane kwiaty układamy na papierowym ręczniku i delikatnie osuszamy.

Mieszamy wszystkie składniki ciasta, odstawiamy by chwilkę odpoczęło. Olej rozgrzewamy we frytkownicy, lub garnku do temperatury 170'C.

Twaróg mieszamy z połową jogurtu i rozdrabniamy widelcem, by uzyskać gładką masę. Doprawiamy ziołami i przyprawami do smaku.

Kwiaty nadziewamy jedną łyżeczką ziołowego twarożku. Najlepiej wypracować na to swój własny sposób. ja rozchylam łyżeczką z nadzieniem płatki i po czym pomagając sobie palcem przez płatek ściągam nadzienie do środka. Połamałam już parę kwiatów w swojej historii, ale szybko nabiera się wprawy i precyzji sapera.  

Nadziane kwiaty łapię za czubki i zanurzam w cieście. Obtaczam je ze wszystkich stron i znów trzymając za płatki wkładam na rozgrzany tłuszcz. Smażę po kilka sztuk do zrumienienia z obu stron.
Kwiaty wyjmujemy łyżką cedzakową na papierowy ręcznik, który wchłania tłuszcz.

Podajemy na ciepło lub na zimno w towarzystwie greckiego jogurtu przyprawionego szczyptą pieprzu i natki pietruszki i opcjonalnie kilkoma kroplami soku z cytryny.

Smacznego!


piątek, 27 lipca 2012

Przetwory. Patisony w marynacie z curry. Wieczór filmowy po hiszpańsku.

Dzisiaj obiecany przepis na pikle z patisonów. Zaproponowaną zalewę można także swobodnie użyć do marynowania ogórków i cukinii pokrojonych w kostkę. Patisony to tak na prawdę odmiana dyni- tzw. Dynia talerzowata. od kilku lat hodujemy z mamą patisony w 90% z przeznaczeniem na przetwory. Dawno temu zasmakowały nam "Patisony ze Ścinawy" i postanowiłyśmy zacząć własną produkcję.  Wspominałam już kilka razy, że nasze przetwory w tym dowcipnie nazwane przez znajomych "parkinsony" robią furorę. Smakują niesamowicie już po kilku dniach. Naszym sekretem jest zawsze duża ilość przypraw i ziół, to one oprócz octu nadają smak patisonom, ogórkom czy cukinii. Kilka lat temu wpadłam w manię marynowania. Mieliśmy wtedy w ogrodzie kilka odmian cukinii, kabaczków i dyni i ich nadmiar trzeba było jakoś przerobić. Powstało wtedy mnóstwo słoiczków wypełnionych samymi pysznościami. Dzięki temu wiem, które pikle były na prawdę smaczne i trwałe.
patison


Teraz nagła zmiana tematu. Miałam dziś opisać kolejny film, który mną poruszył, ale na niego przyjdzie jeszcze pora. Z samego rana wyczytałam w programie telewizyjnym, ze w ramach "Kocham Kino" zaprezentowany będzie film "Maria Łaski Pełna". Właśnie go oglądam.

Jest to film w koprodukcji USA, Kolumbii i Ekwadoru. Porusza on bardzo ważny problem przemytu narkotyków na dużą skalę. Naiwne, młode, zdrowe dziewczęta są namawiane by pracowały jako tzw."muły". Ich zadaniem jest przemycanie heroiny w kapsułkach we własnych żołądkach. Oczywiście za dobrze wypełnione zadanie dostaną tyle pieniędzy, ile nie dałyby radę zarobić przez kilka lat. Maria, główna bohaterka, pracuje w fabryce produkującej róże, musi oddawać pieniądze na utrzymanie całej rodziny, a do tego sama dowiaduję się o ciąży. Maria chciałaby, by jej dziecko wychowywało się w lepszych warunkach, a do tego potrzebne są pieniądze. Czy jej chęć opieki nad nienarodzonym dzieckiem usprawiedliwia podjęcie takiej decyzji i zarazem wielkiego ryzyka? Mogła być złapana i  oskarżona, mogła zginąć i zabić swoje dziecko. Ciężko nam postawić się w sytuacji takiej dziewczyny. Maria dorasta w o wiele trudniejszych warunkach niż my, młodzi ludzie w Polsce. jednego jestem pewna, winnych na pewno trzeba szukać zw producentach, przemytnikach, sprzedawcach narkotyków. 
Nie będę opowiadać więcej szczegółów filmu, bo bardzo was zachęcam do jego obejrzenia. Większość filmów proponowanych w "Kocham Kino" jest prawdziwymi arcydziełami. Maria Łaski Pełna też mieści się w te ramy.
Godny uwagi jest też plakat do filmu, gdy zastanowić się na jego symboliką, można wyciągnąć kilka  kolejnych przemyśleń dotyczących filmu. Szczerze polecam.

Wróćmy do jedzenia. Niestety nie mogę napisać ile słoików marynat otrzymacie. Ja za każdym razem używam słoików o różnych pojemnościach, więc nie podam konkretnej liczby. Z kolei, jeśli zabraknie mi zalewy, to tez się nie przejmuj, tylko dorabiam jej kolejną porcję. Robienie marynat to przyjemność, więc trzeba do tego podejść na luzie i ograniczyć dawkę stresu, a wszystko się uda. Oto przepis:

patisony w curry


Patisony w marynacie z curry.

2 kilogram małych patisonów (o średnicy do 4 cm)
liście selera
cebula
główka czosnku
ziarna gorczycy, pieprzu, ziela angielskiego
listki laurowe
Patisony w marynacie curry

Zalewa:
1 litr wody
1 i 1/2 szklanki octu (10%)
1 1/2 łyżki soli
1 1/2 szklanki cukru
50 g przyprawy curry

Patisony myjemy, ścinamy ogonek i pozostałość po kwiatach. Składniki zalewy zagotowujemy w garnku, uważając by nie wykipiała.

W każdym słoiku ściśle układamy patisony. Dorzucamy po jednej sztuce: listek laurowy, liść selera, ząbek czosnku, plaster cebuli. Dodatkowo dosypuję ok 1/3 łyżeczki ziaren gorczycy, pieprzu i ziela angielskiego.

Do słoików wlewam gorącą zalewę zostawiając 1 cm od wieczka. Zakręcam szczelnie i ostrożnie przechylam słoik i stawiam do góry nogami. w ten sposób od razu sprawdzam czy nakrętka jest szczelna i mogę ją jeszcze wymienić. Odwracam je z powrotem i wkładam do garnka, na dnie kładziemy ściereczkę, by słoiki bezpośrednio go nie dotykały. Pasteryzujemy słoiki o podobnej wysokości i pojemności. Nalewamy wodę do 3/4 wysokości słoika i gotujemy. Od momentu zagotowania wody trzymamy na ogniu przez 15 minut. Po tym czasie możemy je pozostawić w garnku do ostygnięcia lub wyjąć na ściereczkę, na blat i również zostawić by wystygły.

Marynaty powinny być pełne smaku i pyszne już po tygodniu.

Smacznego!