Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobra książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobra książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 maja 2016

Zdrowe Muffinki z ksiązki White Plate na wiosenny piknik w parku/ Healthy muffins from "White Plate" book for a spring-picnic in the park

Dobra ksiażka kucharska to prawdziwy skarb. W każdej chwili, gdy potrzebujesz szybko przepisu na coś co chcesz ugotować lub upiec, mozesz do niej w ciemno zajrzeć. Właśnie taką książkę znalazlam.

Kupiłam "White Plate. Słodkie" Elizy Mórawskiej, ponieważ zawsze lubiłam blog/ stronę internetową autorki. Wypróbowanie jej przepisów to była prawdziwa przyjemność.

Na pierwszy ogień poszła Polska Szarlotka, która ukradła kilka serc w pracy mojego męża. Musiałam na szybko, w ostatniej chwili upiec coś na "wkupne" w jego nowym miejscu pracy.
Później wypróbowałam bezą, która uświetniła urodziny mojego ukochanego i szybko zorientowałam się, że wszystkie przepisy są wspaniałe.

Któregoś słonecznego dnia urządziłyśmy sobie z koleżankami z Graz mały piknik w parku. Słonko nas rozpieszczało swoimi ciepłymi promykami, więc starałam sie korzystać z takiej przyjemnosci tak dużo jak się da. Większosć czasu spędzaliśmy z moim maluchem na zewnątrz, w parku, na placu zabaw, nad rzeką, obojętnie gdzie, byleby na słonku. Piotruś już kocha wszystkie huśtawki, zjeżdżalnie, piaskownice z piaskiem i kamykami (które pasją pożera... na szczęście nie połyka...). Jak każdy maluch, szuka skarbów w trawie, w krzakach i w każdej dziurze. Nie należę do mam sterylnych i nadopiekuńczych, wiec pozwalam mu poznawać świat tak jak mu to odpowiada, obserwując jedynie by nie zrobił sobie krzywdy.

Na piknik zabrałam cały koszyk pełen dobroci dla każdego z nas: kocyk, butelka z lemoniadą z pomarańczy i mięty, przekąski dla maluchów i zdrowe smakołyki dla mam.

Uwielbiam piec babeczki i mufinki, bo ich pieczenie jest ekspresowe i banalnie proste. Zazwyczaj, po prostu improwizuję i łączę przeróżne składniki, jakie akurat mam pod ręką, bazując na podstawowym przepisie na babeczki. Ale tym razem chciałam by były idealne, więc zajrzałam do książki kucharskiej. Oczywiście, książka White Plate" i tym razem mnie nie zawiodła. Babeczki miały idealną fakturę, były lekko puszyste ale i treściwe, o pięknym kolorze i wspaniałym smaku. Tak, były na prawdę pyszne, a do tego zdrowe :) Przysmak idealny.

Żeby babeczki mogły zjeść też maluchy, cukier w przepisie zastąpiłam syropem daktylowym z bardzo pozytywnym efektem smakowym.

Już nei mogę się doczekać kiedy wyprobuje kolejne przepisy z "White Plate. słodkie"...


......................................................................................................................................

A good cooking book is like a treasure. You can use it each time you need a fast tip how to cook or bake something you wish to do. I found one.

I bought "White Plate. Słodkie" by Eliza Mórawska cause I loved the authors blog/website from a very long time. Trying out those resipes was a real pleasure.
At first I used the recipe for Polish "Szarlotka" (apple pie), which stold some hearts of my husbands coworkers. Next was meringue for my husbands birthday and soon I realise that they are all amazingly good.

One  sunny day me and my new friends from Graz had a small picnic in a park. The weather was spoiling us with very a nice temperature and big amount of sun so I was trying to enjoy it as much as I could. Me and my baby boy spend lots of time outside in the park or in the playground.
My kid loves already all kinds of swings, slides and off course sand and rocks (also as a snack)
He is also a small explorer looking for some treasures in the grass or between bushes.

For the picnic, I went to the park equiped with a picnic planket and a bascket fool of goods for us all. A bottle of simple mint and orange lemonade, some small snacks for babies, and healthy treats for mummies. :)

I love baking muffins and cupcakes. They are so easy and fast to make. Usually, I just improvise and combine all the ingredients more or less, depending on what I have in my fridge and drawers.
This day I had very little time and my muffins had to be perfect so I used the recipe from the book. There was no disapointment when I took them out of my oven. perfect sructure, great taste, nice colour.... yes they were deliscious AND healthy. :)

I used much less sugar then originally in the recipe, so even kids could enjoy some of that treat.
I can't wait to test the rest of cakes and cookies from "White Plate. słodkie" (sweet)





Muffinki jak batoniki

ok. 10-12 sztuk

ciasto:
150 g mąki pszennej (ja użyłam pełnoziarnistą)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
2 jajka
120 g cukru (dałam kilka łyżek syropu daktylowego)
1/2 opakowania cukru waniliowego (pominęłam)
1 łyżeczka cynamonu
1 małe jabłko obrane i starte na tarce
120 g startej marchwi
80 ml oleju słonecznikowego
50 g dowolnych orzechów
50 g rodzynek
30 g wiórków kokosowych (zastąpiłam mąką migdałową)

kruszonka*:
30 g masła
40 g mąki
10 g cukru
20 g płatków owsianych błyskawicznych
10 g pestek słonecznika
10 g sezamu
1 łyżka miodu
1 łyżeczka wody
1 łyżeczka oleju słonecznikowego

Wykonanie kruszonki:  Wsypać wszystkie składniki do miseczki. Mieszać łyżką, aż porobią się grudki. Odstawić.

*bardziej tradycyjna kruszonka pełnoziarnista z otrębami owsianymi tez świetnie pasuje

Ciasto:
W jednej misce połączyć sypkie składniki: mąkę, proszek do pieczenia, sól i cynamon. W drugiej misce ubić jajka z cukrem(syropem), ubijając powoli dodać olej a na końcu połączyć z jabłkiem i marchewką. Ja orzechy i rodzynki wrzuciłam najpierw do sypkich składników żeby trochę się obtoczyły w mące. Na końcu łączymy wszystkie składniki muffinek, tylko chwilkę, by się połączyły. Ja uznałam że masa jest trochę za gęsta, więc rozrzedziłam ją kilkoma łyżkami soku jabłkowego.

Ciasto wlać do formy na muffiny. Autorka poleca by wysmarować je masłem lub olejem, a ja po prostu używam papilotek papierowych lub silikonowych. Na wierzch każdego muffina wsypać kruszonkę. W muffinkach przeznaczonych dla maluchów kruszonkę pominęłam.
Wstawić muffiny do nagrzanego do 170 stC piekarnika i piec 25 minut. Stopień upieczenia sprawdzić patyczkiem- gdy będzie suchy, muffinki są gotowe.

Po wyjęciu  piekarnika ostudzić na kratce. Podobno najlepiej smakują następnego dnia (nie zdążyłam spróbować;) )

Muffins like muesli bars with a crumlbe topping

Muffins:
150 g of flour (I used wholegrain flour)
1 tsp baking powder
pinch of salt
2 eggs
120 g  sugar ( I used 3 Tbsp of date syrup)
1 Tbsp vanilla sugar
1 tsp cinnamon
1 little apple (peeled and grated)
120 g carrot (peeled and grated)
80 ml sunflower oil (or any other cooking vegetable oil)
50 g nuts (any kind you like)
50 g rasins
30 g coconut shreds ( I used almond flour)

Crumble topping:
30 g butter
40 g flour (preferably whole grain)
10 g subar (non refined)
20 g oat bran
10g sunflower seeds
10 g sesam seeds
1 Tbsp honey ( I skipped that)
1 tsp water
1 tsp vegetable oil

For the crumble topping:

Combine all the dry ingredient  and rub in the butter until clumpy with your fingertips. Set aside.

For the muffin mix:

Heat oven to 170C
Sift the flour combided with baking powder, cinnamon and salt. Beat eggs with sugar (syrup) and vanilla sugar, add oil and in the end also apple and carrot,  beat until just combined  Combine with nutts and coconut and finally throw the flour mixture in. Mix gently, and not too long, until just smooth.

In my opinion the batter was a little bit to thick, so I added couple tablespoons of apple juice.

Line muffin tray with paper muffin cases. You will probably have 10 to 12 muffins. Fill muffin cases two-thirds full and put some crumble on top of each one. I skipped crumble topping in few muffins meant for kids. 
Bake for 20-25 mins, until  skewer inserted in the middle comes out clean.
Transfer the muffins to a wire rack to cool completely.
They are best served the next day. (We never had opportinity to check that :) )


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Zielona sałatka z ruccolą, koprem włoskim, kiwi, sosem limonkowym i serem pleśniowym. Kilka słów o "Ludziach na walizkach".




Przeczytałam ostatnio niesamowitą, poruszającą książkę. Jest to zapis rozmów, jakie prowadził Szymon Hołownia ze swoimi gośćmi w programie "Ludzie na walizkach". Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałam tego programu w telewizji, nie wiem dlaczego, ale widocznie to jest ten czas kiedy wejść w rozmowę z gośćmi Szymona.  Bohaterami są osoby znane i zupełnie anonimowe, łączą ich ciężkie doświadczenia związane z chorobą z cierpieniem, śmiercią bliskich.

Każda opowieść pełna jest prawdziwych, silnych emocji i uczuć, miłości, radości, poczucia bezpieczeństwa, spokoju ale i bólu, żalu, rozpaczy, pogodzenia się z losem. Nie jeden raz zakręciła mi się łezka w oku, a moje serce biło mocniej, odczuwało silniej, było poruszone do granic możliwości. W takich momentach zaczynam myśleć o sobie, swoich bliskich, naszym losie. Z jednej stronie jestem niesamowicie wdzięczna za rodzinę, przyjaciół, miłość, które są mi dane. Dzięki wielu wspaniałym osobom w moim życiu czuję się kochana, szczęśliwa i bezpieczna. Z drugiej strony budzą się we mnie obawy, niepokoje, jak wyglądał by mój świat, gdyby jedno z nich zaczęło ciężko chorować, cierpieć, lub zabrakło by go na zawsze. Takie momenty przewracają życie do góry nogami i trzeba mieć w sobie dużo pokory, by nie pogrążyć się w rozpaczy. Sama nie wiem, czy znalazłabym w sobie wystarczająco dużo siły.

Ludzie na walizkach, to książka, która może każdego bardzo wiele nauczyć. Na przykład umiejętności świętowania każdej chwili spędzonej z bliskimi. Po raz kolejny dostrzegam, jak ważny jest każdy dzień, każda godzina i minuta, jaką mamy dla siebie nawzajem. Nie marnujmy tego czasu, który jest nam dany, bo nigdy nie wiemy ile nam go jeszcze zostało.

Idź ze swoją mamą na kawę i lody, zabierz tatę na spacer po Starym Mieście, spotkaj się z przyjaciółką i wypij z nią butelkę wina, słuchając co ją trapi, doradzając jeśli trzeba, przygotuj ukochanemu pyszny deser, zróbcie razem coś, co oboje lubicie, zadzwoń do znajomej, z którą dawno nie rozmawiałaś, napisz maila, wyślij smsa, zaproponuj spotkanie, powiedz, że lubisz, że kochasz, wyciągnij rękę na zgodę, nie duś w sobie żalu, nienawiści, zazdrości i frustracji, pomyśl o innych.

Jednym ze sposobów wyrażenia miłości i sympatii jest przygotowanie pysznego posiłku. Ja dzisiaj wyczarowałam zieloną sałatkę z ruccolą, koprem włoskim, kiwi, sosem z limonki i serem pleśniowym. Porcja uczucia, zdrowia i wyśmienitego smaku na jednym talerzu.




Zielona sałatka z serem pleśniowym
(dla 2 osób)

2 garść ruccoli
4 łyżki szczypioru
2-3 gałązki selera naciowego
1/2 kopru włoskiego
2 kiwi
1 garść liści świeżych ziół - np. oregano, majeranku, bazylii
kilka plastrów sera z przerostem niebieskiej pleśni (użyłam Danish blue)
sok i skórka otarta z 1/2 limonki
3 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
sól/ pieprz do smaku
ew. miód


Ruccolę rwiemy na mniejsze kawałki. Obrane kiwi, seler naciowy i koper włoski kroimy cienko na plasterki.
Wszystkie warzywa mieszamy w jednym naczyniu, doprawiamy szczypiorem i listkami świeżych ziół- ja użyłam majeranku.
Przygotowujemy dressing. Sok i skórkę z limonki mieszamy z olejem, szczyptą soli i pieprzu. 1/3 dressingu wylewamy na dno talerza a resztę mieszamy dobrze z sałatką.

Porcje zielonej sałatki wykładamy na talerze, a na wierzchu układamy ser pleśniowy.

Sałatkę można dodatkowo polać odrobiną dobrego płynnego miodu, ser pleśniowy zastąpić np. Szenekerem, Bursztynem, Parmezanem a dodatkowo całość posypać prażonymi pestkami dyni.

Smacznego!

czwartek, 18 października 2012

Tost. Historia chłopięcego głodu. Recenzja książki.

Pewnego jesiennego wieczoru zasiadłam z dzbankiem gorącej herbaty do lektury książki "Tost. Historia chłopięcego głodu" . Nie minęło zbyt wiele minut kiedy pochłonęła mnie ona totalnie, ale i tak musiałam wycofać się do kuchni po jakąś drobną przekąskę. Gdy już wszystko było gotowe, mogłam wreszcie uspokoić soki trawienne i skupić się na jej treści.




"Tost" to powieść autobiograficzna napisana przez felietonistę, dziennikarza, autora książek, który pisze o jedzeniu. Do stworzenia autobiografii zainspirowała go koleżanka- dziennikarka, namawiając do napisania krótkiego opowiadania do Observer'a. Tak właśnie wygląda "Tost", jak  zbiór opowiadań, które płynnie układają się w całość, opowiadając historię chłopca, który dorastał w Wielkiej Brytanii w latach 60-tych.

Nigel w niesamowicie swobodny, chłopięcy sposób opisuje czytelnikowi swoje dzieciństwo z matką, którą bardzo kochał i która nie potrafiła porządnie przygotować żadnej potrawy, z gruboskórnym ojcem, z którym nigdy nie mógł się dogadać i w końcu z macochą, która skutecznie uprzykrzała mu życie. "Tost" to nie jest urocza książeczka o małym chłopcu. Autor w dość frywolny, swobodny sposób obrazuje bardzo zabawne historie z dzieciństwa, liczne przygody seksualne, ale i samotność, śmierć matki, a w końcu także i ojca, wkraczanie w samodzielność i dorosłość.

Już po pierwszych stronach zachwycił mnie sposób w jaki napisana jest ta książka. Składa się ona z mini rozdziałów, z których każdy opatrzony jest tytułem związanym z jedzeniem. Nazwa wskazuje nam od razu o jakiej potrawie będzie w nim mowa. Tak na przykład zaczyna opowiadanie "Naleśniki":

"Mama nigdy nie zapominała o zrobieniu naleśników we wtorek przed Środą Popielcową.(...)
Mama smażyła cienkie naleśniki na poobijanej starej patelni, czarnej na zewnątrz i zajeżdżającej kiełbaskami. jedliśmy je z cukrem i sokiem z cytryny. uwielbiałem to, jak cukier nasączał się sokiem, ale nigdy do końca się nie rozpuszczał, więc miało się w ustach miękkiego naleśnika, chrzęszczący w zębach cukier i wyrazisty smak cytryny- wszystko naraz."


Wszystkie wspomnienia Nigela wiążą się z jedzeniem. Lekturę zaczynamy od przypalonego tosta, potrawy która miała obszerne miejsce w życiu chłopca i na kartach książki pojawi się jeszcze wiele razy. Opisy dań i ich przyrządzania przez matkę, ojca, macochę, samego Nigela i kucharzy z brytyjskich hoteli sprawiają, że czytelnik czuje w ustach posmak trifle z cherry, kaczki po bombajsku, brzoskwiniowej melby, grillowanego grapefruita, biszkoptu królowej Wiktorii i koktajlu krewetkowego ale i wykrzywia się czując zapach spalonego tosta, smak wysuszonego wędzonego łupacza, wielokrotnie odsmażanej ryby z hotelowej restauracji czy kożucha na sosie pieczeniowym. Niektóre posiłki przyprawiały chłopca wręcz o wymioty, na przykład: jajka( pod każda postacią), szklanka mleka, czy deser z tapioki. Z kolei inne, jak pudding z chleba i masła wiązały się z pięknymi i ciepłymi wspomnieniami.

"Nie można poczuć zapachu uścisku i nie można usłyszeć przytulania. Ale gdyby to było możliwe, sądzę, że znalezienie się w objęciach bliskiej osoby pachniałoby i brzmiało jak ciepły pudding z chleba i masła."

W Wielkiej Brytanii lat 60-tych pełno już było puszkowanego, sproszkowanego  gotowego do spożycia jedzenia. Paradoksalnie, mimo, że ojciec Nigela miał swoją ukochaną szklarnię i ogród, w którym uprawiał liczne rośliny, w jego domu też tak się jadało. Puszkowane owoce, warzywa, szynka, gotowe sosy, puddingi i inne podobne "udogodnienia". Niektóre produkty były jednak w ich kuchni zabronione i to nie ze względów zdrowotnych, tylko dlatego, że rodzice uważali je za "zbyt pospolite". Do tej grupy zaliczali między innymi chipsy, pieczoną fasolkę z puszki, rybę z frytkami w gazecie, puree z groszku, mleko skondensowane i krojony chleb w plastikowym opakowaniu. Autor nie daje nam tak na prawdę poznać do końca swoich rodziców. Wiemy o nich niewiele, podobnie jak o starszych braciach i reszcie rodziny. Nigel pojawił się w ich życiu dość późno, jego ojciec miał już 50 lat, gdy chłopiec pojawił się na świecie. Dało się wyczuć, że w oczach ojca nie spełniał on stawianych przed nim wymagań, był chuderlawy, niedostatecznie męski, interesował się kobiecymi sprawami, miał niewielu kolegów.


Czytając "tost" zaczęłam się sama zastanawiać jakie potrawy wiążą się z moim domem, co pamiętam najlepiej, jakie potrawy wspominam miło, a jakie z odrazą. Tak samo jak Nigel rozcierałam masło z mąką do przygotowania kruchego ciasta i razem z mamą wykładałam je na dno formy, nakłuwałam widelcem przed pieczeniem. Wspólne gotowanie z rodzicami, to coś czego się nigdy nie zapomina. Gdy w życiu Nigela pojawiła się macocha nic już nie było takie słodkie, domowe i przyjemne. Od tego momentu czuł się co raz bardziej samotny i niechciany. Wtedy nawet wspaniale przygotowane przez panię Potter dania nie smakowały tak jak powinny, bo nasączone były goryczą niechęcią i zawiścią. Szukał więc sposobów by wymknąć się z domu na dłużej, dzięki czemu zaczął praktykę w restauracji hotelowej i uczęszczał na zajęcia z gotowania. Uciekał też w kontakt z naturą, samotne czytanie przepisów kulinarnych, ale nie tylko...


Nigel nie mógł chodzić w nieodpowiednie miejsca, co nie znaczy, że tego nie robił. W pewnym momencie jego codziennym nawykiem stały się wieczorne spacery...

"Łapałem czekoladki z orzechami włoskimi, brałem psa i ruszałem na spacer. W piątki i soboty działo się najwięcej, więc musiałem wymyślać historyjki o psie ociągającym się z "załatwieniem swoich spraw", żeby usprawiedliwić coraz dłuższe wypady. Pewnego razu gdy wyglądało na to, ze pasażerowie wszystkich samochodów są akurat w trakcie, nie wracałem bardzo długo."


Wiele pikantnych scen pojawia się też w dalszej części książki, ale zostawiam je dla waszej ciekawości. :)

Książkę "Tost. historia chłopięcego głodu" warto przeczytać z wielu powodów. Autor zaprasza nas w niej do swojego świata, do Wielkiej Brytanii sprzed wielu lat, która dzięki niemu staje nam się bliższa. Opowiadania są bardzo ciekawe, autentyczne, jakby pisane przez małego chłopca, który po prostu przeniósł się w czasie. Wraz z Nigelem odkrywamy świat i delektujemy się nim. Widzimy jak w autorze rodziły się zmysł smaku, miłość do gotowania i serwowania potraw oraz talent do opowiadania o jedzeniu.
Lektura "Tosta" nie jest nudna i mdła a wręcz przeciwnie jest pikantna i ekscytująca, a do tego  apetyczna, pachnąca i o wyśmienitym smaku. Ta książka bawi, wzrusza i rozbudza wyobraźnię. Polecam ją każdemu, zwłaszcza wykwintnym smakoszom i wielbicielom gotowania i jedzenia.

Czytając "Tost" wypiłam kilka litrów herbaty, by uspokoić żołądek, który głośnym krzykiem domagał się wszystkich opisanych przez Nigela pyszności. Ale jakże cudownie było schrupać i ten przypalony i ten chrupiący, nasączony masełkiem i posmarowany cienką warstwą dżemy TOST.

Cytowane fragmenty pochodzą z książki "Tost. hostoria Chlopięcego głodu", wydanej w 2011 roku, nakladem wydawnictwa carta blanca.




czwartek, 20 września 2012

Aloo kofta, wegańskie klopsiki z ziemniaków i kalafiora. Obiadowa inspiracja: 1000 Wspaniałych Słońc.



Pochlonęła mnie kolejna książka. "1000 Wspaniałych Slońc" Khaleda Hosseini to powieść poruszająca problemy życia w Afganistanie przez koniec lat 80-tych po lata 90-te. Autor opisuje w niej losy dwóch kobiet, które poznajemy już jako młode dziewczyny i dalej obserwujemy ich życie i problemy z jakimi musza się zmagać. Książka jest niesamowicie poruszająca, pełna pięknych opisów krajobrazów i cudownych postaci, prostych ludzi Afgańczyków. Autor ściśle prowadzi fabułę z historią wydarzeń jakie rozgrywały się w tych czasach w jego ojczyźnie. Ludzie, z którymi się stykamy mają wielkie plany i marzenia, spotykają na swojej drodze wiele życzliwych, ale i pełnych nienawiści, zawiści osób.
Jeszcze nie skończyłam czytania tej powieści (jestem gdzieś w połowie), ale tak mocno porusza ona moje serce, ze postanowiłam o niej napisać od razu. Przeczytanie "1000 splendid suns" poleciła mi jedna z przyjaciółek, która pochłonęła ją w oryginale. Przypadkiem trafiłam na nią w mojej ukochanej wiejskiej bibliotece- także w oryginale- po angielsku, więc od razu znalazła się w moim domu. Wiem, że "1000 Wspaniałych Slońc" zostało już dawno wydane po polsku. Miałam już okazję odsłuchać początkowej części audiobooka czytanego przez Marię Peszek. Ja uwielbiam słuchać audiobooki gdy jestem w drodze- w samochodzie czy w pociągu. W aucie czytać nie mogę (gdy prowadzę)- lub nie potrafię (jako pasażer) a w pociągu turkotanie kół często trochę mnie usypia i oczy same się zamykają. Mam jednak na to sposób- wkładam CD do odtwarzacza w samochodzie, lub słuchawki z MP3 w moim telefonie i jadę słuchając pięknych powieści.

Dla przykładu, moja ostatnia droga z Krakowa do Warszawy to "Ewangelia według Piłata" Erica Emmnuela Shmidta (o jego książkach tez już trochę pisałam TU)

"1000 pięknych słońc" jest dla mnie również inspiracją kulinarną. Nierozłącznie życie kobiet na całym świecie wiąże się z gotowaniem- czy to dla siebie, czy dla mężów, ojców, matek. Bohaterki tej książki do tej pory przygotowywały na przykład daal z ryżem, zupę aush z czerwoną fasolą i suszonym koperkiem, mantu (pierożki z wołowiną i dużą ilością przypraw) polane jogurtem i posypane miętą, aushak (pierożki z porem w sosie mięsnym) oraz koftę.

Ja, po lekturze książki, zabrałam się za przygotowanie wegetariańskiej Aloo kofty. Jadłam ją już kiedyś w restauracji Green Way i sama przygotowywałam kilka razy, ale jakoś poszła w zapomnienie. Muszę więc odświeżyć jej smak i dalej zabieram się za czytanie 1000 Splendid Suns, i wam też to polecam.

Aloo kofta (przepis podstawowy)

1/2 kg ziemniaków
1/2 kalafiora
100 g mąki z grochu (najlepiej z ciecierzycy)
1 łyżka masła czosnkowego (opcjonalnie)
1/2 łyżeczki kminku
1/2 łyżeczki ziaren kopru
kilka ziaren pieprzu
1 łyżka świeżego, posiekanego rozmarynu
sól do smaku
olej do smażenia

Ziemniaki gotujemy w mundurkach, by pozostały lekko twarde. Po ugotowaniu obieramy ze skóry i studzimy. Kalafior gotujemy na parze na półtwardo i studzimy.
Przyprawy ucieramy w moździerzu. Mąkę możemy przygotować przez zmielenie ziaren suchego grochu w młynku do kawy.
W malakserze ucieramy ziemniaki, kalafior i przyprawy. Dodajemy roztopione masło, mieszamy i doprawiamy do smaku. Na końcu wrzucamy mąkę grochową i dokładnie mieszamy.

Mokrymi rękoma tworzymy kulki wielkości orzecha włoskiego i wrzucamy je od razu na tłuszcz rozgrzany do 160'C. Smażymy pulpeciki na złoto i osączamy z tłuszczu na papierowym ręczniku.

Koftę można kilka dni trzymać w lodówce, lub zamrozić na później.

Propozycja podania nr 1




Kofta jako wegańskie pulpeciki z makaronem i sosem pomidorowym
(dla 2 osób)

10-12 klopsików Aloo kofta

100 g makaronu razowego
2 duże pomidory
1/2 papryczki czereśniowej
1/2 średniej cebuli
1 łyżka pasty paprykowej
1 łyżka sosu sojowego
2 łyżki oliwy
zioła prowansalskie
sól, pieprz do smaku

Pomidory parzymy 10 sekund we wrzątku, schładzamy zimną wodą i zdejmujemy z niego skórę. Cebulę obieramy i drobno siekamy. Z papryczki wyjmujemy pestki i drobno siekamy. W rondelku podsmażamy cebulę na oliwie aż lekko się zarumieni. Dodajemy sos sojowy, papryczkę, rozdrobnione pomidory i pastę paprykową. Mieszamy, dusimy przez kilka minut aż pomidory zmiękną i się rozpadną, doprawiamy ziołami do smaku.
Klopsiki wrzucamy do sosu i pod przykryciem gotujemy na małym ogniu aż kofta się ogrzeje.

Makaron gotujemy według instrukcji na opakowaniu.

Makaron skraplamy oliwą i podajemy z sosem, klopsikami oraz posypujemy świeżymi ziołami.

Propozycja podania nr 2


Kofta z sałatką, ryżem i pikantnym sosem 

Składniki:

10-12 klopsików Aloo kofta

ryż ugotowany na sypko z i łyżką curry

1 pomidor
1/2 czerwonej cebuli
1 marchewka
1/2 średniej cukinii
1/2 słodkiej żółtej papryki
kilka zielonych oliwek
oliwa z oliwek
ocet winny
sol, pieprz i zioła do smaku

sos:
100 ml kefiru
1 łyżka majonezu
1 łyżka dobrego keczupu
3 krople tabasco
1 łyżeczka soku z cytryny
sol, pieprz do smaku

Ryż gotujemy na sypko z jedną łyżką curry.

Pomidor, marchew i cukinię pozbawiamy skóry. Wszystkie warzywa kroimy na dowolnej wielkości kawałki, skrapiamy ok 2 łyżkami oliwy i niepełna łyżką octu.

Wszystkie składniki sosu łączymy w słoiczku. To najłatwiejszy sposób, bo wystarczy go dobrze potrząsnąć i sos jest gotowy. Doprawiamy go jeszcze do smaku.

Jeśli Koftę przygotowaliście na bieżąco, wystarczy ją podać polaną sosem w towarzystwie ryżu i sałatki.
Aby odgrzać zimną koftę- trzeba ją wstawić na ok 10 minut do rozgrzanego piekarnika i gotowe.

Aloo Koftę można serwować także w inny dowolnie wybrany sposób np: jako przystawkę na zimno z warzywami i sosami, jako nadzienie do tortilli, czy wegetariańskiego kebaba oraz w sałatce i  zapiekane w beszamelu. Wybierz swoja własną potrawę z koftą i do dzieła.

Smacznego!

środa, 12 września 2012

Apple Pie. Wieczór filmowy pod hasłem: czy książka jest lepsza od ekranizacji?



Po raz drugi obejrzałam dzisiaj film The Help (Służące). Już za pierwszym razem byłam nim zachwycona. Świetna fabuła, istotny temat, dobry scenariusz i wyśmienita gra aktorska. Akcja filmu toczy się w Stanach Zjednoczonych w latach 60-tych. Jest to okres ważnych przemian w temacie dyskryminacji i rasizmu. To wtedy USA przeżywa śmierć Kennedy'ego i słyszy bardzo ważne słowa Nelsona Mandeli. jednak te lata to nadal okres prześladowań czarnoskórych, dyskryminacji, zbrodni na tle rasistowskim.
Film The Help, oparty na bestsellerowej powieści Kathryn Stockett, opowiada o służących pracujących w Jacksonville w stanie Mississippi. Te czarnoskóre kobiety pracują dla białych rodzin będąc ich kucharkami, praczkami, sprzątaczkami i niańkami. Znoszą one wiele upokorzeń, ale niektóre z nich bardzo przywiązują się do rodzin, a szczególnie do dzieci, które na dobrą sprawę wychowują. Paradoksem całej sytuacji, niezmiennej od pokoleń, jest fakt, że gdy dzieci dorosną zaczynają traktować swoje służące tak, jak kiedyś ich rodzice. I historia dalej kołem się toczy. Na szczęście dla Jacksonville wraca ze studiów do miasta młoda, ambitna dziewczyna, która ma na tyle odwagi by myśleć inaczej i na tyle siły, by podjąć walkę ze stereotypami i dyskryminacją. Jej ambicją i celem życiowym jest zostanie pisarką. Wpada na pomysł by opisać codzienność, rozterki i chwile radości w życiu czarnoskórych mieszkańców, a raczej mieszkanek miasta.
Film to piękna wzruszająca opowieść, pełna miłości, prawdziwych emocji i humoru,  z dobrym scenariuszem i grą aktorską. Mówiąc szczerze, pierwszy raz ponad dwugodzinny film minął mi jak parę krótkich chwil. Nie będę dalej opisywać wydarzeń, jakie obserwujemy na ekranie, bo każdego zachęcam do obejrzenia The Help.

Dopiero po obejrzeniu filmu, dotarłam do książki  autorstwa Kathryn Stockett, ale za to w oryginale. Muszę przyznać, że film świetnie oddaje jej klimat, obrazuje najbardziej istotne zdarzenia, świetnie przedstawia głównych bohaterów. Z drugiej strony, kilka faktów jest pominiętych, skróconych czy nawet zmienionych. Myślę jednak, że zabiegi te były przeprowadzone z wyczuciem i z korzyścią dla filmu. Oczywisty wydaje się fakt, że nie można na ekranie zaprezentować każdego wątku tak bogatej powieści. Wniosek jest taki, że o ile film ogląda się znakomicie, bo jest po prostu bardzo dobry, o tyle książka, to jest książka. To dzięki lekturze w pełni poznajemy wszystkich bohaterów ich uczucia, przemyślenia i historie.

Osobiście, z wielką chęcią obejrzałam The Help ponownie, by znów porównać doznania związane z książką i jej ekranizacją. Mogłam także większą uwagę zwrócić na potrawy jakie powstają na ekranie, szczególnie pieczone udka kurczaka i chocolate pie- najbardziej wpływowe ciasto w Jacksonville :)

Z okazji ponownego smakowania "The Help" powstał typowo amerykański Apple Pie. Cieszę się że to jabłkowe kruche ciasto wyszło tak niesamowicie pyszne. Z każdym jego kawałkiem znów przenosiłam się w magiczny świat książki i filmu.



Apple Pie czyli kruche ciasto z jabłkami

Składniki:
400 g mąki pszennej
szczypta soli
200 g margaryny
70 g cukru pudru
2 małe jajka
skórka otarta z 1 cytryny

1,5 kg twardych jabłek
50 g masła
50 g cukru
1 łyżka cynamonu

Przygotuj kruche ciasto. W dużej misce połącz mąkę, cukier puder i sól. Dodaj masło i siekając, lub rozdrabniając między palcami, doprowadź je do konsystencji kruszonki. Następnie dodaj skórkę z cytryny i roztrzepane jajka. Szybko zagnieć ciasto w kulę, owiń je w folię i wstaw do lodówki na minimum 30 minut.

Rozgrzej piekarnik do 180'C.
Każde jabłko obierz, wydrąż i pokrój na 16 części. Aby jabłka nie ciemniały najlepiej skropić je sokiem z cytryny, lub trzymać w wodzie z dodatkiem 2 łyżek octu.
W dużym rondelku podgrzać masło z cukrem, a gdy się rozpuszczą dodać jabłka i cynamon. Wymieszać i dusić przez ok 10 minut na małym ogniu.

Z ciasta odkroić 1/3, a resztę rozwałkować na okrąg o średnicy 8 cm większej niż forma i grubości ok 1cm. Ja użyłam tortownicy o średnicy 25 cm. Formę wyłożyć ciastem, tak by dobrze pokryło dno i utworzyło kilkucentymetrowy brzeg. Powinniśmy użyć specjalnej formy do Pie'ów, której brzeg jest niewysoki, ale tortownica też się dobrze spisze.
Na środek ciasta wykładamy jabłka z karmelem cynamonowym.
Pozostałe ciasto rozwałkowujemy na okrąg o średnicy formy. Brzegi ciasta smarujemy mlekiem i przykrywamy jabłka zlepiając ze sobą bardzo dokładnie brzegi pokrywy i spodu. Pie posmarować po wierzchu mlekiem. Z resztek kruchej masy możemy powycinać ozdobne wzory i przykleić je na wierzchu, lub na brzegach.

Ciasto wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy ok 55- 60 minut aż się delikatnie zarumieni.
Po wyjęciu z piekarnika Apple Pie możemy serwować po kilkunastu minutach na ciepło lub odstawić do całkowitego ostygnięcia. Ciasto gdy jest jeszcze ciepłe będzie się trochę rozpadać, ale to nic nie szkodzi. Podajemy go z gałką lodów i rozkoszujemy się cudownym smakiem.

Smacznego!

piątek, 3 sierpnia 2012

Jeżyny i papierówki pod owsianą kruszonką, czyli dary z ogrodów, łąk i lasów. A na deser dobra książka na wakacje.

zapiekane jeżyny

 Wracając do Czech przytargałam ze sobą mnóstwo warzyw i owoców z ogrodu i z bazarku. Wczoraj zniknęły ostatnie borówki amerykańskie, ale część cukinii i papryk jeszcze czeka na swoją kolej w kuchni.

aronia w moim ogrodzie

W czasie sierpniowych odwiedzin mam zamiar zająć się krzaczkami aronii. Rozrosły się niesamowicie, więc będzie co przerabiać. Owoce aronii są dość cierpkie w smaku gdy je się je na surowo, ale przerobione w soki, dżemy czy nalewkę smakują wyśmienicie. Co więcej są bardzo zdrowe, mają tonę przeciwutleniaczy i zbawienny wpływ na serce. Nie mogę się też doczekać malinek, które w tym roku obrodziły obficie i są wieeelgaśne. mniam.

Liczę też na dynie, które już powoli dorastały do zerwania. Uwielbiam zupę dyniową, placki z dyni, ciasta dyniowe, dżemy dyniowe i marynaty z dyni. Szkoda że dynia już nie jest taka dietetyczna jak aronia, ale co tam :)
Maliny 

Mama Damiana zaopatrzyła nas w kilkukilogramową siatę papierówek, które bardzo lubię. Zauważyłam, że co raz częściej ta odmiana jabłek pojawia się na targach, czyli wracają do łask. To dobrze.

 W Czechach przywitała nas piękna letnia pogoda, postanowiłam więc wybrać się na spacer rozpoznawczy do lasu. Miałam nadzieję znaleźć trochę grzybów, może ostatnie jagody i oczywiście jeżyny. Jagód już nie ma, grzybów nie znalazłam, widocznie się przede mną chowają, albo mają więcej amatorów. Natomiast krzaki jeżyn zaskoczyły mnie swoją obfitością. Z poświęceniem, pokłuta  i z kolcami w dłoniach zaniosłam do naszego mieszkanka mniej więcej kilogram jeżyn. Och, wodze fantazji zaczęły szybko działać i przygotowałam parę pyszności jeżynowych na kolację i za chwilkę się nimi pochwalę. Są to jeżynowe semifredo i jeżyny z jabłkami pod kruszonką.

A propos powrotów...jazdę pociągiem tym razem umilała mi niesamowita książka. Czytałam opowiadania Erica Emmanuela Schmitta pod zbiorczym tytułem "Trucicielka". Wszystkie pozycje tego noblisty jakie do tej pory czytałam poruszają mnie do wnętrza. Jego bohaterowie to postaci bardzo wyraziste, które uwikłane są w skomplikowane związki i relacje z ludźmi, ze światem. Osoby te żyją normalnym życiem, aż przychodzi pewien moment, który zmienia jego bieg, przynosi trudne chwile, istotne przemyślenia.
W tym tomie opowiadań moją szczególną uwagę zwróciło opowiadanie "Powrót". Jest to opowieść o mężczyźnie w sile wieku, który ciężko pracuje jako mechanik na okręcie. Całą jego codzienność od rana do nocy wypełnia praca. Poświęca się jej do granic możliwości. Pewnego dnia wzywa go do siebie kapitan, gdyż ma dla niego wiadomość... z domu. Tak, tak, ten mężczyzna ma również dom, ale rzadko o nim myśli. Wiadomość jest tragiczna, dowiaduje się, że zmarła mu córka. Informacja jest tragiczna i wydawałoby się że wyjaśnia wszystko, ale nie do końca. Otóż ten człowiek morza ma 4 córki, a posłaniec nie napisał, o którą z  nich chodzi. Gregiem zaczynają targać przeróżne myśli. Uświadamia sobie, ze jedną z córek kocha chyba bardziej niż inne, bo od razu błagał Boga, by nie była to ona. Zdaje sobie sprawę, że kolejnej nigdy nie doceniał, zawsze ją deprymował i karcił, natomiast najmłodszej z nich prawie nie zna. Spróbujmy postawić się w jego sytuacji. Nie wyobrażam sobie siebie przez kilka dni w ciągłej tragicznej niepewności. Ten moment niewątpliwie zmienia patrzenia Grega na świat. Jest już świadomy licznych błędów jakie w życiu popełnił, krzywd, które sprawił ludziom najbliższym sercu, czy to go zmieni jako ojca, jako męża? Mogę zdradzić, że tak. Na pewno nauczył się cieszyć każdym momentem swojego życia. Od tej chwili będzie się starał nareszcie spełniać rolę ojca i męża, a na dalszy plan odejdzie praca. Jak często ludzie muszą przeżyć tak nieszczęśliwe wydarzenie by zacząć myśleć o swoich bliskich? Czy na prawdę ktoś musi otrzeć się o śmierć byś zauważył że cię potrzebuje? Wiele myśli zostało w mojej głowie po przeczytaniu tego opowiadania. Zakończenia nie zdradzam, bo zachęcam do przeczytania tego i innych opowiadań. Mogę jedynie zdradzić, że jest ono niespodziewane...

Książki Erica są odpowiednie dla każdego, nawet mało aktywnego czytelnika. Opowiadania są wciągające, krótkie, pełne jasnych a zarazem jakże istotnych treści. Szukajcie jego opowiadań w dziale z literaturą francuską. Serdecznie polecam.


Jeżynowe semifredo (bardzo proste)

semifredo jeżynowe
składniki:
2 szklanki jeżyn
2 łyżki brązowego cukru
ew. 2 łyżki ciepłej wody

Jeżyny z lasu bardzo dokładnie płuczę pod prysznicem z bieżącej ciepłej wody, po czym osączam na sicie. 1,5 szklanki jeżyn wrzucam w pojemniczku do zamrażalnika, co najmniej na 3 godziny. Po tym czasie wrzucam je do malaksera razem z resztą jeżyn i cukrem. Miksuję na gładko.Jeśli nie chcą się dobrze połączyć, można do nich dodać 2 łyżki cieplej wody. Mus oczywiście dosładzamy według uznania.
Wkładamy na dodatkowe 30 minut do zamrażalnika i podajemy, gdy jeszcze calkowicie nie zamarzł.




Jeżyny i jabłka pod owsianą  kruszonką

Jeżyny i papierówki pod owsianą kruszonką.

jeżyny i jabłka
(inspiracja zaczerpnięta ze znanego od dawna przepisu Sophie Dahl)
4 nieduże porcje

2 jabłka średniej wielkości  (papierówki, antonówki, szare renety)
1,5 szklanki jeżyn

1/2 szklanki mąki orkiszowej pełnoziarnistej (lub innej)
1/2 szklanki płatków owsianych
50 g masła
3 łyżki cukru trzcinowego
syrop z agawy lub miód do polania owoców

Z jabłek wycinamy gniazda nasienne i kroimy na niewielkie kawałki. Jeżyny dokładnie płuczemy ciepłą wodą i osączamy na sicie.

zapiekane jeżyny z lodami
Mąkę, płatki, cukier i masło ucieramy łyżką lub ręcznie do konsystencji kruszonki.
Do zapiekania użyłam małych foremek do sufletów. Chciałam by każda porcja podana była w oddzielnym naczyniu. Można do tego użyć dowolnych żaroodpornych foremek.
Piekarnik rozgrzewamy do 200'C.
Na dno foremek wysypujemy cząstki jabłek, na nich układamy jeżyny. Polewamy je mniej więcej łyżeczką syropu z agawy i pokrywamy kruszonką. Wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy około 15 minut, aż kruszonka nabierze złotego koloru, a na bokach będzie widać sok jaki wytworzył się z owoców.

Podajemy na ciepło samodzielnie, lub z kulką lodów waniliowych.

Smacznego!