Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczór filmowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczór filmowy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 maja 2013

Szparagi grillowane. Zdrowy i ekspresowy dodatek do obiadu.

Sezon na szparagi trwa.

Nadal pracujemy w ogrodzie. Wreszcie przyszedł moment, że czekamy na rezultaty naszych zasiewów i prac w ogrodzie. Już powoli wychodzi ruccola, fasolka szparagowa, ogórecznik i burak liściowy. Truskawki kwitną jak szalone a zioła co dzień są większe, topinambur rośnie w górę.

Pomimo wielu prac w ogródku, wieczorami biegam i jeżdżę na różne spotkania i pokazy. Właśnie kończy się tydzień wegetarianizmu. W ramach jego obchodów na warszawskim SWPS gościł LeTarg i  Marta z bloga Jadłonomia. Na pokazie kulinarnym w jej wykonaniu mogliśmy zobaczyć i posmakować burgerów wegańskich i zadać wiele nurtujących nas pytań. Sama przygotowuję różne wegetariańskie i wegańskie burgery ale wymiana informacji jest zawsze bardzo wartościowa.

Innego dnia pojechałam do kina, w którym widziałam moje pierwsze filmy na dużym ekranie. Jest to byłe kino Stolica- dziś nazywane Iluzjon. Jestem zachwycona remontem i ostatecznym wyglądem tego miejsca. Zachowany został wspaniały klimat "Stolicy", w dekoracjach panuje prostota, nawet łazienka robi spore wrażenie. We wnętrzu napijemy się kawy, herbaty i zjemy zapewne pyszne ciastko lub tartę. Bardzo tam sympatycznie.
Udałam się tam nie bez powodu. Iluzjon gościł PLANETE + DOC festiwal. Zasiadłam w kinowych fotelach by podziwiać dwa filmy. Pierwszy z nich to Małże i miłość. Prezentuje on osoby hodujące małże głównie z Belgii i Holandii. Porusza ponadto istotny problem dotyczący rządowych regulacji hodowli małż w tych krajach i sprzecznych opinii na ten temat. Do tego poznacie kilka prostych przepisów na małże. Nie powiem, ślinka mi ciekła jak je oglądałam. Na pewno nie jest to film porywający, ale miłośnikom małż i owoców morza na pewno się spodoba.

Drugi z filmów to "Historia ruchu Slow Food". Przyznam szczerze, że bardzo na ten film czekałam. Jestem członkiem Slow Food już od jakiegoś czasu i poznanie genezy tej organizacji wydało mi się niezmiernie istotne. Film prezentuję sylwetkę Carlo Petrini oraz jego przyjaciół, znajomych, dzięki którym powstała ta wspaniała organizacja. Dla mnie bardzo interesująca była bogata biografia Carla Petriniego, jego zainteresowania, entuzjazm, pozytywna energia i zaangażowanie. Nic dziwnego że Carlito pociągnął za sobą takie tłumy.
Do tego mogłam odświeżyć swoje włoskie wspomnienia... Widziałam miasteczko Alba ze wspaniałym festiwalem wina, Bra, Turyn i genialne centrum handlowe Eataly. Byłam tam kilka razy, w zasadzie tylko po to by przechadzać się między półkami, podziwiać, wąchać próbować... Pamiętam te wiszące szynki, leżakujące sery i wina, wybór owoców morza, warzyw i owoców. Szkoda, że w tamtym czasie jako biedny student nie mogłam sobie na nic pozwolić. Ale już sama przechadzka wywarła na mnie olbrzymie wrażenie.
Po filmie odbyła się debata, której nie chce mi się komentować, Jej poziom niestety był bardzo niski... jedynym wnioskiem jaki z niej wyciągnęliśmy, to fakt, że film nie przekazał w pełni idei Slow Food osobom, które jeszcze nic o nim nie wiedzieli. Mam nadzieję, że zainteresował ich na tyle by poszukać więcej informacji w internecie, czy w trakcie Slow Foodowych wydarzeń.

We Włoszech właśnie po raz pierwszy jadłam szparagi. Razem z moim erazmusowym przyjacielem kupowaliśmy śliczne szparagi na targu porta Palazzo a później on uczył mnie jak je przygotowywać. To były piękne dni.

Najprostszy sposób na szparagi to grillowanie. Co prawda nigdy nie próbowałam szparagów z grilla węglowego, jedynie z patelni grillowej, ale obie wersje na pewno są równie dobre.



Szparagi z grilla

Wybieramy jak najcieńsze zielone szparagi. Myjemy je, osuszamy i odłamujemy zdrewniałe końcówki. Skrapiamy patelnię grillową kilkoma kroplami oliwy, dobrze ją rozgrzewamy i układamy na niej szparagi.
Grillujemy, poruszając kilkakrotnie patelnią, by szparagi się po niej przeturlały. Cały proces nie trwa więcej niż 5 minut. Szparagi są chrupiące, lekko skarmelizowane, cieplutkie i pyszne.

Ja dzisiaj moje szparagi zjadłam z wędzonym na zimno łososiem, posiekanym estragonem, koperkiem i kilkoma kroplami soku z cytryny. Obok pojawiła się czubata łyżką gęstego jogurtu. Niebo w gębie.

Smacznego!

piątek, 2 listopada 2012

Zupa krem z buraków i botwiny. Relacja z Kuchnia+ Food Film Fest i "Niebo w gębie"




Gdy wracamy z podróży, lub mamy za sobą ciężki dzień nic nie robi lepiej niż talerz ciepłej zupy. Potrafi ona rozgrzać i nasycić, a do tego ukrywa w sobie wiele witamin i mikroelementów. Ja moje zupy przygotowuję na bulionie warzywnym, więc nigdy nie są tłuste, a zawsze kryją w sobie mnóstwo warzyw.

Zupa to świetny sposób na przemycenie warzyw dla małych i dużych niejadków. szczególnie wdzięczne w tym temacie są zupy kremowe. Jeśli wiemy, że następnego dnia będziemy na tyle zmęczeni, że na gotowanie już sił nie zastanie, warto zawczasu przygotować dobrą pożywną zupkę. Można do niej swobodnie użyć różnych sezonowych warzyw. Jesień to czas na dynię, kalafior, brukselkę, brokuły, marchew, seler, pasternak, buraki, ziemniaki. Z takiego zestawu można przygotować nieskończenie wiele kombinacji.

Ostatnio zachwycałam się kremową zupą z pasternaku z dodatkiem maślaków i sosem z oliwy i czarnuszki. Przygotował ją Kuba Korczak na Slow Foodowe śniadanie. To wydarzenie na długo zostanie w mojej pamięci, ale dziś nie o tym.

Jak się okazuje zupy lubią także Francuzi, a skąd taki wniosek?  Już wyjaśniam :)

W miniony weekend w Warszawie, Poznaniu i Gdyni odbywał się Food Film Fest, festiwal filmów kulinarnych. W tegorocznym programie nie zabrakło filmów dokumentalnych opowiadających o smakowitym jedzeniu, jego produkcji, problemach związanych z odżywianiem i mistrzach w przygotowywaniu potraw.  Wszyscy miłośnicy gotowania i dobrego jedzenia z Warszawy i okolic zebrali się w kinie Kultura by smakować wykwintne kino.
Pierwszego dnia festiwalu byłam z przyjaciółką na seansie składającym się z dwóch filmów dokumentalnych.
Pierwszy z nich "Gorycz czekolady" opowiadał o tym jak czekolada wpływa na życie ludzi w różnych miejscach świata. Ten film na prawdę warto obejrzeć bo zwraca nasza uwagę na ważny problem wykorzystywania ludzi ubogich do zbierania ziaren kakaowca i podkreśla potrzebę kupowania produktów FairTrade. Z drugiej strony przedstawia wyśmienitego chocolatier'a z Francji, mężczyznę pracującego w czekoladowym parku rozrywki w Stanach Zjednoczonych i parę, która żyje według new Age i żywi siebie i swoje dziecko ręcznie robioną czekoladą.  ten film możecie obejrzeć na antenie Kuchnia+ już w najbliższą sobotę. Polecam.

Kolejny film: "Mleko" wzbudził we mnie wiele myśli i emocji. Nie stanę po żadnej ze stron- zdecydowanych  zwolenników i przeciwników picia mleka. Moim wnioskiem po projekcji było stwierdzenie, że wszystko jest dla ludzi. nic w nadmiarze nie może być zdrowe, ale nie dajmy się zwariować... czy miliony osób pijące mleko, jedzące sery, twarogi, jogurty trują się z własnej woli? Myślę, ze to niemożliwe, bo dawno byśmy poumierali. najważniejszy jest umiar. Po prostu.

Największe wrażenie zrobił na mnie jedyny fabularny film festiwalu. "Niebo w gębie" oparty jest na losach Danièle Mazet-Delpeuch, która została zaproszona do francuskiego pałacu prezydenckiego by gotować dla samej głowy państwa François Mitterranda. 
Bohaterka filmu nazywa się Hortense Laborie i jest kobietą, która prawdziwie potrafi smakować życie. Dla niej ważny jest smak każdego składnika potrawy jaką zamierza przygotować. Do prywatnej kuchni Pałacu Elizejskiego pani Hortensja, zgodnie z życzeniem prezydenta, wprowadziła tradycyjną kuchnię francuską. Widzimy jak w prywatnej prezydenckiej kuchni przygotowuje wiele wyśmienitych potraw. "Niebo w gębie" wyróżniają świetnie zdjęcia- z bliska obserwujemy krojenie, siekanie, doprawianie, polewanie sosem, dekorowanie... i oczywiście po paru minutach kiszki skręcają się z głodu. :) Hortensja poszukiwała najlepszych producentów z całej Francji, którzy dbają o swoje produkty- warzywa, zwierzęta, sery, jak o własne dzieci, wkładając w nie mnóstwo smaku i miłości. Bardzo ją za to podziwiam.

Pani Danièle, podobnie jak Hortense, jest zafascynowana hodowlą trufli. W filmie jest taka scena, w której przygotowuje ona dla prezydenta kanapkę z grubo pokrojonymi plastrami tego rarytasu. Żałuję, że nie mogę póki co obejrzeć tej sceny jeszcze raz, no i tego, ze nigdy nie próbowałam świeżych trufli. 


Scen malowniczych, pysznych i wyśmienitych jest w filmie wiele. Każdą z nich warto celebrować i oglądać z uwagą, po przedstawiają przepiękne dania. "Niebo w gębie" to nie tylko opowieść o jedzeniu, ale także o życiu w Pałacu Elizejskim, o konwenansach, zasadach, przeszkodach i pracujących w nim ludziach, co czyni go jeszcze bardziej interesującym. Akcja rozgrywa się równolegle kilka lat po odejściu Daniele z pałacu prezydenckiego, gdy pracowała na Antarktydzie gotując dla francuskich polarników. W tych scenach odkrywamy jaki wpływ miały na nią e 2 lata spędzone na gotowaniu dla prezydenta.


Gościem na projekcji "Niebo w gębie" była sama  Danièle Mazet-Delpeuch. Okazało się, że jest tak samo dowcipna i sympatyczna jak filmowa Hortensja. Z humorem odpowiadała na pytania z widowni. Doradziła nawet jednej z dziewczyn, co przygotować na kolację dla grupy Francuzów. Poleciła, by ugotować dla nich właśnie zupę :) 

Na koniec pani Daniele opowiedziała zabawną anegdotę. Także u zupie :)


Pani Daniele na przełomie lat 80/90 była w Polsce wraz z prezydentem i korpusem dyplomatycznym. Oczywiście na te okazję miała przygotowane i zaakceptowane menu dla prezydenta. W kuchni zauroczył ją zapach zupy, która przygotowywał polski kucharz dla swoich pracowników. bardzo jej zasmakowała i stwierdziła, ze prezydent też na pewno ja doceni. Wiadomo, że zmiana menu prezydenta z minuty na minutę jest niemożliwa, więc pani Daniele wcale nie pytała o zgodę... Po prostu zaserwowała prezydentowi polską zupę....

Miała rację co do prezydenckiego smaku. François Mitterrand poprosił nawet o dokładkę i już nic więcej nie chciał jeść, taka to była pyszna strawa.
Oczywiscie dopytaliśmy cóż to była za zupa... Pani Daniele pamiętała jedynie że były w niej buraki i miała ciemny kolor, a podawana była z pasztecikiem... już wiecie co to za zupa?

"Niebo w gębie" już niedługo wchodzi do kin, więc każdy kto jeszcze go nie oglądał, ma na to szansę. Szczerze polecam :)

Ja na dzisiaj proponuję Wam kremową zupę z buraków i boćwinki.





Zupa krem z buraków i botwiny
(4-5 porcji)

3 buraki

6 gałązek (pęczek) botwiny
po 1 gałązce estragony, oregano, lubczyku
2 ząbki czosnku
1/2 cebuli
1 łyżka sosu sojowego
oliwa z oliwek
1 łyżka octu z czerwonego wina
sól, pieprz do smaku
gorąca woda
jajka ugotowane na twardo



Buraki obieramy i kroimy wa małe kawałki. Boćwinę płuczemy i kroimy zarówno liście i łodyżki na małe kawałki.
Czosnek i cebulę obieramy, drobno siekamy i podsmażamy na oliwie w dużym garnku. Wrzucamy do nich buraki i boćwinę i zalewamy gorącą wodą, tak by zakryła zawartość garnka. Dokładamy gałązki ziół, wlewamy sos sojowy i ocet i gotujemy aż buraki zmiękną.
Z zupy wyjmujemy zioła. Odkładamy do miseczki 1-2 chochle buraków i boćwiny, a resztę miksujemy na krem. Dorzucamy odłożone warzywa i doprawiamy do smaku.

Zupę podajemy z jajkiem ugotowanym na twardo, udekorowaną ziołami.

Smacznego!

poniedziałek, 22 października 2012

Tarta z koprem włoskim i wędzonym łososiem na cieście francuskim



On the road again...

Jadę sobie... znów na jakiś czas zmieniam dom na ten rodzinny. Tym razem przerwa między podróżami będzie większa i dłużej zabaluje na podwarszawskiej wsi. Mam nadzieje, że nie będzie tu zbyt dużo tęsknych wpisów.

Tym razem trasa Zebrzydowice-Warszawa, cały ten czas czas umilała mi lektura książki i pewien francuski film. Był niesamowity... dowcipny, słodki, delikatny, pełen uroku i miłości, a do tego mocno czekoladowy.

W Polsce ten film zaprezentowano jako "Przepis na miłość". Oryginalny tytuł to Les Emotifs Anonymes, który  ja przetłumaczyłabym jako Anonimowi Wrażliwcy. Opowiada on o pewnym mężczyźnie, nadwrażliwcu, który jest właścicielem upadającej fabryki czekolady. Mówi także o pewnej kobiecie, nadwrażliwej, która potrafi stworzyć najwspanialsze pralinki na świecie. Pewnego dnia Ona trafia do Jego fabryki i zaczyna w niej pracę, ale nie w takiej roli jaka by się jej należała. Jest zbyt nieśmiała by wyjawić swoją małą tajemnicę. On na co dzień zgrywa twardziela, ale boi się kontaktów z obcymi ludźmi i nigdy nie pozwolił sobie na dotyk, zaangażowanie i miłość. Ona zwierza się i otrzymuje pomoc  w grupie wsparcia. On chodzi do psychologa, który daje mu różne zadania. Od początku wydają się dla siebie stworzeni, ale czy będą w stanie wyrazić swoje emocje, podzielić się uczuciami, otworzyć się na siebie i świat a do tego uratować podupadłą fabrykę czekolady?

Przepis na miłość to film pełen nieskrywanego uroku, w którym smak gorzkiej czekolady i rozpływających się w ustach pralinek relaksuje z każdą minutą oglądania. Widzimy w nim postaci dość wyraziste, ale nie przerysowane, których natura wyposażyła w pewne blokady. W trakcie seansu zdajemy sobie sprawę, że my też mamy w życiu takie chwile, gdy strach nas paraliżuje, gdy nie mamy siły by pójść jeden krok dalej, znaleźć w sobie odwagę by zapanować nad własnym życiem i spełniać swoje marzenia.
Les Emotifs Anonyme to tez śliczne zdjęcia i piękna muzyka, to nieziemski smak gorzkiej czekolady i bardzo dobre kreacje aktorskie.
Osobiście rzadko oglądam francuskie filmy, ale ten mnie po prostu urzekł. Serdecznie go polecam.
Ech. Jak cudownie było z nim spędzić 1 godzinę i 15 minut w pociągu do Warszawy :)

Na deser, scena, która sprawiła, że w moim oku pojawiła się mała łezka wzruszenia i wielki uśmiech na twarzy.


Musiałam wyglądać ciekawie- wpatrzona w monitor z tym wielkim, nieskrywanym uśmiechem :D

Jako przekąskę do wyśmienitego francuskiego filmu proponuję pyszną tartę o anyżkowym aromacie i wyrazistym smaku wędzonego łososia na kruchym francuskim cieście



Tarta z koprem włoskim i wędzonym łososiem na cieście francuskim

Składniki:

1 płat ciasta francuskiego
1 korzeń kopru włoskiego
100 g  łososia wędzonego na zimno
2 jajka
100 ml mleka
1 łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu
1/4 łyżeczki ziaren anyżu
sól
oliwa z oliwek

Piekarnik rozgrzewamy do 200 st.C.
 Koper włoski dokładnie myjemy i kroimy po długości w niezbyt grube plastry. Skrapiamy go lekko oliwą z oliwek i wstawiamy na 10 minut pod mocno rozgrzany grill w piekarniku, lub smażymy na patelni grillowej. Zależy mi tutaj by koper lekko zmiękł i się delikatnie skarmelizował.
Jajka roztrzepujemy i łączymy z mlekiem. Doprawiamy pieprzem, anyżem i odrobiną soli. Pamiętajmy że wędzony łosoś, też jest słony. łososia- jeśli jest w plastrach- rwiemy na małe płatki; jeśli jest w kawałku- kroimy na cieniutkie plasterki.

Ciasto francuskie rozwałkowujemy- dopasowując do formy do farty. Wykładamy nim formę, a nadmiar odkrawamy. Na środku układamy plastry kopru włoskiego na zmianę z łososiem. Na tartę wylewamy mieszankę jajeczno- mleczną. Poruszmy formą lekko na boki by płyn miał szansę trafić w każdy zakamarek.

Tartę wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy ok 25 minut, do momentu gdy masa się dobrze zetnie i lekko zarumieni.

Tartę można podawać od razu na ciepło w towarzystwie lekkiej sałatki, lub na zimno, jako przekąska, czy przystawka.

Smacznego!

środa, 12 września 2012

Apple Pie. Wieczór filmowy pod hasłem: czy książka jest lepsza od ekranizacji?



Po raz drugi obejrzałam dzisiaj film The Help (Służące). Już za pierwszym razem byłam nim zachwycona. Świetna fabuła, istotny temat, dobry scenariusz i wyśmienita gra aktorska. Akcja filmu toczy się w Stanach Zjednoczonych w latach 60-tych. Jest to okres ważnych przemian w temacie dyskryminacji i rasizmu. To wtedy USA przeżywa śmierć Kennedy'ego i słyszy bardzo ważne słowa Nelsona Mandeli. jednak te lata to nadal okres prześladowań czarnoskórych, dyskryminacji, zbrodni na tle rasistowskim.
Film The Help, oparty na bestsellerowej powieści Kathryn Stockett, opowiada o służących pracujących w Jacksonville w stanie Mississippi. Te czarnoskóre kobiety pracują dla białych rodzin będąc ich kucharkami, praczkami, sprzątaczkami i niańkami. Znoszą one wiele upokorzeń, ale niektóre z nich bardzo przywiązują się do rodzin, a szczególnie do dzieci, które na dobrą sprawę wychowują. Paradoksem całej sytuacji, niezmiennej od pokoleń, jest fakt, że gdy dzieci dorosną zaczynają traktować swoje służące tak, jak kiedyś ich rodzice. I historia dalej kołem się toczy. Na szczęście dla Jacksonville wraca ze studiów do miasta młoda, ambitna dziewczyna, która ma na tyle odwagi by myśleć inaczej i na tyle siły, by podjąć walkę ze stereotypami i dyskryminacją. Jej ambicją i celem życiowym jest zostanie pisarką. Wpada na pomysł by opisać codzienność, rozterki i chwile radości w życiu czarnoskórych mieszkańców, a raczej mieszkanek miasta.
Film to piękna wzruszająca opowieść, pełna miłości, prawdziwych emocji i humoru,  z dobrym scenariuszem i grą aktorską. Mówiąc szczerze, pierwszy raz ponad dwugodzinny film minął mi jak parę krótkich chwil. Nie będę dalej opisywać wydarzeń, jakie obserwujemy na ekranie, bo każdego zachęcam do obejrzenia The Help.

Dopiero po obejrzeniu filmu, dotarłam do książki  autorstwa Kathryn Stockett, ale za to w oryginale. Muszę przyznać, że film świetnie oddaje jej klimat, obrazuje najbardziej istotne zdarzenia, świetnie przedstawia głównych bohaterów. Z drugiej strony, kilka faktów jest pominiętych, skróconych czy nawet zmienionych. Myślę jednak, że zabiegi te były przeprowadzone z wyczuciem i z korzyścią dla filmu. Oczywisty wydaje się fakt, że nie można na ekranie zaprezentować każdego wątku tak bogatej powieści. Wniosek jest taki, że o ile film ogląda się znakomicie, bo jest po prostu bardzo dobry, o tyle książka, to jest książka. To dzięki lekturze w pełni poznajemy wszystkich bohaterów ich uczucia, przemyślenia i historie.

Osobiście, z wielką chęcią obejrzałam The Help ponownie, by znów porównać doznania związane z książką i jej ekranizacją. Mogłam także większą uwagę zwrócić na potrawy jakie powstają na ekranie, szczególnie pieczone udka kurczaka i chocolate pie- najbardziej wpływowe ciasto w Jacksonville :)

Z okazji ponownego smakowania "The Help" powstał typowo amerykański Apple Pie. Cieszę się że to jabłkowe kruche ciasto wyszło tak niesamowicie pyszne. Z każdym jego kawałkiem znów przenosiłam się w magiczny świat książki i filmu.



Apple Pie czyli kruche ciasto z jabłkami

Składniki:
400 g mąki pszennej
szczypta soli
200 g margaryny
70 g cukru pudru
2 małe jajka
skórka otarta z 1 cytryny

1,5 kg twardych jabłek
50 g masła
50 g cukru
1 łyżka cynamonu

Przygotuj kruche ciasto. W dużej misce połącz mąkę, cukier puder i sól. Dodaj masło i siekając, lub rozdrabniając między palcami, doprowadź je do konsystencji kruszonki. Następnie dodaj skórkę z cytryny i roztrzepane jajka. Szybko zagnieć ciasto w kulę, owiń je w folię i wstaw do lodówki na minimum 30 minut.

Rozgrzej piekarnik do 180'C.
Każde jabłko obierz, wydrąż i pokrój na 16 części. Aby jabłka nie ciemniały najlepiej skropić je sokiem z cytryny, lub trzymać w wodzie z dodatkiem 2 łyżek octu.
W dużym rondelku podgrzać masło z cukrem, a gdy się rozpuszczą dodać jabłka i cynamon. Wymieszać i dusić przez ok 10 minut na małym ogniu.

Z ciasta odkroić 1/3, a resztę rozwałkować na okrąg o średnicy 8 cm większej niż forma i grubości ok 1cm. Ja użyłam tortownicy o średnicy 25 cm. Formę wyłożyć ciastem, tak by dobrze pokryło dno i utworzyło kilkucentymetrowy brzeg. Powinniśmy użyć specjalnej formy do Pie'ów, której brzeg jest niewysoki, ale tortownica też się dobrze spisze.
Na środek ciasta wykładamy jabłka z karmelem cynamonowym.
Pozostałe ciasto rozwałkowujemy na okrąg o średnicy formy. Brzegi ciasta smarujemy mlekiem i przykrywamy jabłka zlepiając ze sobą bardzo dokładnie brzegi pokrywy i spodu. Pie posmarować po wierzchu mlekiem. Z resztek kruchej masy możemy powycinać ozdobne wzory i przykleić je na wierzchu, lub na brzegach.

Ciasto wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy ok 55- 60 minut aż się delikatnie zarumieni.
Po wyjęciu z piekarnika Apple Pie możemy serwować po kilkunastu minutach na ciepło lub odstawić do całkowitego ostygnięcia. Ciasto gdy jest jeszcze ciepłe będzie się trochę rozpadać, ale to nic nie szkodzi. Podajemy go z gałką lodów i rozkoszujemy się cudownym smakiem.

Smacznego!

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Zdrowe ciasteczka z muesli i masłem orzechowym. Wieczór filmowy



Widziałam świetny film..
"Extremely Loud & Incredibly Close", to opowieść o chłopcu, który stracił ojca w katastrofie z 11 września 2001 roku. Nie jest to film pełen nadmiernej goryczy i żalu. Nie ma w nim także smutku, złości, czy nienawiści. Nie jest to film oczywisty.
 Oskar, główny bohater, jest chłopcem niezwykłym, bardzo inteligentnym, posiadającym swoje male i większe fobie, o delikatnie autystycznej duszy. Najważniejszą osobą w jego życiu był ojciec, w tej roli Tom Hanks. Ich relacja jest wręcz bajkowa, pełna wymyślonych gier, tajemniczych ekspedycji, zabaw i prawdziwej ojcowsko- synowskiej miłości. Po 11 września został mu jedynie głos ojca nagrany na automatycznej sekretarce  jeszcze z budynku WTC, przed ostateczną tragedią i kilka pamiątek schowanych w specjalnej skrytce,

Gdyby słońce wybuchło, nie wiedzielibyśmy o tym prze 8 minut, nadal byłoby jasno i czulibyśmy ciepło. Oscar wykorzystuje swoje "8 minut" po śmierci taty. Minął już rok i chłopiec czuje, że ten czas już dobiega końca. W szafie ojca, w której nic nie zostało zmienione, znajduje klucz w kopercie z napisem "Black". Staje się on dla niego ostatnią nadzieją by nadal mieć z nim kontakt i rozciągnąć te 8 minut. Postanawia odnaleźć osobę o nazwisku "Black", która prawdopodobnie będzie mogła powiedzieć mu coś o jego tacie, coś co jest tajemnicą. Pakuje do plecaka rzeczy, które zapewnią mu przetrwanie: maska gazowa, lornetka, mapa, taśma klejąca,dziennik ekspedycji, aparat fotograficzny(dziadka), tamburyn, "Krótką Historię Czasu" S.Hawkinga, komórkę, batoniki Fig Newtons, oczywiście klucz i wiadomość od ojca "not stop looking"  i rusza na poszukiwania. 472 osoby, 216 adresów, każdego dnia na swej drodze spotyka ludzi bardzo różnych, którzy także opowiadają mu swoje historie.  Jest tego dużo... więc zaczyna mu pomagać pewien niemowa-  starszy mężczyzna, kory od pewnego czasu mieszka w jednym z pokoi w mieszkaniu babci. Istotną rolę odgrywa w jego życiu także relacja z babcią- z która wieczorami rozmawia przez krótkofalówkę, łącząc się z blokiem na przeciwko. Z kolei jego stosunki z mamą (Sandra Bullock), nie należą do najlepszych, przynajmniej na początku.

Film jest pełen przemyśleń ale i wartkiej akcji. Wiele scen jest niesamowicie poruszających, zmuszających do myślenia, cudownie malowniczych i pełnych znaczenia. Czy Oscar znajdzie zamek, który otwiera ten tajemniczy klucz, czy uda mu się przedłużyć "8 minut" z ukochanym tatą, kogo spotkał na swojej drodze? To tajemnica, którą sami możecie rozwiązać, oglądając film. Na prawdę warto. 

Na przekąskę w dni ekspedycji poszukiwawczych przydadzą się pożywne ciasteczka. Fig Newtons na pewna są pyszne, ale dziś pozostanę przy moich ulubionych.

Ciastka z muesli to dla mnie przekąska idealna. Sprawdza się o każdej porze dnia gdy poczujemy lekki głód, lub ochotę na małe co nieco. Co więcej, możemy zabrać je ze sobą na spacer, na wycieczkę, lub do samochodu- by po pracy nie wracać "na głodniaka" z chęcią pożarcia całej lodówki wraz z żarówką. Polecam :)



Ciasteczka z muesli i masłem orzechowym


Ciasteczka z muesli i masłem orzechowym

składniki:
(1 blacha)
1 szklanka tradycyjnego muesli
1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej
1/2 szklanki płatków owsianych
1/2 szklanki otrąb owsianych
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajko
2 łyżki miodu (lub syropu z agawy)
2 łyżki masła (lub margaryny)
3 łyżki masła orzechowego
2-3 łyżki maślanki (lub jogurtu naturalnego)
3 łyżki posiekanych orzeszków ziemnych (niesolonych)
szczypta soli

Wymieszać wszystkie suche składniki. Dodać do nich rozpuszczone masło, roztrzepane jajko i masło orzechowe. Dokładnie wymieszać i jeśli masa jest sucha, rozpada się, dodać po łyżce maślanki aż składniki się dobrze skleją.

Piekarnik nagrzać do 180'C. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia i posmarować olejem. Ciastka można formować mokrymi rękoma, lub zamoczoną w wodzie łyżką.

Wstawiamy do piekarnika  i pieczemy ok 15 minut- do zarumienienia.


Muesli peanut butter cookies

1 cup traditional muesli
1/2 cup wholegrain flour
1/2 cup rolled outs
1/2 cup oat brans
1 1/2 tsp baking powder
1 egg
2 tbsp honey (or Agave syrup)
2 tbsp butter
3 tbsp beanut butter
2-3 tbsp buttermilk
3 tbsp peanuts chopped
pinch of salt

Mix togheter dry ingredients. Add soft butter, beaten egg, peanut butter and give it a good mix. If the dough is to dry and it brakes, add some buttermilk until it's more sticky.

Cover your baking sheet with baking paper. Preheat the oven to 180 Celcius.

You can either form your cookies in wet hands or with tablespoon. Put each ball of cookie dough on a baking sheet, leave 5 cm distance between them and flatten a little.

Bake in the preheated oven for about 15 minutes, or until slighlty golden.  Take cookies out from the oven, leave on the baking sheet for additional 5 minutes and then let cool on a rack  


Smacznego!

piątek, 27 lipca 2012

Przetwory. Patisony w marynacie z curry. Wieczór filmowy po hiszpańsku.

Dzisiaj obiecany przepis na pikle z patisonów. Zaproponowaną zalewę można także swobodnie użyć do marynowania ogórków i cukinii pokrojonych w kostkę. Patisony to tak na prawdę odmiana dyni- tzw. Dynia talerzowata. od kilku lat hodujemy z mamą patisony w 90% z przeznaczeniem na przetwory. Dawno temu zasmakowały nam "Patisony ze Ścinawy" i postanowiłyśmy zacząć własną produkcję.  Wspominałam już kilka razy, że nasze przetwory w tym dowcipnie nazwane przez znajomych "parkinsony" robią furorę. Smakują niesamowicie już po kilku dniach. Naszym sekretem jest zawsze duża ilość przypraw i ziół, to one oprócz octu nadają smak patisonom, ogórkom czy cukinii. Kilka lat temu wpadłam w manię marynowania. Mieliśmy wtedy w ogrodzie kilka odmian cukinii, kabaczków i dyni i ich nadmiar trzeba było jakoś przerobić. Powstało wtedy mnóstwo słoiczków wypełnionych samymi pysznościami. Dzięki temu wiem, które pikle były na prawdę smaczne i trwałe.
patison


Teraz nagła zmiana tematu. Miałam dziś opisać kolejny film, który mną poruszył, ale na niego przyjdzie jeszcze pora. Z samego rana wyczytałam w programie telewizyjnym, ze w ramach "Kocham Kino" zaprezentowany będzie film "Maria Łaski Pełna". Właśnie go oglądam.

Jest to film w koprodukcji USA, Kolumbii i Ekwadoru. Porusza on bardzo ważny problem przemytu narkotyków na dużą skalę. Naiwne, młode, zdrowe dziewczęta są namawiane by pracowały jako tzw."muły". Ich zadaniem jest przemycanie heroiny w kapsułkach we własnych żołądkach. Oczywiście za dobrze wypełnione zadanie dostaną tyle pieniędzy, ile nie dałyby radę zarobić przez kilka lat. Maria, główna bohaterka, pracuje w fabryce produkującej róże, musi oddawać pieniądze na utrzymanie całej rodziny, a do tego sama dowiaduję się o ciąży. Maria chciałaby, by jej dziecko wychowywało się w lepszych warunkach, a do tego potrzebne są pieniądze. Czy jej chęć opieki nad nienarodzonym dzieckiem usprawiedliwia podjęcie takiej decyzji i zarazem wielkiego ryzyka? Mogła być złapana i  oskarżona, mogła zginąć i zabić swoje dziecko. Ciężko nam postawić się w sytuacji takiej dziewczyny. Maria dorasta w o wiele trudniejszych warunkach niż my, młodzi ludzie w Polsce. jednego jestem pewna, winnych na pewno trzeba szukać zw producentach, przemytnikach, sprzedawcach narkotyków. 
Nie będę opowiadać więcej szczegółów filmu, bo bardzo was zachęcam do jego obejrzenia. Większość filmów proponowanych w "Kocham Kino" jest prawdziwymi arcydziełami. Maria Łaski Pełna też mieści się w te ramy.
Godny uwagi jest też plakat do filmu, gdy zastanowić się na jego symboliką, można wyciągnąć kilka  kolejnych przemyśleń dotyczących filmu. Szczerze polecam.

Wróćmy do jedzenia. Niestety nie mogę napisać ile słoików marynat otrzymacie. Ja za każdym razem używam słoików o różnych pojemnościach, więc nie podam konkretnej liczby. Z kolei, jeśli zabraknie mi zalewy, to tez się nie przejmuj, tylko dorabiam jej kolejną porcję. Robienie marynat to przyjemność, więc trzeba do tego podejść na luzie i ograniczyć dawkę stresu, a wszystko się uda. Oto przepis:

patisony w curry


Patisony w marynacie z curry.

2 kilogram małych patisonów (o średnicy do 4 cm)
liście selera
cebula
główka czosnku
ziarna gorczycy, pieprzu, ziela angielskiego
listki laurowe
Patisony w marynacie curry

Zalewa:
1 litr wody
1 i 1/2 szklanki octu (10%)
1 1/2 łyżki soli
1 1/2 szklanki cukru
50 g przyprawy curry

Patisony myjemy, ścinamy ogonek i pozostałość po kwiatach. Składniki zalewy zagotowujemy w garnku, uważając by nie wykipiała.

W każdym słoiku ściśle układamy patisony. Dorzucamy po jednej sztuce: listek laurowy, liść selera, ząbek czosnku, plaster cebuli. Dodatkowo dosypuję ok 1/3 łyżeczki ziaren gorczycy, pieprzu i ziela angielskiego.

Do słoików wlewam gorącą zalewę zostawiając 1 cm od wieczka. Zakręcam szczelnie i ostrożnie przechylam słoik i stawiam do góry nogami. w ten sposób od razu sprawdzam czy nakrętka jest szczelna i mogę ją jeszcze wymienić. Odwracam je z powrotem i wkładam do garnka, na dnie kładziemy ściereczkę, by słoiki bezpośrednio go nie dotykały. Pasteryzujemy słoiki o podobnej wysokości i pojemności. Nalewamy wodę do 3/4 wysokości słoika i gotujemy. Od momentu zagotowania wody trzymamy na ogniu przez 15 minut. Po tym czasie możemy je pozostawić w garnku do ostygnięcia lub wyjąć na ściereczkę, na blat i również zostawić by wystygły.

Marynaty powinny być pełne smaku i pyszne już po tygodniu.

Smacznego!


czwartek, 19 lipca 2012

Ratatouille z okzazji "2 dni w Nowym Yorku"

Ratatouille przeze wszystkim kojarzyło mi się z uroczym filmem dla dzieci o małym słodkim francuskim szczurku. O ile nie lubię szczurów, o tyle ten kreskówkowy  mnie urzekł i oglądałam jego przygody z gotowaniem już ze 4 razy. Kto nie oglądał niech szybko to zmieni, film świetny dla dzieci i dla dorosłych- zwłaszcza tych zakochanych w jedzeniu :)

Dziś zajął mnie jednak inny film: "2 dni w Nowym Yorku". Julie Delpy nie tylko jest jego reżyserką ale także wcieliła się w główną rolę. Ten kolejny po "2 dniach w Paryżu" film aktorki jest zarazem jego kontynuacją. W pierwszej części Marion stara się uratować swój związek z Amerykaninem poprzez powrót do Europy- jej rodzinnego miasta Paryża. W najnowszym filmie bohaterka realizuje się w życiu z nowym partnerem- znanym prezenterem radiowym. Żyją sobie razem w nowojorskim mieszkaniu z synkiem Maurice i córką Mariona z poprzednich związków. Maurice otwiera także niedługo wystawę swoich artystycznych zdjęć, choć nie wydaje się pewna swojego sukcesu. Już na początku filmu wkracza w jej życie rodzinka z Francji z wizytą. Tata, szalona siostra i (niespodziewanie) jej chłopak, czyli wyjątkowa francuska banda.
Styl dialogów, akcji i całego filmy jaki realizuje Julie jest bardzo podobny do dzieł Woodego Allena. Słowa wyskakują z aktorów w zawrotnym tempie, co sekundę śmiejemy się z dowcipów opartych na niedomówieniach, niuansach, wiele tu scen pełnych ludzi, rozmów i życia. Film nie tylko opowiada o życiu w związku, wszystkich jego przyjemnościach i trudnościach, ale także przedstawia nam cechy prawdziwych Francuzów. Nie da się ukryć, że wyróżnia ich ekscentryzm, cynizm, pewna dziwaczność, co tak bardzo odróżnia ich od Amerykanów i od nas -widzów (o ile nie są Francuzami :P)
2 dni w Nowym Yorku, to film dla miłośników dobrej, inteligentnej komedii, nieprzewidywalnych zwrotów akcji, dowcipnych scen i sytuacji i wielu, wielu dobrych dialogów.

Ani w Paryżu ani w Nowym Yorku jeszcze nie byłam ale chętnie spędziłabym w nich nawet więcej niż 2 dni... Póki co, znów jadę do Warszawy :)

Dziś namiastką Francji będzie wspomniane Ratatouille.



Ratatouille w moim wydaniu

Składniki:
1 papryka czerwona (jak najbardziej podłużna)
1 papryka biała (lub żółta)
1 cukinia
1 bakłażan
1 szklanka przecieru pomidorowego
1 niewielka cebula
1 ząbek czosnku
sól i świeżo zmielony pieprz
garść ziół prowansalskich (bazylia, tymianek, oregano, estragon, rozmaryn)
Oliwa z oliwek
1 szklanka startego twardego sera (oscypek, pecorino itp.)
(można go zastąpić pokruszoną fetą lub serem kozim)



Przygotowanie:
Warzywa umyć, cebulę i czosnek obrać. Paprykę pozbawić rdzenia z pestkami i pokroić w cienkie krążki.
Cukinię i bakłażana pokroić w cienkie plastry. Czosnek i cebulę drobno posiekać.

Na dno formy wylać przecier pomidorowy. zaczynając od środka układać po kolei warzywa na kształt muszli ślimaka. Ja układałam w kolejności- bakłażan- czerwona papryka, cukinia, biała papryka, bakłażan itd. Całość posypałam po wierzchu solą, pieprzem, ziołami prowansalskimi i posiekaną cebulą z czosnkiem

Ratatouille wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 190'C i pieczemy ok 45 minut. 5 minut przed końcem pieczenia posypuję całość startym serem i dalej zapiekam. Warzywa powinny być miękkie i bardzo lekko zarumienione, nie wolno ich przypalić. Przed podaniem Ratatouille dekoruję świeżymi listkami bazylii.

Ratatouille możemy podać z bagietką, ryżem, kus kusem, czy polentą. W każdej formie będzie pyszne.

Smacznego!

czwartek, 12 lipca 2012

Pyszne babeczki z nadzieniem serowym i wieczor filmowy.

Oglądałam dziś niesamowity film...

Odrobina nieba pojawiła się w moim domu dzisiaj popołudniu i zawładnęła moimi myślami . "A little bit of heaven" (z 2011 roku)- taki jest tytuł filmu, który powstał w Stanach Zjednoczonych opowiada o młodej dziewczynie, która stojąc na progu dorosłego życia dowiaduje się o tym, że jest chora na raka...
Kate Hudson wcieliła się w rolę Marley, radosnej singielki, która w nietypowych okolicznościach spotyka na swej drodze miłość. Poznaje przystojnego lekarza Juliana, w tej roli mój ulubiony Gael García Bernal. Paradoks polega na tym, że to on informuje bohaterkę o chorobie, próbuje znaleźć sposób na jej uleczenie, ale rak nie daje za wygraną. Czego można się spodziewać, Julian leczy jedynie jej serce, które boi się zakochać, zaangażować jest pełne bólu i trosk z przeszłości. W walkę z chorobą włączają się również rodzice i przyjaciele Marley.

Od początku filmu podziwiałam bohaterkę za pozytywny stosunek do świata. Nie ma w niej gorzkiego żalu, za to co się jej przytrafiło. W pewnym sensie się z nią utożsamiam, bo mi też czasem trudno otworzyć serce dla drugiej osoby, dopóki jej w pełni nie zaufam. Tak jak Marley, boję się, że ktoś mnie zrani. Nie wiem czy znalazłabym w sobie tyle siły, tyle ciepłych słów i myśli gdyby wisiało nade mną widmo śmiertelnej choroby. Mam wielu niesamowitych przyjaciół, cudownego mężczyznę, kochaną, pełną wsparcia rodzinę i o ile wiem, że zrobili by dla mnie wszystko, o tyle nie jestem pewna jak ja bym się w tej sytuacji zachowywała. 

Film "Odrobina nieba" po raz kolejny uświadomił mi, że powinnam cieszyć się każdym dniem, zwłaszcza tym, który mogę spędzić w gronie ukochanych osób. Co raz częściej dochodzę też do wniosku, że w życiu nie można nic odkładać na dalszą przyszłość, bo nigdy nie będziemy wiedzieć ile czasu nam zostało.


Wpadłam w lekko melancholijny, ale zarazem pełen ciepłych myśli nastrój. Pozostaje mi jedynie zadedykować poniższy przepis moim najbliższym, by ich życie było  pełne słońca i miłości.




Babeczki z nadzieniem serowym

Składniki:
400g mąki
100g miękkiego masła
100g masła roślinnego
100g cukru pudru
 2 żółtka
kilka kropel aromatu waniliowego
ew. 2-3 łyżki śmietany lub gęstego jogurtu


 Nadzienie serowe:
250 g kremowego chudego sera
2 białka
2 łyżki cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego

cukier puder do posypania

Zagnieść dokładnie wszystkie składniki ciasta. W razie potrzeby, gdy ciasto jest zbyt kruche dodaj trochę jogurtu, lub śmietany. Ciasto zawijamy w folię i wkładamy do lodówki na 15 minut.

Ser mieszamy z curami. Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli, dodajemy do twarogu, delikatnie mieszając.

Rozgrzewamy piekarnik do 170'C.

Z ciasta odrywamy kawałek mniej więcej wielkości orzecha włoskiego, spłaszczamy go w rękach i wykładamy nim foremki do babeczek. Pamiętamy, że przynajmniej 1/3 ciasta pozostaje na przykrycie babeczek. Ja użyłam foremek metalowych i silikonowych
Do tak przygotowanych spodów nakładamy po pełnej łyżeczce nadzienia serowego.
Z reszty ciasta odrywamy mały kawałek i formujemy z niego koło o średnicy foremki, Przykrywamy nadzienie i zlepiamy brzegi babeczki.

Gotowe babeczki pieczemy ok 30 minut. Wierzch babeczek może popękać a powinien się lekko zarumienić. Gdy wyjmiemy je z piekarnika, czekamy kilka minut aż lekko przestygną. Następnie, najlepiej z użyciem czystej ściereczki wyjmujemy babeczki z foremek, przechylając je do góry dnem i w razie potrzeby lekko opukując łyżeczką.



Przed podaniem babeczki posypujemy cukrem pudrem lub polewamy lukrem. I pamiętajmy, że to ma być nasz znak miłości, więc podajmy je tym których kochamy.

Smacznego!

Przepis zaczerpnięty po części z Kuchni Polskiej