Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 maja 2016

Zdrowe Muffinki z ksiązki White Plate na wiosenny piknik w parku/ Healthy muffins from "White Plate" book for a spring-picnic in the park

Dobra ksiażka kucharska to prawdziwy skarb. W każdej chwili, gdy potrzebujesz szybko przepisu na coś co chcesz ugotować lub upiec, mozesz do niej w ciemno zajrzeć. Właśnie taką książkę znalazlam.

Kupiłam "White Plate. Słodkie" Elizy Mórawskiej, ponieważ zawsze lubiłam blog/ stronę internetową autorki. Wypróbowanie jej przepisów to była prawdziwa przyjemność.

Na pierwszy ogień poszła Polska Szarlotka, która ukradła kilka serc w pracy mojego męża. Musiałam na szybko, w ostatniej chwili upiec coś na "wkupne" w jego nowym miejscu pracy.
Później wypróbowałam bezą, która uświetniła urodziny mojego ukochanego i szybko zorientowałam się, że wszystkie przepisy są wspaniałe.

Któregoś słonecznego dnia urządziłyśmy sobie z koleżankami z Graz mały piknik w parku. Słonko nas rozpieszczało swoimi ciepłymi promykami, więc starałam sie korzystać z takiej przyjemnosci tak dużo jak się da. Większosć czasu spędzaliśmy z moim maluchem na zewnątrz, w parku, na placu zabaw, nad rzeką, obojętnie gdzie, byleby na słonku. Piotruś już kocha wszystkie huśtawki, zjeżdżalnie, piaskownice z piaskiem i kamykami (które pasją pożera... na szczęście nie połyka...). Jak każdy maluch, szuka skarbów w trawie, w krzakach i w każdej dziurze. Nie należę do mam sterylnych i nadopiekuńczych, wiec pozwalam mu poznawać świat tak jak mu to odpowiada, obserwując jedynie by nie zrobił sobie krzywdy.

Na piknik zabrałam cały koszyk pełen dobroci dla każdego z nas: kocyk, butelka z lemoniadą z pomarańczy i mięty, przekąski dla maluchów i zdrowe smakołyki dla mam.

Uwielbiam piec babeczki i mufinki, bo ich pieczenie jest ekspresowe i banalnie proste. Zazwyczaj, po prostu improwizuję i łączę przeróżne składniki, jakie akurat mam pod ręką, bazując na podstawowym przepisie na babeczki. Ale tym razem chciałam by były idealne, więc zajrzałam do książki kucharskiej. Oczywiście, książka White Plate" i tym razem mnie nie zawiodła. Babeczki miały idealną fakturę, były lekko puszyste ale i treściwe, o pięknym kolorze i wspaniałym smaku. Tak, były na prawdę pyszne, a do tego zdrowe :) Przysmak idealny.

Żeby babeczki mogły zjeść też maluchy, cukier w przepisie zastąpiłam syropem daktylowym z bardzo pozytywnym efektem smakowym.

Już nei mogę się doczekać kiedy wyprobuje kolejne przepisy z "White Plate. słodkie"...


......................................................................................................................................

A good cooking book is like a treasure. You can use it each time you need a fast tip how to cook or bake something you wish to do. I found one.

I bought "White Plate. Słodkie" by Eliza Mórawska cause I loved the authors blog/website from a very long time. Trying out those resipes was a real pleasure.
At first I used the recipe for Polish "Szarlotka" (apple pie), which stold some hearts of my husbands coworkers. Next was meringue for my husbands birthday and soon I realise that they are all amazingly good.

One  sunny day me and my new friends from Graz had a small picnic in a park. The weather was spoiling us with very a nice temperature and big amount of sun so I was trying to enjoy it as much as I could. Me and my baby boy spend lots of time outside in the park or in the playground.
My kid loves already all kinds of swings, slides and off course sand and rocks (also as a snack)
He is also a small explorer looking for some treasures in the grass or between bushes.

For the picnic, I went to the park equiped with a picnic planket and a bascket fool of goods for us all. A bottle of simple mint and orange lemonade, some small snacks for babies, and healthy treats for mummies. :)

I love baking muffins and cupcakes. They are so easy and fast to make. Usually, I just improvise and combine all the ingredients more or less, depending on what I have in my fridge and drawers.
This day I had very little time and my muffins had to be perfect so I used the recipe from the book. There was no disapointment when I took them out of my oven. perfect sructure, great taste, nice colour.... yes they were deliscious AND healthy. :)

I used much less sugar then originally in the recipe, so even kids could enjoy some of that treat.
I can't wait to test the rest of cakes and cookies from "White Plate. słodkie" (sweet)





Muffinki jak batoniki

ok. 10-12 sztuk

ciasto:
150 g mąki pszennej (ja użyłam pełnoziarnistą)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
2 jajka
120 g cukru (dałam kilka łyżek syropu daktylowego)
1/2 opakowania cukru waniliowego (pominęłam)
1 łyżeczka cynamonu
1 małe jabłko obrane i starte na tarce
120 g startej marchwi
80 ml oleju słonecznikowego
50 g dowolnych orzechów
50 g rodzynek
30 g wiórków kokosowych (zastąpiłam mąką migdałową)

kruszonka*:
30 g masła
40 g mąki
10 g cukru
20 g płatków owsianych błyskawicznych
10 g pestek słonecznika
10 g sezamu
1 łyżka miodu
1 łyżeczka wody
1 łyżeczka oleju słonecznikowego

Wykonanie kruszonki:  Wsypać wszystkie składniki do miseczki. Mieszać łyżką, aż porobią się grudki. Odstawić.

*bardziej tradycyjna kruszonka pełnoziarnista z otrębami owsianymi tez świetnie pasuje

Ciasto:
W jednej misce połączyć sypkie składniki: mąkę, proszek do pieczenia, sól i cynamon. W drugiej misce ubić jajka z cukrem(syropem), ubijając powoli dodać olej a na końcu połączyć z jabłkiem i marchewką. Ja orzechy i rodzynki wrzuciłam najpierw do sypkich składników żeby trochę się obtoczyły w mące. Na końcu łączymy wszystkie składniki muffinek, tylko chwilkę, by się połączyły. Ja uznałam że masa jest trochę za gęsta, więc rozrzedziłam ją kilkoma łyżkami soku jabłkowego.

Ciasto wlać do formy na muffiny. Autorka poleca by wysmarować je masłem lub olejem, a ja po prostu używam papilotek papierowych lub silikonowych. Na wierzch każdego muffina wsypać kruszonkę. W muffinkach przeznaczonych dla maluchów kruszonkę pominęłam.
Wstawić muffiny do nagrzanego do 170 stC piekarnika i piec 25 minut. Stopień upieczenia sprawdzić patyczkiem- gdy będzie suchy, muffinki są gotowe.

Po wyjęciu  piekarnika ostudzić na kratce. Podobno najlepiej smakują następnego dnia (nie zdążyłam spróbować;) )

Muffins like muesli bars with a crumlbe topping

Muffins:
150 g of flour (I used wholegrain flour)
1 tsp baking powder
pinch of salt
2 eggs
120 g  sugar ( I used 3 Tbsp of date syrup)
1 Tbsp vanilla sugar
1 tsp cinnamon
1 little apple (peeled and grated)
120 g carrot (peeled and grated)
80 ml sunflower oil (or any other cooking vegetable oil)
50 g nuts (any kind you like)
50 g rasins
30 g coconut shreds ( I used almond flour)

Crumble topping:
30 g butter
40 g flour (preferably whole grain)
10 g subar (non refined)
20 g oat bran
10g sunflower seeds
10 g sesam seeds
1 Tbsp honey ( I skipped that)
1 tsp water
1 tsp vegetable oil

For the crumble topping:

Combine all the dry ingredient  and rub in the butter until clumpy with your fingertips. Set aside.

For the muffin mix:

Heat oven to 170C
Sift the flour combided with baking powder, cinnamon and salt. Beat eggs with sugar (syrup) and vanilla sugar, add oil and in the end also apple and carrot,  beat until just combined  Combine with nutts and coconut and finally throw the flour mixture in. Mix gently, and not too long, until just smooth.

In my opinion the batter was a little bit to thick, so I added couple tablespoons of apple juice.

Line muffin tray with paper muffin cases. You will probably have 10 to 12 muffins. Fill muffin cases two-thirds full and put some crumble on top of each one. I skipped crumble topping in few muffins meant for kids. 
Bake for 20-25 mins, until  skewer inserted in the middle comes out clean.
Transfer the muffins to a wire rack to cool completely.
They are best served the next day. (We never had opportinity to check that :) )


poniedziałek, 7 października 2013

Eco Pomysł na weekend: Natura Food w Łodzi.

VI Międzynarodowe Targi Żywności Ekologicznej i Tradycyjnej NATURA FOODJuż w najbliższy weekend wybieram się na targi Natura Food w Łodzi. Jadę tam po raz pierwszy, ale mam wielkie nadzieje, że będzie o na prawdę fajna impreza.

W jednym miejscu będzie można spotkać producentów naturalnej żywności, porozmawiać, powymieniać się wiedzą, doświadczeniem ale i  wizytówkami :)

Obserwuję w Polsce wspaniały trend jedzenia i życia w zgodzie z naturą. Co raz częściej Polacy poszukują żywności niskoprzetworzonej, naturalnej czy z certyfikatem ekologicznym. Powstaje i przyłącza się do niego co raz więcej gospodarstw wiejskich. Dobrzy producenci zdali sobie sprawę, że wytwarzanie żywności napakowanej pestycydami, konserwantami itp na dłuższą metę jest nieopłacalne dla całego społeczeństwa. To wspaniałe, że wracają do łask stare odmiany warzyw i owoców, wędliny i sery wytwarzane jak za dawnych lat, bez zbędnej chemii i wypełniaczy.  Mimo, ze wielu kupców nadal kieruje się do sklepów po  certyfikowaną żywność ECO, to mali producenci, którzy nie posiadają certyfikatów są również doceniani i wspierani prze Slow Food i inicjatywy podobne do LeTargu i różne targi żywności regionalnej, zdrowej, naturalnej. Również w Łodzi od lipca przy samej Piotrkowskiej działał targ dobrych producentów żywności. Warszawski LeTarg to już prawie legenda, która prężnie działa w dwóch lokalizacjach- na Wilanowie i w SOHO Factory na Pradze



Wróćmy do Natura Food. W tym roku partnerem targów maja być Węgry. Podobno możemy spodziewać się pysznych pikli, kiełbas i win węgierskich. Nie mogę się już doczekać by zdegustować jakiegoś pysznego Tokaja albo pasty paprykowej. Na pewno będzie pysznie.

Te trzy dni w Łódzkich Targach to także mnóstwo spotkań i wykładów dla ludzi z branży,  strefa ekologicznego Stylu Życia beECO, oraz strefa dla dzieci z EcoLudkiem. Trzeciego dnia- w niedzielę dzieciaki będą mogły ponadto uczestniczyć w warsztatach Szkoły na Widelcu prowadzonych przez Grzegorza Łapanowskiego. Zapowiada się fajna zabawa :)

Ale mnie jak zawsze najbardziej interesuje zdrowe jedzenie i turystyka- agroturystyka w szczególności. Jadę tam z pustym plecakiem i żołądkiem, a mam nadzieję wrócić z wieloma nowymi kontaktami, nową wiedzą i  pysznościami, także w brzuszku. :)
Targi trwają 3 dni, wejście na nie jest zupełnie niedrogie, potwierdzonych jest ponad 300 wystawców ze wszystkich polskich regionów, a także z zagranicy. Myślę, ze żadnego prawdziwego smakosza nie może zabraknąć w Łodzi w czasie trwania Natura Food.

 Ja na pewno tam będę, prawdopodobnie w piątek, bo na resztę weekendu mam kolejne plany, ale o tym już wkrótce.

wtorek, 19 lutego 2013

Pasta rybna z ricotty i wędzonego pstrąga. Owoc zakupowego szaleństwa na LeTarg'u.



LeTarg.... nazwa dość przewrotna. Niby targ, ale na pewno nie taki zwykły... 
Odwiedzam go od pierwszych tygodni gdy zrodził się na warszawskiej Saskiej Kępie. 

Wkraczając w czwartek i sobotę w wąską uliczkę Królowej Aldony od razu widać, ze coś się tu dzieje, bo pełno dostawczych samochodów o różnych rejestracjach z całej Polski. Po przejściu niespełna stu metrów widzimy że zejście na podwórko i do piwnicy jednej z willi obstawione jest straganami przy których tłoczą się kupujący. Już od wejścia z szerokim uśmiechem zapraszają nas producenci wspaniałych wędlin- Dobra Kiszka i Stanisław Mądry i przesympatyczny Pan Sandacz ze świeżymi rybami. W tę sobotę dołączyli do nich kolejni dostawcy, między innymi z ekologicznymi warzywami i drobiem z wolnego wybiegu. 


Gdy wchodzimy do wnętrza "Szarej Cegły"- kawiarni, galerii, miejsca spotkań artystycznych, spotykamy kolejnych wspaniałych producentów. Jest Kaszubska Koza i Kozia Łąka ze wspaniałymi kozimi serami, pojawia się Spółdzielnia Skaryszewy z moimi ukochanymi serami dojrzewającymi - Stary Szeneker, Amber i Salami z przyprawami, obłędna Fettina i Ricotta. Ostatnio w sobotę pojawił się tez pan z serami owczymi z Ranczo Frontiera i moja kolejna miłość... Mleczna Droga... z niebiańskimi jogurtami, w tym nowym smakiem pomarańczowo imbirowym, twarogami i fetą w oliwie. Całość dopełniają chleby na zakwasie, bajeczne przetwory słodkie i wytrawne, pyszne oliwy z Krety i niesamowite daktyle od Persa i sos z orzechów włoskich. Warto jeszcze wspomnieć i świeżym mleku prosto od krowy, mleku kozim, jajkach od kur z wolnego wybiegu o naturalnych sokach i propozycji Kalinówki "Wzgórza Dylewskie" gdzie nie tylko zakupimy wędzonego pstrąga i pasztet z dziczyzny ale i wątróbkę z pstrąga w zalewie.. Jednym zdaniem dobroci co nie miara.... 


Kto czuje się przytłoczony i już zakłada, ze przepuści tam fortunę, niech się w swoich rozważaniach natychmiast zatrzyma. Wszystkie produkty, które tam kupicie przygotowane są z naturalnych składników z miłością i troską o dobry smak, dobry gatunkowo i naturalny produkt. Sprzedają tam ludzie, którzy dbają o swoje zwierzęta jak o własne dzieci, pielęgnują grządki, lub szukają sprawdzonych dostawców z doskonałym produktem. także główni organizatorzy i założyciele LeTarg wkładają mnóstwo swego czasu i energii w trosce o klientów- sympatyków- przyjaciół, którzy ich odwiedzają. Dostawca, który się u nich pojawia musi być godzien zaufania.

A co z cenami? Otóż tu was może zaskoczę, ale są na prawdę przystępne. Całego pysznego pstrąga kupiłam za 20 zł, kilogram przepysznej szynki kosztuje 35 zł, ser salami z przyprawami 26 zł/kg,  dojrzewający Szeneker 45 zł, spora paczka genialnych daktyli 15 zł, świeże mleko 4zł/litr. Droższe są jedynie szlachetne sery kozie, dojrzewające wędliny i sery, ale nie oszukujmy się- w marketach i tak zapłacimy za nie więcej!!!

Na LeTarg kupuję jedzenie po to by nim się delektować i cieszyć. Wiem, że jem coś co jest zdrowe, przygotowane z troską, z miłością i pasją. Wiem, że zwierzęta traktowane są w sposób humanitarny, warzywa i owoce nie spryskuje się pestycydami a receptury opracowuje się latami w trosce o każdy szczegół. Ponadto, mam pewność, że wspieram dobrych, polskich producentów i biznes lokalny. Jestem przekonana, że tu nikt nie będzie próbował mnie oszukać a moja opinia o produkcie na prawdę się liczy. 

Z utęsknieniem czekam na wiosnę, gdy prawdopodobnie to miejsce rozwinie się jeszcze bardziej, gdy organizatorzy zaproszą do współpracy kolejnych wspaniałych hodowców, dostawców i pasjonatów zdrowego jedzenia. 

Opowiadać o LeTarg mogłabym dużo, ale nie muszę. On broni się sam.
Nie wierzycie? Sprawdźcie!
Wierzycie? Tym bardziej was tam zapraszam! 
Warto, warto, warto.

Szara Cegła, ul. Królowej Aldony 6, czwartki i soboty od 11.00 do 20.00.  Więcej informacji o tym miejscu i galerię zdjęć z poszczególnych dni znajdziecie na profilu LeTarg na Facebooku. 

Ja po sobotniej wyprawie przytachałam torby pełne pyszności. W tym znalazł się cały pstrąg wędzony na gorąco z Kalinówki i Ricotta od Spółdzielni Skaryszewy.  Połączyłam je w jedno pyszne danie na przystawkę i śniadanie. Z wędzonej ryby i serwatkowego serka powstała bowiem przepyszna pasta rybna. 
Podaję tylko składniki pasty bez konkretnych proporcji, bo każdy z was sam może skomponować sobie ulubioną pastę rybną. Moja była bajecznie pyszna.



Pasta rybna z ricotty i wędzonego pstrąga.

mięso wędzonego pstrąga
ricotta 
koperek
sól
pieprz

do podania 
świeże razowe bułeczki
roszponka
oliwa rozmarynowa

Do przygotowania pasty użyłam mniej więcej tej samej ilości wędzonego pstrąga co ricotty. Rozgniotłam je razem za pomocą widelca, doprawiłam mrożonym koperkiem, dużą ilością pieprzu i odrobiną soli. 

Pastę rozsmarowałam za świeżej bułeczce razowej i przyozdobiłam roszponką. Przed podaniem kanapeczki skropiłam oliwa rozmarynową.

Pasta rybna, to świetna propozycja zarówno na śniadanie jak i na imprezę, w formie przystawki. 

Smacznego!

czwartek, 13 września 2012

Przetwory. Przecier pomidorowy z jabłkami.

W moim sadzie, podobnie jak w wielu innych w tym roku pojawiło się mnóstwo jabłek. Część z nich spada na trawę, bo drzewa już nie dają rady utrzymać takiego ciężaru. Gdy jestem w domu, zbieram spady jak najczęściej. Tak na prawdę powinno się to robić codziennie. Z pomocą mojej ukochanej długowiecznej sokowirówki przygotowuje pyszne soki jabłkowe. Ich barwa i smak są wprost niesamowite. Nie da się ich porównać do jakiejkolwiek wersji sklepowej. Ponadto, przygotowuję zawsze trochę przecierów na zimę, ale nie za wiele, bo jednak jabłka możemy składować prawie do wiosny. Dodaję je także do innych przetworów, bo są bogate w pektynę- np. jabłko z aronią, czarna porzeczką, dzikim bzem. Ostatnio w jednej z bardzo starych gazetek z przepisami na przetwory wpadłam na zimową pastę pomidorową z jabłkami. Śliczne pomidory i cebulę przywiózł mój tata prosto z bazaru a jabłka już czekały na swoją kolej w kuchni. Przygotowanie tej pasty/ przecieru jest bardzo proste. Muszę się przyznać, ze miałam ochotę pochłonąć co najmniej jeden słoiczek na miejscu, bo pachniał tak nieziemsko kusząco. Taką pastę można spokojnie wykorzystać do przyrządzania sosów warzywnych, dodać do pomidorówki, czy nawet użyć jako sos na zimno.  Jest na prawdę pyszny...


Przecier pomidorowy z jabłkami

Składniki:
1 1/2 kg pomidorów
1 kg jabłek
1/2 kg cebuli
sól
kilka ząbków czosnku

Zdrowe pomidory i jabłka dokładnie myjemy, a cebulę i czosnek obieramy. Warzywa i jabłka kroimy na mniejsze części- np na 8-ki i wkładamy do garnka o grubym dnie. Przykrywamy i dusimy na średnim ogniu przez ok 30 minut, co jakiś czas mieszając.
Zawartość garnka przecieramy przez drobne sito. Tak powstałą pastę doprawiamy niedużą ilością soli i dusimy aż wyraźnie zgęstnieje.
Przecier przekładamy do wyparzonych słoików i szczelnie zakręcamy.
Ja dla pewności pasteryzowałam moje słoiczki przez 15 minut w piekarniku nastawionym na 120'C.

Smacznego!


piątek, 7 września 2012

PRZETWORY Patisony, ogórki konserwowe z ziołami

Dziś znów ekspresowo.

 Przez ostatnie dni miałam ogrom spraw na głowie, w tym bardziej i mniej przyjemne. Dla mnie bardzo satysfakcjonujące, choć odrobinę męczące jest robienie przetworów na zimę. Zadziwia mnie często w jakim tempie wyrastają na krzaczkach patisony i ogórki. Zbierałam je przecież 2-3 dni temu, a one już takie wielkie? No cóż koniec narzekania czas wziąć się do roboty.

Do tego wymyśliłam sobie konfitury z owoców czarnego bzu i z przerośniętych ogórków, przecier z pomidorów z jabłkami i cebulą, oraz krem dyniowy na kanapki. Ach... i naprodukowałam co najmniej 5 litrów soku jabłkowego, o nieskazitelnie bursztynowej barwie, nieziemskim smaku i właściwościach orzeźwiających.

Odwiedziła też giełdę kwiatową powiększając moją kolekcję ziół o tymianek, miętę bananową i miętę truskawkową!! Gdy zobaczyłam je na półkach, nie mogłam się już im oprzeć. Zostawiałam jeszcze mięte ananasową, bo ta za bardzo nie dawała odpowiedniego aromatu.
No cóż sporo się działo, dużo słoiczków pełnych dobroci na zimę powstało, a i trochę już ich rozdałam przy okazji spotkań z przyjaciółmi.





Ogórki, patisony konserwowe z ziołami

Składniki

ok 2 kg malutkich patisonów (i/ lub ogorków)

gałązki estragonu i oregano
ziele angielskie
gorczyca
pieprz w ziarnach
listki laurowe
kilka ząbków czosnku

5 szklanek wody
1 szklanka octu 10%
1 1/2 szklanki cukru
2 płaskie łyżki soli



Patisony (lub ogórki) dokładnie umyć, odkroić ogonki, oskrobać z ewentualnych zabrudzeń i osuszyć.
Duże słoiki, najlepiej tej samej wysokości i pojemności, wyparzyć przez 15 minut w piekarniku nagrzanym do 120'C. Nakrętki zalać wrzątkiem, pozostawić na kilka minut, osuszyć.
W każdym słoiku ścisło poukładać warzywa i wrzucić po 2-3 ziarenka ziela angielskiego i pieprzu, 1 mały listek laurowy, 1 lub 1/2 ząbka czosnku, 1/2 łyżeczki ziaren gorczycy, 1 gałązkę estragonu i oregano.

Zagotować składniki zalewy i gorącą wlać do ogórków. Zakręcić, sprawdzić czy słoik nie przecieka, przez ostrożne odwrócenie go do góry dnem. Słoiki ułożyć w garnku, którego dno zostało wyłożone ściereczką, by słoiki się o siebie nie obijały. Wlewamy wodę mniej więcej o tej samej temperaturze co słoiki, do 3/4 ich wysokości. Od momentu gdy woda zacznie lekko bulgotać, pasteryzujemy ok 20-25 minut. Woda w garnku nie może mocno wrzeć.
Po tym czasie słoiki wyjmujemy ostrożnie z garnka i ustawiamy w przewiewnym miejscu do ostygnięcia.

Jeśli wolicie korniszony o bardziej słodkim smaku, możecie dodać troszkę więcej cukru. Z kolei, gdy nie przepadacie za aromatem dodanych przeze mnie przypraw zmniejszcie ich ilość, zioła można również dowolnie zmieniać.

Już niedługo kolejne propozycje na przetwory.

Smacznego!

środa, 15 sierpnia 2012

Przetwory. Kiszone ogórki z octem Lucyny Ćwierczakiewiczowej i MOJE :)

Wspominałam już przy okazji przetworów z patisonów, że wypróbowuję pewien staropolski przepis na marynowane ogórki. Pochodzi on z książki Lucyny Ćwierczakiewiczowej "Jedyne praktyczne przepisy konfitur, różnych marynat, wędlin, wódek, likierów, win owocowych, miodów oraz ciast" (I. wydanie z 1885 r.)

Cytat z wydania Wydawnictwa Alfa, Warszawa 1985 r.

"Ogórki kwaszone z octem

"Trzy garnce wody, szklankę winnego octu, szklankę wódki francuskiej, półtora funta soli, zagotować razem. Opłukane ogórki bez okrawania końców ułożyć w baryłkę przekładając liśćmi wiśniowemi, winogronowemi, gdzie niegdzie dębowemi, tych ostatnich bardzo niewiele, kawałkami chrzanu, posypać koprem i jeżeli kto lubi, czosnku kilka ząbków na całą baryłkę. Z wierzchu pokryć grubą warstwą liści, aby ogórków nie było widać i otworem na szpont zrobionym zalać gotującym odwarem do pełna, zaraz zaszpontować z lekka. Na drugi dzień otworzyć, dolać pełno pozostawionym jeszcze sosem, gdyż zawsze opadnie; gdy ostygnie, zaszpontowac i zalać pakiem. Ogórków powinno być tylko tyle, aby sos je z łatwością dobrze pokrywał i aby ogórków nie upychać. Pozostawione w dobrej nie wilgotnej piwnicy, do świeżych wiosennych dotrwają, smakując najwyborniej."
Jednostki miary powyższego tekstu:
funt= 450 g
garniec 4 litry

Składniki zalewy w przełożeniu na współczesna miarę:
12 litrów wody
1 szklanka octu
1 szklanka wódki francuskiej (może do być calvados, lub wódka z winogron- nie wiem)
675 g soli (2 pełne szklanki)

Przepis postanowiłam wypróbować na własnym gruncie ale: za beczkę posłużył mi duży słoik wekowy z klipsem, zmniejszyłam znacznie ilość wody zamiast wódki francuskiej użyłam kolejnej szklanki octu, a ponadto dodałam przyprawy. Tak na prawdę powstał zupełnie nowy sposób na ogórki...

Po wszystkich wprowadzonych przeze mnie zmianach ogórki wyszły przepyszne, mój kochany je chwalił pod niebiosa i wszystkim kazał próbować i zgadywać czy są kiszone czy marynowane :) I jak tu go nie kochać...
W smaku okazały się dość ostre- nie pikantne- po prostu przy pierwszym kęsie dostaje się lekkiego wytrzeszczu :D ale potem już się tylko chrupie z uwielbieniem. Wiem, ze jest im na pewno daleko od oryginału, ale na prawdę smakowały wybornie.

Tak przedstawia się przepis w moim wykonaniu:



Ogórki kiszone z octem

1,5 kilograma ogórków
kilka liści młodego chrzanu
kilka liści dębowych
3 ząbki czosnku
po 1 łyżeczce: gorczycy, pieprzu, ziela angielskiego, czarnuszki
1 korzeń chrzanu wielkości kciuka
1 cały koper z ziarnami
1 litr wody
50 g soli
1/2 szklanka białego  octu winnego
1/2 szklanki octu jabłkowego

Zagotować wodę z octem winnym, octem jabłkowym i solą.
W dużym weku ułożyć na dnie liść chrzanu i dębu. Na nim luźno poukładać warstwę ogórków. Dalej dokładamy liście, by przykryły ogórki i powtarzamy, aż wszystkie ogórki znajdą się w słoju. W międzyczasie wrzucamy także chrzan, czosnek i koper. Na końcu w słoju lądują wszystkie przyprawy i liść chrzanu zakrywający całą jego zawartość. Ogórki zalać gorącą zalewą, tak by tylko przykryła ogórki i zawekować słój.
Następnego dnia, gdy zalewa opadnie, dolewamy pozostałą podgrzaną zalewę, by przykryła zawartość słoja, czekamy aż ostygnie i znów wekujemy.

Ogórki jedliśmy już po tygodniu od wekowania. Są one kruche i chrupiące a ich smak oscyluje między kiszonymi a konserwowymi. Ostrzegam, że są dosyć ostre i szczypią w język, ale za to pod alkohol, z talerzem serów, czy wędlin będą wyśmienite.

Smacznego

środa, 1 sierpnia 2012

Patisony, ogórki, cukinie w ziołowej marynacie. Przetwory część druga.

Często trafiam ostatnimi czasy na przepisy i książki autorstwa Lucyny Ćwierczakiewiczowej. Parę dni temu dostrzegłam w mojej bibliotece książkę: "Jedyne praktyczne przepisy konfitur, różnych marynat, wędlin, wódek, likierów, win owocowych, miodów oraz ciast." (wydanie z 1985r, według wydania z 1885 roku.) Od razu porwałam ją do domu i zaczęłam przeglądać, z racji że sezon na przetwory właśnie trwa.

Zaczęłam od "oddziału siódmego" Różne konserwy bez cukru, marynaty. Możemy tam znaleźć nawet przepis na domowy ocet oraz oczywiście wiele marynat.
Ogórki
"ogórki kwasić należy w sierpniu. Dobroć ogórków na zimę, zależy głównie od piwnicy i ogórków samych. Trzeba uważać, żeby ogórki mające się kwasić na zimę, nie były przestałe, ani zbyt wysuszone przez słońce, lecz jędrne, zielone, zebrane w suchy dzień i jak można najprędzej po zerwaniu urządzone."

Język tekstów Pani Lucyny czasem wprawia w zamyślenie, czasem śmieszy, ale przecież to pozycje jeszcze z XIX wieku! Co mnie najbardziej w tych książkach uwodzi jest to, ze znajduję tam wiele praktycznych porad z cyklu co, kiedy, jak, ile i gdzie, na wszelkie około-kulinarne tematy. O ile niektóre przepisy są trudne do wykonania współcześnie, o tyle nadal uwielbiam je czytać, nawet do poduszki.

Próbuję teraz wykonać jeden z przepisów na ogórki kwaszone z octem. Troszkę musiałam go przerobić, ale mam nadzieję że się udadzą. Na razie do nich nie zaglądam, ale na pewno napiszę, czy i jak wyszły.

Zaciekawiło mnie, że w tamtych czasach robiło się korniszony w zupełnie inny sposób niż dzisiaj.  Właśnie tak:
"korniszony bez płukania przesypywać dobrze solą w garnku lub na misce; niech tak stoją godzin 12, często mieszając. Po tym czasie obetrzeć każdy do sucha ściereczką i na misce sparzyć gorącym lekkim octem. Niech tak stoją 24 godzin; następnie wyjąć je z tego octu, ułożyć w garnku kamiennym lub słoju szklanym przekładając korzeniami, pieprzem zwyczajnym i tureckim, angielskiem zielem, imbirem, estragonem, liśćmi bobkowemi, cebulką zwaną szarlotką sparzoną pierwej ukropem; można także dołożyć strączków fasoli i kalafiorów, pierwej jednak w wodzie obgotowanych; gdy tak słój już pełen się ułoży, zagotować w rondlu octu bardzo dobrego i przestudzonym zalać korniszony, a na drugi dzień obwiązać pęcherzem. W parę tygodni odlać ocet, jeszcze raz go przegotować i zimnym polać."

Może ktoś z was będzie chciał wypróbować ten przepis, a jak nie to zachęcam do skorzystania z mojego. W części patisonów pozostawiłam kwiaty, one tez są pyszne po zamarynowaniu, trzeba jedynie z ich wnętrza usunąć pręciki :)

Na mnie czekają w ogrodzie jeszcze inne warzywka dyniowate. Już za kilka tygodni zabiorę się także za nie :)
dynia

dynia

krzaki dyni

cukinia kulista



Patisony w ziołach

Patisony marynowane w ziołach.

1 kg małych patisonów  (lub ogórków, pokrojonej cukinii, lub małych cukinek)

Marynata:
1 szklanka octu z białego wina
1 szklanka octu 10%
3 szklanki wody
1/2 szklanki cukru
1 łyżka soli

Dodatki- na każdy sloik:
1 mały ząbek czosnku
1 listek laurowy
1/2 lyżeczki ziaren ziela angielskiego
1/2 łyżeczki nasion gorczycy
1/2 łyżeczki ziaren pieprzu
mala gałązka oregano
mała gałązka estragonu
liść selera
liść natki pietruszki

Składniki marynaty zagotować w rondelku. Można ją dodatkowo doprawić solą lub cukrem do ulubionego smaku.

 Umyte i osuszone patisony, lub inne warzywa układamy w słoiczkach dość ściśle. Ja w patisonach pozostawiłam kwiaty, uprzednio usuwając z nich pręciki. Do każdego słoika wrzucamy przyprawy i zioła jak w składnikach przepisu. Czosnek rozdrobniłam i także wrzuciłam do słoiczków.

Patisony zalewamy gorącą marynatą, słoiczki zakręcamy i sprawdzamy ich szczelność przez odwrócenie ich do góry dnem. Uwaga, by gorąca marynata nie oparzyła dłoni!

Słoiki tej samej wielkości pasteryzujemy w garnku z wodą do 3/4 wysokości słoików. Od momentu gdy woda zawrze, gotujemy 15 minut. Słoiczki studzimy, jeszcze raz mocno dokręcamy i odstawiamy do spiżarni.

Pikle są dobre do spożycia ok. tydzień od przygotowania, ale spokojnie mogą poczekać do zimy.

Smacznego!

czwartek, 12 lipca 2012

Pyszne babeczki z nadzieniem serowym i wieczor filmowy.

Oglądałam dziś niesamowity film...

Odrobina nieba pojawiła się w moim domu dzisiaj popołudniu i zawładnęła moimi myślami . "A little bit of heaven" (z 2011 roku)- taki jest tytuł filmu, który powstał w Stanach Zjednoczonych opowiada o młodej dziewczynie, która stojąc na progu dorosłego życia dowiaduje się o tym, że jest chora na raka...
Kate Hudson wcieliła się w rolę Marley, radosnej singielki, która w nietypowych okolicznościach spotyka na swej drodze miłość. Poznaje przystojnego lekarza Juliana, w tej roli mój ulubiony Gael García Bernal. Paradoks polega na tym, że to on informuje bohaterkę o chorobie, próbuje znaleźć sposób na jej uleczenie, ale rak nie daje za wygraną. Czego można się spodziewać, Julian leczy jedynie jej serce, które boi się zakochać, zaangażować jest pełne bólu i trosk z przeszłości. W walkę z chorobą włączają się również rodzice i przyjaciele Marley.

Od początku filmu podziwiałam bohaterkę za pozytywny stosunek do świata. Nie ma w niej gorzkiego żalu, za to co się jej przytrafiło. W pewnym sensie się z nią utożsamiam, bo mi też czasem trudno otworzyć serce dla drugiej osoby, dopóki jej w pełni nie zaufam. Tak jak Marley, boję się, że ktoś mnie zrani. Nie wiem czy znalazłabym w sobie tyle siły, tyle ciepłych słów i myśli gdyby wisiało nade mną widmo śmiertelnej choroby. Mam wielu niesamowitych przyjaciół, cudownego mężczyznę, kochaną, pełną wsparcia rodzinę i o ile wiem, że zrobili by dla mnie wszystko, o tyle nie jestem pewna jak ja bym się w tej sytuacji zachowywała. 

Film "Odrobina nieba" po raz kolejny uświadomił mi, że powinnam cieszyć się każdym dniem, zwłaszcza tym, który mogę spędzić w gronie ukochanych osób. Co raz częściej dochodzę też do wniosku, że w życiu nie można nic odkładać na dalszą przyszłość, bo nigdy nie będziemy wiedzieć ile czasu nam zostało.


Wpadłam w lekko melancholijny, ale zarazem pełen ciepłych myśli nastrój. Pozostaje mi jedynie zadedykować poniższy przepis moim najbliższym, by ich życie było  pełne słońca i miłości.




Babeczki z nadzieniem serowym

Składniki:
400g mąki
100g miękkiego masła
100g masła roślinnego
100g cukru pudru
 2 żółtka
kilka kropel aromatu waniliowego
ew. 2-3 łyżki śmietany lub gęstego jogurtu


 Nadzienie serowe:
250 g kremowego chudego sera
2 białka
2 łyżki cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego

cukier puder do posypania

Zagnieść dokładnie wszystkie składniki ciasta. W razie potrzeby, gdy ciasto jest zbyt kruche dodaj trochę jogurtu, lub śmietany. Ciasto zawijamy w folię i wkładamy do lodówki na 15 minut.

Ser mieszamy z curami. Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli, dodajemy do twarogu, delikatnie mieszając.

Rozgrzewamy piekarnik do 170'C.

Z ciasta odrywamy kawałek mniej więcej wielkości orzecha włoskiego, spłaszczamy go w rękach i wykładamy nim foremki do babeczek. Pamiętamy, że przynajmniej 1/3 ciasta pozostaje na przykrycie babeczek. Ja użyłam foremek metalowych i silikonowych
Do tak przygotowanych spodów nakładamy po pełnej łyżeczce nadzienia serowego.
Z reszty ciasta odrywamy mały kawałek i formujemy z niego koło o średnicy foremki, Przykrywamy nadzienie i zlepiamy brzegi babeczki.

Gotowe babeczki pieczemy ok 30 minut. Wierzch babeczek może popękać a powinien się lekko zarumienić. Gdy wyjmiemy je z piekarnika, czekamy kilka minut aż lekko przestygną. Następnie, najlepiej z użyciem czystej ściereczki wyjmujemy babeczki z foremek, przechylając je do góry dnem i w razie potrzeby lekko opukując łyżeczką.



Przed podaniem babeczki posypujemy cukrem pudrem lub polewamy lukrem. I pamiętajmy, że to ma być nasz znak miłości, więc podajmy je tym których kochamy.

Smacznego!

Przepis zaczerpnięty po części z Kuchni Polskiej

wtorek, 12 czerwca 2012

Strucla drożdżowa z dżemem porzeczkowym. Pora na ciacho

Pamiętam te piękne momenty mojego dzieciństwa i wczesnej dorosłości gdy zajadałam się ciastami drożdżowymi, drożdżówkami, chałkami, rogalikami. Uwielbiam ciasto drożdżowe praktycznie pod każdą postacią. Moja mama wiedząc o mojej słabości kupowała mi kiedyś te drożdżowe pyszności (albo ciastka francuskie) gdy próbowałam się odchudzać. Przyznam, że częściowo ten podstęp działał.

Wcześnie poczułam pragnienie zagniatania własnych drożdżowych bab i bułeczek. Szkoda, ze moja babcie nie zdążyła przekazać mi swoich sekretów kulinarnych, bo podobno piekła świetne placki. Za to moja mama osobiście się przyznaje, że nigdy nie miała do nich dobrej ręki. Ja od paru dobrych lat zajmuję się przygotowywaniem drożdżowych wypieków na święta i nie wyobrażam sobie by mogło być inaczej.

Pamiętam mój pierwszy drożdżowy makowiec. Miał on oczywiście formę strucli a wypełnienie przygotowałyśmy z mamą własnoręcznie. Makowiec ten chciał dosłownie zwiać z piekarnika. Chyba rozpierała go duma że jest taki pokaźny, muskularny i wybierał się na pokazy dla atletów. Krótko mówiąc, autor przepisu z jakiego korzystałam nie pofatygował się by wspomnieć, że składniki wystarczają na dwa makowce. Ja zrobiłam z nich jednego, który na początku wielkością wyglądał w porządku, ale gdy urósł... był podwójnie przewyższał keksówkę.

Co nie zmienia faktu że smakował wyśmienicie :) Również Panettone i inne baby próbowały nie raz opuścić piekarnik. Przeszłam już także przez  buchty, chałki, precle, drożdżówki, ślimaczki, jagodzianki a nawet pampuchy i wiele innych. Jednego jestem pewna, przygoda z drożdżami jeszcze się dla mnie nie skończyła, a prawdopodobnie będzie trwać do końca mego życia. Dziś przyszła pora na struclę i ślimaczki drożdżowe.

PS.Zdjęcie przedstawia już nadjedzone i obskubane ciacho :) co tylko świadczy o nieumiejętności powstrzymania się od jego zjedzenia. 


Strucla drożdżowa z dżemem porzeczkowym




Strucla drożdżowa z dżemem porzeczkowym lub drożdżowe ślimaczki.

Składniki:

3 szklanki mąki wrocławskiej (typ 500)
3/4 szklanki mleka
50 g świeżych drożdży
3 łyżki cukru
80 g margaryny
2 jajka
szczypta soli
słoiczek domowego dżemu z czerwonej porzeczki

Wszystkie składniki  trzymamy w temperaturze pokojowej, nie mogą być wyjęte prosto z lodówki.

Drożdże rozetrzeć z łyżką cukru i połączyć z ciepłym mlekiem. Dodajemy 1/2 szklanki mąki, łączymy by nie było grudek, przykrywamy i odstawiamy w cieple miejsce do wyrośnięcia.

Mąkę przesiewamy do miski lub na stolnicę, dodajemy do niej szczyptę soli. Jajka ucieramy z resztą cukru w miseczce ustawionej na garnku z gotującą się wodą. Łączymy je z mąką i rozczynem. ciasto wymieszać dokładnie drewnianą łyżką, po czym dodać ciepłą rozpuszczoną margarynę. Ciasto dokładnie wyrobić, pracując nad nim aż będzie odstawać od ręki. Jak zawsze przypominam, że musi one złapać dużo powietrza, więc trzeba je stale rozciągać i ugniatać.
Ciasto włożyć do miski posmarowanej lekko olejem, przykryć i pozostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. Gdy podwoi objętość podzielić je na dwie porcje. Można z nich przygotować 2 strucle, lub jedną struclę i kilka drożdżówek ślimaczków.

Ciasto rozwałkować na prostokąt o grubości ok. 1cm i szerokości formy keksowej. Posmarować dżemem po całości- zostawiając ok 1,5 cm pusty brzeg z każdej strony. Brzegi posmarować pędzelkiem zanurzonym w wodzie i zwinąć formując podłużne strucle.

Jedną struclę przekroić wzdłuż na pół i dwie powstałe części zapleść ze sobą tak by było widoczne nadzienie. Struclę ułożyć w keksówce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i znów zostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. Gdy ciasto wyraźnie urośnie wstawić je do piekarnika nagrzanego do 170'C i piec 45-50 minut do zrumienienia. Po wyjęciu z piekarnika, po kilku minutach, ciągnąc za papier wyjmujemy struclę na kratkę kuchenną i zostawiamy do ostygnięcia. Można przed podaniem, dodatkowo posypać cukrem pudrem.

Ślimaczki drożdżowe

Jeśli chcemy mieć 2 jednakowe strucle wykonujemy te same czynności z resztą ciasta. Jeśli chcemy przygotować drożdżowe ślimaczki postępujemy jak ze struclą aż do jej zwinięcia. Następnie zamiast kroić struclę wzdłuż, kroimy ją na kromki grubości ok 2 cm.  Tak powstałe ślimaczki układamy  na płasko w blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Zachowujemy między nimi ok 2 cm odstęp. Przykrywamy, ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Gdy podwoją swoją objętość, pieczemy ok 15-20 minut w piekarniku nagrzanym do 160-170'C .
Ślimaczki powinny się lekko zarumienić. Po kilku minutach przełożyć na kratkę, trzeba będzie prawdopodobnie odrywać od siebie zrośnięte brzegami bułeczki  Zostawić do całkowitego ostygnięcia. (jeśli tyle wytrzymacie :)

Zarówno strucla jak i ślimaczki najlepiej smakują ze szklanką zimnego mleka...

Drożdżówki można także zamrozić, oczywiście jak już ostygną i podać po kilku dniach. Wtedy polecam zostawić je na godzinę w temperaturze pokojowej, po czym podgrzać w mocno nagrzanym piekarniku przez 5 minut i jeść gdy są jeszcze cieple i chrupiące z wierzchu. PYCHOTA.

Życzę Smacznego!

poniedziałek, 28 maja 2012

Raviolii z botwinką, młodą kapustą i rzeżuchą.

Co pewien czas podejmuję próby przygotowania własnego makaronu. Nie jest to dla mnie takie proste, muszę chyba więcej opracować na siłowni :) Fajne przepisy na domowy makaron znalazłam w książce Jamiego Oliver'a Naked Chef. Problem w tym, że ja nie mam takiej fajnej maszynki do makaronu jak on... Muszę ja zapisać na liście do świętego Mikołaja.  Oglądałam też jeden z odcinków "Jamie at home" gdy przygotowywał makaron używając jaj kur ze swojej małej hodowli. Jak będę duża i będę mieszkać w domku z działką, to założę sobie mini kurnik i tez taki makaron sobie przygotuję... Jestem w trakcie czytania biografii Jamiego, stąd wiem o jego pasji do produkcji domowego makaronu i chleba. Uczył się długo i cierpliwie, także pod okiem specjalistów od "pasty" czyli Włochów. Ja na razie tez się uczę, podejmując wiele prób z różnym rezultatem, ale może dojdę kiedyś do swoistej perfekcji... zobaczymy.

Byłam kiedyś  z ekipą z Warsztatów Smaku na kolacji w restauracji 12 stolików w Warszawie. Kuchnia+ wybrała tą restaurację, gdyż wygrała ona w plebiscycie na najlepszą restaurację. Moją uwagę najbardziej przykuł stół  stojący na środku sali, na którym pracował jeden z kucharzy. Przygotowywał tam świeże ravioli. Ja skusiłam się na takie z nadzieniem z dyni. Byłam zachwycona, bo smakowały dokładnie tak jak ja bym je dla siebie przygotowała. Poza tym każdy z pierożków był w paski, bo powstał z różnokolorowych płatów ciasta. Mmmmm lubią takie miejsca. W tym miejscu kucharz pracował nad makaronem przy pomocy KitchenAid. Tego na listę nie zapiszę, bo żaden z Mikołajów nie dysponuje odpowiednią ilością pieniążków.

Każdy chyba wie, że większość Włochów opiera praktycznie każdą ze swoich kolacji na makaronie. My także mnóstwo pasty wchłonęliśmy w czasie pobytu w tym pięknym kraju. Mój pierwszy obiad w stołówce składał się z talerza pełnego ravioli w kilku smakach (żeby więcej spróbować). Nie byłam w stanie zjeść całej porcji...ale dla nich to żaden problem. Kolejne makaronowe wspomnienie, to kolacja u Paula z Hospitallity Club we Florencji. Nasz gospodarz zapowiedział, że zrobi nam oryginalną pastę z Sardynii. Czekałyśmy z niecierpliwością i.... dostałyśmy coś na kształt polskich pierogów ruskich, tylko w większym rozmiarze.  Nie powiem, smakowało wybornie. Pisałam już kiedyś o gnocchi w Koloseum :) Ale ja najbardziej chyba pokochałam ravioli i tortellini...

Te które przygotowałam, chciałam jak najbardziej wypełnić wiosną. Uwielbiam te porę roku i wszystkie nowe warzywa i owoce, które pojawiają się w ogrodzie i na talerzach. W tej chwili nie mam dostępu do ogrodu, ale hoduję kiełki i zioła na parapecie. Jednak już za tydzień będę mogla wreszcie wybrać się między grządki w poszukiwaniu truskaweczek od mojej mamy :)



Ravioli z botwinką, młodą kapustą i rzeżuchą.

Składniki :
(dla 4 osób)
Makaron:
500g mąki pszennej (najlepiej '00', lub semoliny)
5 świeżych dużych jaj (od kur z wolnego wybiegu)
mąka do posypania stolnicy

Nadzienie:
150 g młodej botwiny (tylko liście)
150 g młodej kapusty
50 g parmezanu (luba) innego ser
1 ząbek czosnku
sól, pieprz, zioła  do smaku
3 łyżki posiekanej rzeżuchy

Mąkę przesiać na stolnicę. W środku kopca zrobić dołek, do którego wbijamy jajka. Za pomocą widelca przebijamy żółtka i wstępnie mieszamy mąkę z jajkami. Następnie wyrabiamy ciasto rękoma dość długo (oj długo) by wydobyć z mąki gluten i by ciasto stało się gładkie i jednolite. Zawijamy je w folię i wstawiamy do lodówki by odpoczęło, na godzinkę.

Przygotowujemy nadzienie. Botwinę i kapustę należy pokroić dość drobno i sparzyć we wrzącej wodzie. Osączyć, zahartować zimna wodą zostawić chwilę na sicie, by wyciekł z nich nadmiar wody. Warzywa można jeszcze wrzucić do malaksera by jeszcze bardziej je rozdrobnić. Następnie dodajemy do nich posiekane czosnek i rzeżuchę oraz ser starty na drobnych oczkach. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Ja dodałam jeszcze  parę świeżych listków tymianku i bazylii. Nadzienie mieszamy dokładnie, pamiętając że nie może ono być wodniste, bo przez to nasze ravioli się rozkleją w czasie gotowania. Przechodzimy do wałkowania.
Odkrawamy 1/3 ciasta na makaron, resztę zawijamy i odkładamy na bok. Stolnicę podsypujemy delikatnie mąką i rozwałkowujemy ciasto. Nie powinno się ono przyklejać do deski. Należy je rozwałkować bardzo cienko, tak by było przez nie widać sęki z drewna pod spodem.



Wielkość i kształt ravioli pozostawiam waszej inwencji twórczej. ja przygotowałam ravioli- kwadratowe o boku 6cm. Cały płat podzieliłam na jednakowe kwadraciki. Całość posmarowałam rozkłóconym białkiem jajka, by łatwiej było sklejać pierożki. Na połowie ułożyłam po łyżce nadzienia. Pozostałymi kwadracikami przykrywamy płaty z nadzieniem. Sklejamy przyciskając palcem naokoło nadzienia, by w środku nie zostało powietrze. Na brzegach wykonałam wzorek za pomocą widelca.Pierożki odkładam na oprószoną mąką deskę i przygotowuję kolejne ravioli z reszty ciasta.

Ravioli gotujemy w osolonym wrzątku około 5 minut. Przed podaniem możemy polać je rozpuszczonym masłem, posypać wiórkami parmezanu i udekorować ulubionymi podprażonymi nasionkami i świeżymi ziołami. Ja użyłam nasion sezamu, siemienia lnianego i dyni oraz listków rzeżuchy.

Jeśli zostanie wam trochę ciasta makaronowego, możecie napełnić go innym  nadzieniem, lub pokroić w paski na tagiatelle, papardelle, lub prostokąty na lasagne.



Smacznego!

poniedziałek, 19 marca 2012

Urodzinki z winem i śledzikiem. Śledź w dwóch ciekawych odslonach.

Kilka dni temu obchodziłam swoje kolejne dwudzieste urodziny. Tak się złożyło że raz gościłam koleżanki a raz kolegów :) No i na tym prawie całkowicie męskim spotkaniu - z kobiet byłam tylko ja i żona jednego z kolegów- podałam śledziki według autorskiego przepisu. Do tego na stół powędrowały robione przeze mnie sushi- maki, pieczywo czosnkowe i tarteletki z pieczarkami. Na deser przygotowałam Croissanty. Przepis na nie na pewno się jeszcze pojawi.
Największą radością dla mnie był fakt, że wszystko znikało w zaskakująco szybkim tempie. To chyba znaczy że było smaczne :)

Bardzo lubię gotować dla innych. Sama przyjemność jedzenia to wyjątkowe przeżycie ale satysfakcja z gotowania dla najbliższych jest jeszcze bardziej nagradzająca. Mam parę swoich potraw, które wychodzą i się sprawdzają gdy zapraszamy gości, a oprócz tego zawsze staram się przygotować jakąś niespodziankę.
Poza tym znalazłam fajny sklepik rybny a w nim śliczne mięsiste matiasy i moskaliki. na pewno jeszcze nie raz tam wrócę.

Dodam jeszcze parę słów na temat lokalnego jedzenia. Przez większość mego życia mieszkałam pod Warszawą i nadal tam często wracam. Moje korzenie, dzięki tacie sięgają do okolic Grójca skąd pochodzą fenomenalne jabłka. Praktycznie każda osoba, która tam mieszka ma sady i uprawy owoców- przede wszystkim jabłek. Niedawno pewien konkurs kulinarny zainspirował mnie do poszukiwania innych typowo mazowieckich produktów. Znalazłam różnego rodzaju mięsa i wędliny- z których raczej nie skorzystam, ale także miody, pierogi "Szlachcice", babę z żytniego chleba, razowy chleb radziwiłowski i inne chleby ekologiczne, fefernuchy, pańską skórkę, sękacza, sójki mazowieckie, oraz alkohole- miód pitny, wiśniówka i moje ukochane piwo "Ciechan" Znacie te wszystkie produkty?

Chciałabym żyć na zasadzie - jedz lokalnie, ale w dzisiejszych czasach jest to trochę bardziej kłopotliwe niż kiedyś. Sama obserwuję jak znikają kolejne gospodarstwa w mojej okolicy i przy drogach Mazowsza, którymi się poruszam. Dla mnie to niepokojące i smutne zjawisko, że znikają małe, ale niesamowicie dbające o swoje uprawy gospodarstwa. Myślę, że każdy z nas powinien coś zrobić, by wspierać producentów z okolicy. Na przykład zamiast iść do supermarketu przespacerować się na bazar i poszukać autentycznych rolników, którzy sprzedają pracę swoich rąk.  Są to przeważnie produkty ekologiczne- choć może nie opatrzone żadnym logo, a poza tym zgodne z sezonem.

Pierwszy z zaproponowanych przeze mnie śledzików to śledź na mazowiecką nutę. Przepis autorski.





Mazowiecki śledzik z karmelizowanym grójeckim jabłuszkiem i piwkiem z Ciechanowa

Składniki:
2 duże filety śledziowe typu matias
300 ml piwa miodowego "Ciechan"

1 duże twarde jabłko
1 cały kardamon w łusce
40 g masła
50 g brązowego cukru
sok z połowy cytryny

1 łyżka musztardy dijon
1 łyżka płynnego miodu
2-3 łyżki oleju roślinnego
sól

Filety śledziowe opłukać zimną wodą i ułożyć w miseczce lub zamykanym pojemniku. Do naczynia ze śledziem wlać 200 ml piwa miodowego, przykryć szczelnie i odstawić na noc do lodówki.
Następnego dnia śledzia wyjąć z marynaty i delikatnie osuszyć papierowym ręcznikiem.

Jabłko umyć i pokroić w całości na bardzo cienkie plasterki (ok 2 mm). Nasienie kardamonu rozłupać i wyjąć z niego ziarenka. Na patelni rozpuścić masło z cukrem i dodać nasionka kardamonu. Następnie ułożyć na niej jabłka i dusić na średnim ogniu, często mieszając aż się lekko skarmelizują. Na koniec dodać sok z cytryny i resztę piwa miodowego. Smażyć jeszcze przez chwilę, aż alkohol odparuje z patelni. Płatki jabłka zdjąć na talerz i ostudzić.

Następnie przygotować sos- dokładnie wymieszać musztardę z miodem i cienkim strumieniem dodawać olej, stale mieszając aż całość się połączy i będzie miała kremową konsystencję. Delikatnie doprawić solą.

Śledzia pokroić w ok 2 cm plastry i układać na talerzu na przemian z płatkami karmelizowanego jabłka. Każdy kawałek śledzia polać łyżeczką sosu miodowo- musztardowego. Talerz udekorować pozostałymi płatkami jabłka.

Śledzia odstawić na kilka godzin w chłodne miejsce lub do lodówki.
Danie można podać z pozostałym sosem w oddzielnym naczyniu.


Drugi śledzik zrodził się już na Wigilię a dziś zasłużył na sprecyzowany przepis i zdjęcie.

Śledź z czerwoną cebulką i winem



Składniki:
2 duże płaty śledzia matias
1 czerwona cebula
150 ml ostu z czerwonego wina
100 ml czerwonego wytrawnego wina
40 g masła
1 czubata łyżka miodu
szczypta soli

Przygotowanie:

Śledzia lekko opłukać wodą i wysuszyć ręcznikiem. Do naczynia z przykryciem wkładamy śledzia i zalewamy go octem winnym, przykrywamy  i odstawiamy do lodówki na całą noc.
Następnego dnia śledzia wyjmujemy z marynaty i lekko osuszamy papierowym ręcznikiem. kroimy wzdłuż na cienkie paski.
Cebulkę kroimy w piórka i podsmażamy na maśle na małym ogniu ze szczyptą soli i łyżką miodu. Gdy cebulka zmięknie i się lekko skarmelizuje dodajemy czerwone wino. Dusimy aż wino z cebulką stworzą gęsty sos. Odstawiamy by lekko przestygło.
Śledzia zawijamy w ślimaczki i przebijamy go wykałaczką, by się dobrze trzymał. Na talerz wykładamy 1 łyżkę sosu na którym układamy śledzia i przykrywamy drugą łyżką sosu.
Śledzia odstawiamy na kilka godzin do lodówki, lub w chłodne miejsce.

Obie rybki wzbogacą każde domowe przyjęcie i zaspokoją nawet wybredne podniebienie. Są nieskomplikowane w smaku, co dla mnie stanowi klucz do sukcesu. Polecam je także na kolację z dobrym razowym chlebkiem.
Smacznego!