Marka Kamis lubi blogerów, nie da się tego ukryć. Ale dzięki tej sympatii mogę czasem wypróbowywać różne ich nowości, jakie pojawiają się na rynku. Ostatnio do mojej kuchni trafiła limitowana edycja przypraw kuchni włoskiej. Mamy tu przyprawę do pizzy po sycylijsku, do spaghetti bolognese, spaghetti carbonara i przyprawa do pomidorów.
Od razu zaczęłam czytać ich skład i muszę przyznać, że jestem nim pozytywnie zaskoczona. Przykładowo, przyprawa do spaghetti carbonara zawiera takie składniki jak: cebula, czosnek, gałka muszkatołowa, natka pietruszki, pieprz biały, bazylia i tymianek. Nie widzę w składzie soli, ani konserwantów, ponadto, producent deklaruje, ze nie ma w niej glutaminianu. taki zestaw przypraw to fajna rzecz, zwłaszcza dla początkujących i zabieganych kucharzy, albo na przykład w podróży Nie trzeba wtedy się martwić jakie przyprawy i w jakiej proporcji powinny wylądować w spaghetti, wystarczy posłużyć się przepisem z opakowania i wsypać gotową mieszankę.
Mieszankę do spaghetti carbonara używam też w przygotowaniu innych dań. Ostatnio przyprawiłam nią szpinak a innym razem duszone borowiki i fajnie to razem grało. Dziś eksperymentuję doprawiając tą przyprawą pęczak z dynią. Lubię smak gałki muszkatołowej, który jest w przyprawie dobrze wyczuwalny i dla mnie fajnie pasuje do dyni. Polecam.
Pęczak a'la risotto z dynią, chilli wędzonym tofu.
(dla osób)
8 łyżek kaszy pęczak
300 g dyni pokrojonej w kostkę (użyłam dyni piżmowej)
200 g wędzonego tofu
100 ml mleka
ok 200 ml wody
2 cm kawałek chilli (razem z pestkami)
1/2 cebuli
1 ząbek czosnku
1 łyżka śmietany 12% lub masła (niekoniecznie)
sól do smaku
3 łyżki przyprawy do spaghetti carbonara (Kamis)
2 łyżki oleju
natka pietruszki do podania
Cebulę, czosnek i chilli kroimy w drobną kostkę. W szerokim rondlu rozgrzewamy olej i podsmażamy cebulę, po chwili dorzucając czosnek i chilli.
Pęczak wrzucamy do rondla i chwilę prażymy. Po ok minutach dolewamy mleko, przykrywamy i dusimy na średnim ogniu.
Gdy mleko się wchłonie stopniowo dodajemy wodę. przy 3 dolewce wody dorzucamy również dynię i dalej całość dusimy pod przykryciem. Dynia także odda do pęczaku trochę soku.
Gdy pęczak będzie już prawie miękki dorzucamy wędzone tofu. Po chwili wspólnego duszenia całość doprawiamy solą i przyprawą do spaghetti carbonara. W razie potrzeby dodajemy więcej płynu, ale nie za dużo by nie rozgotować kaszy.
Gdy pęczak będzie już wystarczająco miękki, całość zdejmujemy z ognia i jeśli mamy ochotę, dodajemy łyżkę śmietany, albo nawet masła. Odstawiamy na 3 minuty pod przykryciem, by pęczak jeszcze troszkę doszedł.
Podajemy przybrane świeżą natką pietruszki.
Smacznego!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obiady. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 listopada 2013
niedziela, 15 września 2013
Tarta gryczana z dynią i chilli. Hit na pożegnanie lata.
Sobota- Le Targ na Wilanowie a niedziela Targ Śniadaniowy w Sadku Natolińskim na Ursynowie.
Tam spędziłam dwa ostatnie dni. Upiekłam kilkanaście tart wegetariańskich, dwie z dodatkiem ryby, wegańskie i 3 bezglutenowe.
Największą popularnością w ten weekend cieszyła się tarta dyniowa na gryczanym spodzie doprawiona papryczką chilli. Teraz sezon na dynię właśnie się zaczyna, więc najwyższa pora się za nią zabrać i upichcić coś pysznego.
Jako spód do tarty możemy użyć zwykłego wytrawnego ciasta kruchego, lub odmiany pełnoziarnistej na przykład według TEGO przepisu. Ja postanowiłam przygotować tartę bezglutenową, więc na warsztat wzięłam mąkę gryczaną. Wyszło fajnie :)
Tarta dyniowa na bezglutenowym gryczanym cieście
na ciasto:
200 g mąki gryczanej
50 g mąki ziemniaczanej
120 g masła
3 lyżki zmielonego siemienia lnianego
szczypt soli
50-70 ml wody
ew. olej do wyrabiania ciasta
farsz:
2 szklanki gładkiego przecieru z dyni
50 g twarogu
80 ml maślanki lub kefiru
1 jajko
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 łyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczki pieprzu
1 średnia cebula
1/2 papryczki chilli
plastry chilli i listki szałwii do dekoracji
Na ciasto na początek siekamy suche składniki z masłem, aż powstanie kruszonka. Powoli dodajemy wodę by zlepić ciasto. Z płynami nie wolno przesadzić, bo masa zacznie się kleić. Szybko zagniecione ciasto odkładamy na 15 minut do zamrażalnika.
Ciasto wyjmujemy i próbujemy rozwałkować na stolnicy posypanej mąką ziemniaczaną. Jeśli bardzo się kruszy możemy wyrobić je jeszcze przez chwilę, dodając odrobinę oleju aż złapie elastyczność.
Gdy przygotowujemy ciasto bezglutenowe mamy spore szanse ze będzie się kruszyć, wiec by ułatwić sobie pracę, wykładamy formę do tarty papierem i dopiero na niego przekładamy rozwałkowane ciasto z ok 3 cm brzegami.
Rozgrzewamy piekarnik do 190 st C. Ciasto które już mamy w foremce przykrywamy papierem również od góry i obciążamy je fasolkami (kulkami ceramicznymi, suchym makaronem) i podpiekamy 15 minut. Po tym czasie usuwamy papier z obciążeniem i dopiekamy kolejne 5 minut.
W tym czasie robimy nadzienie. Cebulkę i chilli (z pestkami lub bez- ja robię bez) drobno siekamy i podsmażamy na łyżce oleju. Dodajemy do musu z dyni razem z twarogiem i maślanką po czym doprawiamy przyprawami i sosem sojowym do smaku.
Żółtko jajka wbijamy do farszu a z białka ubijamy pianę, którą ostatecznie delikatnie mieszany z farszem.
Farsz wykładamy na podpieczony spód , dekorujemy listami świeżej szałwii i plasterkami chilli. Wstawiamy do piekarnika na kolejne 20 minut.
Po wyjęciu najlepiej tartę wystudzić i podawać podgrzaną ponownie, ale niecierpliwi mogą się częstować od razu.
Smacznego!
Tam spędziłam dwa ostatnie dni. Upiekłam kilkanaście tart wegetariańskich, dwie z dodatkiem ryby, wegańskie i 3 bezglutenowe.
Największą popularnością w ten weekend cieszyła się tarta dyniowa na gryczanym spodzie doprawiona papryczką chilli. Teraz sezon na dynię właśnie się zaczyna, więc najwyższa pora się za nią zabrać i upichcić coś pysznego.
Jako spód do tarty możemy użyć zwykłego wytrawnego ciasta kruchego, lub odmiany pełnoziarnistej na przykład według TEGO przepisu. Ja postanowiłam przygotować tartę bezglutenową, więc na warsztat wzięłam mąkę gryczaną. Wyszło fajnie :)
Tarta dyniowa na bezglutenowym gryczanym cieście
na ciasto:
200 g mąki gryczanej
50 g mąki ziemniaczanej
120 g masła
3 lyżki zmielonego siemienia lnianego
szczypt soli
50-70 ml wody
ew. olej do wyrabiania ciasta
farsz:
2 szklanki gładkiego przecieru z dyni
50 g twarogu
80 ml maślanki lub kefiru
1 jajko
1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej
1 łyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczki pieprzu
1 średnia cebula
1/2 papryczki chilli
plastry chilli i listki szałwii do dekoracji
Na ciasto na początek siekamy suche składniki z masłem, aż powstanie kruszonka. Powoli dodajemy wodę by zlepić ciasto. Z płynami nie wolno przesadzić, bo masa zacznie się kleić. Szybko zagniecione ciasto odkładamy na 15 minut do zamrażalnika.
Ciasto wyjmujemy i próbujemy rozwałkować na stolnicy posypanej mąką ziemniaczaną. Jeśli bardzo się kruszy możemy wyrobić je jeszcze przez chwilę, dodając odrobinę oleju aż złapie elastyczność.
Gdy przygotowujemy ciasto bezglutenowe mamy spore szanse ze będzie się kruszyć, wiec by ułatwić sobie pracę, wykładamy formę do tarty papierem i dopiero na niego przekładamy rozwałkowane ciasto z ok 3 cm brzegami.
Rozgrzewamy piekarnik do 190 st C. Ciasto które już mamy w foremce przykrywamy papierem również od góry i obciążamy je fasolkami (kulkami ceramicznymi, suchym makaronem) i podpiekamy 15 minut. Po tym czasie usuwamy papier z obciążeniem i dopiekamy kolejne 5 minut.
W tym czasie robimy nadzienie. Cebulkę i chilli (z pestkami lub bez- ja robię bez) drobno siekamy i podsmażamy na łyżce oleju. Dodajemy do musu z dyni razem z twarogiem i maślanką po czym doprawiamy przyprawami i sosem sojowym do smaku.
Żółtko jajka wbijamy do farszu a z białka ubijamy pianę, którą ostatecznie delikatnie mieszany z farszem.
Farsz wykładamy na podpieczony spód , dekorujemy listami świeżej szałwii i plasterkami chilli. Wstawiamy do piekarnika na kolejne 20 minut.
Po wyjęciu najlepiej tartę wystudzić i podawać podgrzaną ponownie, ale niecierpliwi mogą się częstować od razu.
Smacznego!
piątek, 13 września 2013
Piekę, uczę się, szukam swojego miejsca...
Ciężko wrócić do pisania po tak długiej nieobecności.
Całe wakacje obfitowały w wiele wydarzeń kulinarnych, zawodowych i osobistych.
Szukam swojego miejsca w Warszawie. Porzuciłam mieszkanie w Czechach z moim NARZECZONYM :) na rzecz poszukiwania zajęcia dla siebie, rozwijania swoich pasji, doskonalenia umiejętności, samodoskonalenia siebie. Niestety opłacam to straszliwą tęsknotą, która objawia się w różnych porach dnia i nocy... momentami robię się strasznie sentymentalna, wzruszają mnie zwykłe rzeczy itp. itd... ciężko jest być ze sobą na odległość...
Od dłuższego czasu staram się wystawiać moje wytrawne i słodkie wypieki w formie tart na LeTargu i w innych miejscach. Cieszy mnie fakt że smakują one moim klientom i sprzedają się całkiem dobrze. Są gorsze i lepsze dni, ale od czegoś trzeba zacząć.
LeTarg w Wilanowie ma świetną miejscówkę, odwiedzają nas nie tylko wspaniali producenci ale i mieszkańcy, przyjezdni i celebryci. Jeśli chodzi o wystawców to niezmiennie zachwycam się stoiskiem serowarskim, wędlinami Wasąg, chlebami, niezwykłym wyborem oliwek, dżemów, oliwami, wspaniałą kawą w Nomada Cafe, warzywami, owocami, ziołami, lodami i innymi smakołykami.
przynajmniej połowę mojego utargu wydaję na samo jedzenie na LeTargu. Ale przynajmniej wiem co kupuję, moge porozmawiać ze sprzedawcami, mogę popróbować co kupuję i wiem, ze są to rzeczy przygotowane bez chemii, tradycyjnie i z pasją. Od LeTargu można się uzależnić :)
Wakacje spędziłam w kilku miejscach. Warszawa- Kraków-Poznań-Czechy-Słowenia- Włochy, ale o tym innym razem :)
A na koniec, to jeszcze odwiedziliśmy Wenecję. Miasto do którego pojechałam dokładnie 5 lat temu na wielkanocną wycieczkę. Poznałam wtedy najukochańszą osobę w moim życiu... mojego Damiana... A w tym roku przy okazji wyjazdu do graniczącej z Włochami Słowenii, po przejechaniu 200 km autostradą, niemałych problemów ze znalezieniem parkingu, sprintem między tłumem turystów, po dotarciu do Gran Canale i wkroczeniu na most Rialto... oficjalnie przyjęłam śliczny złoty pierścionek z diamentem i stałam się narzeczoną pana Damiana :D A w związku z tym rozpiera mnie radość ogromna :)
Wracając do warszawskich LeTargów, to od zeszłego tygodni, pojawia się również w SOHO. W ostatnia sobotę odbywał się atm piknik Male Men i fajny Targ Designerski z ciuchami , biżuterią i wyposażeniem wnętrz. Mam nadzieję, że LaTarg fajnie przyjmie się w tym miejscu i będzie ściągał dużą ilość klientów.
A już w piątek zabieram się za pichcenie. Mam zamiar przygotować ok 13-15 tart w większości wytrawnych. Gorąco zapraszam na LeTarg do Wilanowa. Nie może Was tam zabraknąć w sobotę między 9 o 15.
Przybywajcie!
Zapraszam!
Etykiety:
fajne miejsca,
finger food,
kolacje,
LeTarg,
na szybko,
obiady,
owoce,
podróże kulinarne,
SlowFood,
słodkości,
tarta,
tarty,
warsztaty kulinarne,
warzywa,
z pełnego ziarna,
zapiekanki
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Pierś z kaczki z ananasem i pomarańczą. Warsztaty z Grześkiem Łapanowskimi Fairy
Jeden z wieczorów minionego tygodnia spędziłam w SmArt Studiu Kulinarnym w Warszawie, gdzie wraz z innymi blogerkami gotowałam pod okiem Grzesia Łapanowskiego i jego świetnej ekipy. Zaprosiła nas marka Fairy, która oprócz warsztatów zapewniła płyny i tabletki do zmywania naczyń. Chętnych na "zmywak" nie brakowało. Na wyjściu również otrzymaliśmy płyny i patelnię na której mamy go wypróbować, oczywiście nową, nie brudną :D Ale zacznijmy od początku.
Orzeźwieni pyszną lemoniadą rozpoczęliśmy warsztaty. Grzegorz opowiedział nam pokrótce o daniach jakie mieliśmy sami dla siebie przygotować i zabraliśmy się do pracy. W planach były 3 przystawki 3 dania główne i deser. Każde z nich zostało obfotografowane z każdej strony i po kilkanaście razy :) Nie ma to jak trafić na gotowanie z blogerami kulinarnymi :) Na szczęście wszystko było tak pyszne, że nawet zimne smakowało niesamowicie :)

Atmosfera spotkania była niesamowicie sympatyczna, dużo było rozmów, wymiany informacji i wrażeń smakowych jak w dużej rodzinnej kuchni.
Przystawki:
Pieczone buraczki z kozim serkiem oliwą truflową i octem balsamicznym.
Szparagi z koprem włoskim i pomidorkami koktajlowymi- lekko podduszone i podpieczone.
Gyu Tataki czyli coś w rodzaju tatara wołowego
Dania główne:
Kaczka z owocami
Wołowina salsa verde na kaszy pęczak gotowanej z winem
Ośmiornice z salsą pomidorową
a dodatkowo powstał jeszcze pyszny, pięknie podany sandacz na puree z kalafiora
Deser:
Zaplanowany był mus czekoladowy z tatarem z truskawek, ale powstały trufle czekoladowe na sosie truskawkowym
Smoothie ananasowe
Ja podjęłam się przygotowania piersi kaczki z ananasem, pomarańczą i chilli. Pod profesjonalnym okiem Liliany Filipiak, świetnej szefowej kuchni z Łodzi i z moją pomocą powstało pyszne, stosunkowo szybkie danie.
Kaczka z ananasem, pomarańczą i chilli
2 piersi z kaczki1/2 ananasa świeżego
2 pomarańcze
250 g ruccoli
garść listków kolendry
1 papryczka chilli
2-3 ząbki czosnku
2 łyżki miodu
sól, pieprz do smaku
Skórę na piersi kaczki nacinamy w poprzek co 3 mm. Tak przygotowane piersi kładziemy na rozgrzanej patelni skórą do dołu. Smażymy aż skórka ładnie się skarmelizuje i przewracamy na druga stronę.
W międzyczasie filetujemy pomarańczę nad miską by zachować sok jaki będzie z niej wyciekał. Obieramy i kroimy w kostkę świeżego ananasa.
Drobno siekamy czosnek, kolendrę i chilli bez pestek. Łączymy je razem z miodem, szczyptą soli i pieprzu. Dodajemy połowę pokrojonego ananasa i kilka łyżek soku z pomarańczy.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 st.C.
Podsmażoną pierś kaczki przekładamy na blaszkę i obkładamy powstałą marynatą i kostkami ananasa. Wstawiamy do pieca na 8 minut.
Po wyjęciu pozwalamy mięsu odpocząć 3-5 minut po czym kroimy na cieniutkie plasterki. Rozkładamy je na liściach ruccoli i dekorujemy ananasem podpieczonym i świeżym oraz pomarańczą.
Płyn pozostały ze smażenia i pieczenia redukujemy na patelni i polewamy cale danie po wierzchu.
Pyszne zarówno cieple jak i zimne :)
Smacznego!
Dziękuję Grześkowi i jego świetnej ekipie za udany wieczór, pyszne jedzenie i super warsztaty a blogerom za miłe towarzystwo.
wtorek, 4 czerwca 2013
Zdrowe wegańskie burgery z soczewicy z marchewką. Na co dzień i na grilla; dla dużych i małych łakomczuchów.
Ostatnio co raz częściej całkowicie rezygnuję w potrawach z produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie świadczy to, że zostałam weganką, ale jakoś tam mnie pcha natura... Myślę, ze to dobrze.
Stało się już naszym małym zwyczajem, że gdy wyjeżdżam, zostawiam mojemu mężczyźnie zapas kotlecików warzywnych w zamrażarce. Mam już nie lada doświadczenie, bo przygotowałam ich już więcej niż 100. Wyjeżdżam w najbliższy piątek, a w pudełeczkach przygotowane jest już jakieś 30 kotlecików. Starczą na jakiś czas :)
Najprostrzym i najszybszym sposobem na przygotowanie wegańskich burgerów jest ugotowanie do nich soczewicy. Soczewica, to bardzo zdrowe warzywo strączkowe, które jest najbardziej lekkostrawne z fasolowatych. Nie wymaga też większych podchodów i nie ma sensu kupować jej w puszce, gdyż gotuje się ją bez wcześniejszego namaczania, nie dłużej niż 30 minut.
Jeśli chodzi o warzywne dodatki do wnętrza burgerów, to często dodaję do nich warzywa korzeniowe, takie jak marchew, pietruszka seler, lub kwiaty- brokuła i kalafior. Dużą popularnością w naszej kuchni cieszą się kotleciki z brukselki, ale na nią jeszcze poczekamy parę miesięcy.
Muszę się przyznać, że specjalnie dla mnie moje kochanie przygotowało filmik kulinarny, w czasie przygotowywania kotletów z brokuła. Była to dla mnie nie lada przyjemność, bo sam jego widok przy pracy w kuchni już wywołuje uśmiech na mej twarzy, a do tego on to robi tak zabawnie... :) W te dni gdy jesteśmy od siebie oddaleni o 600 kilometrów, dobrze jest wiedzieć, że ta ukochana osoba o tobie myśli i przygotowuje takie fajne niespodzianki. Filmu nie pokażę, nawet gdybym chciała, bo powiedzmy... nie otrzymałam praw do udostępniania, a poza tym to dopiero jego pierwsze nagranie, więc jeszcze nie bylo do końca dopracowane i skończyło sie przedwcześnie :)
Wege kotleciki to świetny pomysł na obiad- szczególnie dla dzieci. Przemycamy w nich pełno witamin i skladników odżywczych, a wyglądają fajnie i są bardzo apetyczne. Mogą też posłużyć do przygotowania wyśmienitych wege-burgerów, a nawet być elementem wegańskiego grilla.
Wegańskie burgery z soczewicy z marchewką
150 g soczewicy
150 g marchewki
3 łyżki siemienia lnianego
1/2 dużej cebuli (lub 1 mniejsza)
1 łyżka sosu sojowego
2 łyżki oliwy
1 sucha bułka grahamka (lub inna)
1 łyżka przyprawy 5 smaków (lub mieszanki koper włoski, pieprz czarny, cynamon, goździki, kmin rzymski)
1 łyzeczka chilli
2 lyzki świeżych liści estragonu
Soczewicę gotujemy w 2 szklankach wody do miękkości, ale uważamy by się nie rozgotowała, studzimy i miksujemy niezbyt dokładnie.
Siemie lniane zalewamy wrzątkiem 1 cm powyżej wydokości w szklance i odstawiamy na kilka minut.
Cebulę siekamy i podsmażamy na złocisto na oliwie.
Marchewkę ścieramy na małych oczkach i dodajemy do przestudzonej soczewicy wraz z cebulką i namoczonym siemieniem.
Suchą razową bułkę ścieramy i dodajemy z resztą składników do masy. Dokładnie mieszamy.
Rozgrzewamy piekarnik do 180 st C.
Zamoczonymi w wodzie dłońmi formujemy z masy niewielkie, lekko spłaszczone kotleciki. Układamy je na blaszce wyłożonej matą silikonową lub papierem do pieczenia( spryskanym oliwą). Burgery pieczmemy 25 minut. Po wyjęciu z piekarnika zostawiamy na 10 minut a po tym czasie przekładamy na kratkę do całkowitego ostygnięcia.
Kotleciki można jeść od razu, przechować je w lodówce lub w zamrażarce.
Burgery w wersji pieczonej są o wiele zdrowsze od ich smażonych odpowiedników, więc polecam pieczenie.
Jeśli burgery będziemy chcieli przygotować na grillu, trzeba je owinąć w folię i ułożyć na kracie, by się ogrzały. Obok układamy bułeczki, bagietkę, czy chlebek i również go podgrzewamy. Zjadamy z sosikiem i świeżymi warzywami.
Do kotlecików świetnie będzie pasował domowy majonez- może być też wegański (wskazówka na blogu jadłonomia), keczup czy musztarda.
Smacznego!
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Co na zdrowy obiad? Prosta wegańska tarta warzywna na pełnoziarnistym sezamowym spodzie.
Często szukamy pomysłu na lekki i nieskomplikowany obiad. Co raz częściej słyszę, że ludzie jedzą bardzo mało owoców i warzyw. Ja praktycznie nie wyobrażam sobie dnia bez owocu ani obiadu bez porcji warzyw. Nawet gdy jem na mieście wybieram z karty dania z jak największą ilością zieleniny, szczególnie w formie sałatek, surówek ale i tart. Razem z moim ukochanym uwielbiamy tarty wszelkiego rodzaju. Jego ukochane to te na cieście francuskim, ale wiem jak bardzo jest ono kaloryczne, więc staram się go ograniczać.
Ostatnio szukałam inspiracji dotyczącej tart wegańskich- bez masła, mleka czy serów. Wyczytałam w kilku miejscach, że mogę swobodnie przygotować spód do tarty z urzyciem oliwy z oliwek. Bardzo mnie to ucieszyło, bo bardzo lubię jej smak w wypiekach. Znacie Tortas de aceite? Ja je uwielbiam, a przygotowuje się je własnie z oliwą.
Nadzienie do w naszej kuchni przeważnie czysta improwizacja. Zawsze kombinuję z tego co akurat mam w lodówce i spiżarni. Tym razem użyłam zabłąkaną na końcu zamrażalnika mrożonkę warzywną. Z racji, że w Czechach nie mam dostępu do mojego targu, muszę korzystać z tego co mam... cóż. Nie zmienia to faktu, że można oczywiście w tarcie wykorzystać warzywka na przykład z młodej włoszczyzny, która już się pojawia, cukinie, szpinak itp itd.
Moja propozycja, to tarta na pełnoziarnistym spodzi z dodatkiem prażonego sezamy i płatków owsianych. Nadały one ciastu świetny, lekkko orzechowy posmak. Sos podobny jest do beszamelu, jednak przygotowany bez masła i mąki pszennej, a jedynie na mleku sojowym z mąką kukurydzianą.
Warto eksperymentować w kuchni, bo można odkryć nowe połączenia, nowe smaki pełne zdrowia i witamin a bez zbędnego zwierzęcego tłuszczu.
A na koniec jeszcze jedno zdanie i link muzyczny. Niedawno światło dzienne ujrzała nowa płyta Jamiego Cullum, który nie dość, że jest utalentowanym, kreatywnym muzykiem jazzowym, wydającym wspaniałe płyty, prowadzącym swój wlasny program w BBC Radio, to prywatnie jest mężem Sophie Dahl. A ją chyba wszystkie kulinarne blogerki znają :)
Oto jego najnowyszy singiel. Enjoy...
Wegańska tarta warzywna na pełnoziarnistym sezamowym spodzie.
(21 cm)
Składniki
1 szklanka mąki pełnoziarnistej
1/2 szklanki platków owsianych
3 lyżki sezamu
1/3 szklanki oliwy z oliwek
1/2 szklanki wody
1/2 łyżeczki soli
350 g mieszanych warzyw- marchew, pietruszka, fasolka, por itp.
(ja tym razem użyłam gotowej mieszanki mrożonej)
1 cebula dymka
1 łyżka przyprawy 5 smaków
1 pełna szklanka mleka roślinnego (sojowego/ryżowego)
2 płaskie łyżki mąki kukurydzianej
szczypta gałki muszkatołowej i soli
Płatki owsiane i sezam prażymy na suchej patelni przez kilka minut, nastpęnie mielimy w młynku do kawy lub rozdrabniamy w malakserze. Do mieszanki dodajemy sól, mąkę oraz oliwę z wodą. Zagniatamy gładkie ciasto, w razie potrzeby dodając odrobinę wody lub mąki. Na stolnicy posypanej mąkę rozwałkowujemy ciasto na ksztalt formy do tarty, ale o obwodzie większym przynajmniej o 4 cm. Ciasto bardzo delikatnie przenosimy do formy i lekko dociskamy w rogach. Gotową formę wstawiamy do lodówki.
Warzywa jeśli są mrożone, wystarczy wrzucić na patelnię z kilkoma łyżkami oliwy. Jeśli używamy świeżych warzyw należy je obrać i pokroić na średniej wielkości kostkę lub w talarki, według uznania.
Cebulę dymkę kroimy dowolnie na mniejsze kawałki. Wszystkie warzywa najlepiej ugotować na parze lub udusić na patelni z niewielką ilością wody na półtwardo. Do ugotowanych warzyw dodajemy dymkę i przyprawę 5 smaków.
W rondelku zagotowujemy 200 ml mleka roślinnego. W pozostałych 50 ml rozprowadzamy mąkę kukurydzianą. Do gorącego mleka dodajemy rozmieszaną mąkę zmlekiem i zagotowujemy aż powstanie lekko gęsty sos. Doprawiamy solą i gałką muszkatołową.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 st. C
Na ciasto wylewamy 3 łyzki sosu, na nim ukladamy warzywa, lekko docisając, by stworzyć w miarę równą powierzchnię. Całość zalewamy resztą sosu z mleka roślinnego i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy ok 30 minut aż góra się ladnie zetnie i lekko zarómieni.
Po wyjęciu z piekarnika zostawiamy na 5 minut by tarta trochę przestygła. Podajemy z sałatą z lekkim dresingiem..
Smacznego!
sobota, 18 maja 2013
Szparagi grillowane. Zdrowy i ekspresowy dodatek do obiadu.
Sezon na szparagi trwa.
Nadal pracujemy w ogrodzie. Wreszcie przyszedł moment, że czekamy na rezultaty naszych zasiewów i prac w ogrodzie. Już powoli wychodzi ruccola, fasolka szparagowa, ogórecznik i burak liściowy. Truskawki kwitną jak szalone a zioła co dzień są większe, topinambur rośnie w górę.
Pomimo wielu prac w ogródku, wieczorami biegam i jeżdżę na różne spotkania i pokazy. Właśnie kończy się tydzień wegetarianizmu. W ramach jego obchodów na warszawskim SWPS gościł LeTarg i Marta z bloga Jadłonomia. Na pokazie kulinarnym w jej wykonaniu mogliśmy zobaczyć i posmakować burgerów wegańskich i zadać wiele nurtujących nas pytań. Sama przygotowuję różne wegetariańskie i wegańskie burgery ale wymiana informacji jest zawsze bardzo wartościowa.
Innego dnia pojechałam do kina, w którym widziałam moje pierwsze filmy na dużym ekranie. Jest to byłe kino Stolica- dziś nazywane Iluzjon. Jestem zachwycona remontem i ostatecznym wyglądem tego miejsca. Zachowany został wspaniały klimat "Stolicy", w dekoracjach panuje prostota, nawet łazienka robi spore wrażenie. We wnętrzu napijemy się kawy, herbaty i zjemy zapewne pyszne ciastko lub tartę. Bardzo tam sympatycznie.
Udałam się tam nie bez powodu. Iluzjon gościł PLANETE + DOC festiwal. Zasiadłam w kinowych fotelach by podziwiać dwa filmy. Pierwszy z nich to Małże i miłość. Prezentuje on osoby hodujące małże głównie z Belgii i Holandii. Porusza ponadto istotny problem dotyczący rządowych regulacji hodowli małż w tych krajach i sprzecznych opinii na ten temat. Do tego poznacie kilka prostych przepisów na małże. Nie powiem, ślinka mi ciekła jak je oglądałam. Na pewno nie jest to film porywający, ale miłośnikom małż i owoców morza na pewno się spodoba.
Drugi z filmów to "Historia ruchu Slow Food". Przyznam szczerze, że bardzo na ten film czekałam. Jestem członkiem Slow Food już od jakiegoś czasu i poznanie genezy tej organizacji wydało mi się niezmiernie istotne. Film prezentuję sylwetkę Carlo Petrini oraz jego przyjaciół, znajomych, dzięki którym powstała ta wspaniała organizacja. Dla mnie bardzo interesująca była bogata biografia Carla Petriniego, jego zainteresowania, entuzjazm, pozytywna energia i zaangażowanie. Nic dziwnego że Carlito pociągnął za sobą takie tłumy.
Do tego mogłam odświeżyć swoje włoskie wspomnienia... Widziałam miasteczko Alba ze wspaniałym festiwalem wina, Bra, Turyn i genialne centrum handlowe Eataly. Byłam tam kilka razy, w zasadzie tylko po to by przechadzać się między półkami, podziwiać, wąchać próbować... Pamiętam te wiszące szynki, leżakujące sery i wina, wybór owoców morza, warzyw i owoców. Szkoda, że w tamtym czasie jako biedny student nie mogłam sobie na nic pozwolić. Ale już sama przechadzka wywarła na mnie olbrzymie wrażenie.
Po filmie odbyła się debata, której nie chce mi się komentować, Jej poziom niestety był bardzo niski... jedynym wnioskiem jaki z niej wyciągnęliśmy, to fakt, że film nie przekazał w pełni idei Slow Food osobom, które jeszcze nic o nim nie wiedzieli. Mam nadzieję, że zainteresował ich na tyle by poszukać więcej informacji w internecie, czy w trakcie Slow Foodowych wydarzeń.
We Włoszech właśnie po raz pierwszy jadłam szparagi. Razem z moim erazmusowym przyjacielem kupowaliśmy śliczne szparagi na targu porta Palazzo a później on uczył mnie jak je przygotowywać. To były piękne dni.
Najprostszy sposób na szparagi to grillowanie. Co prawda nigdy nie próbowałam szparagów z grilla węglowego, jedynie z patelni grillowej, ale obie wersje na pewno są równie dobre.
Szparagi z grilla
Wybieramy jak najcieńsze zielone szparagi. Myjemy je, osuszamy i odłamujemy zdrewniałe końcówki. Skrapiamy patelnię grillową kilkoma kroplami oliwy, dobrze ją rozgrzewamy i układamy na niej szparagi.
Grillujemy, poruszając kilkakrotnie patelnią, by szparagi się po niej przeturlały. Cały proces nie trwa więcej niż 5 minut. Szparagi są chrupiące, lekko skarmelizowane, cieplutkie i pyszne.
Ja dzisiaj moje szparagi zjadłam z wędzonym na zimno łososiem, posiekanym estragonem, koperkiem i kilkoma kroplami soku z cytryny. Obok pojawiła się czubata łyżką gęstego jogurtu. Niebo w gębie.
Smacznego!
Nadal pracujemy w ogrodzie. Wreszcie przyszedł moment, że czekamy na rezultaty naszych zasiewów i prac w ogrodzie. Już powoli wychodzi ruccola, fasolka szparagowa, ogórecznik i burak liściowy. Truskawki kwitną jak szalone a zioła co dzień są większe, topinambur rośnie w górę.
Pomimo wielu prac w ogródku, wieczorami biegam i jeżdżę na różne spotkania i pokazy. Właśnie kończy się tydzień wegetarianizmu. W ramach jego obchodów na warszawskim SWPS gościł LeTarg i Marta z bloga Jadłonomia. Na pokazie kulinarnym w jej wykonaniu mogliśmy zobaczyć i posmakować burgerów wegańskich i zadać wiele nurtujących nas pytań. Sama przygotowuję różne wegetariańskie i wegańskie burgery ale wymiana informacji jest zawsze bardzo wartościowa.
Innego dnia pojechałam do kina, w którym widziałam moje pierwsze filmy na dużym ekranie. Jest to byłe kino Stolica- dziś nazywane Iluzjon. Jestem zachwycona remontem i ostatecznym wyglądem tego miejsca. Zachowany został wspaniały klimat "Stolicy", w dekoracjach panuje prostota, nawet łazienka robi spore wrażenie. We wnętrzu napijemy się kawy, herbaty i zjemy zapewne pyszne ciastko lub tartę. Bardzo tam sympatycznie.
Udałam się tam nie bez powodu. Iluzjon gościł PLANETE + DOC festiwal. Zasiadłam w kinowych fotelach by podziwiać dwa filmy. Pierwszy z nich to Małże i miłość. Prezentuje on osoby hodujące małże głównie z Belgii i Holandii. Porusza ponadto istotny problem dotyczący rządowych regulacji hodowli małż w tych krajach i sprzecznych opinii na ten temat. Do tego poznacie kilka prostych przepisów na małże. Nie powiem, ślinka mi ciekła jak je oglądałam. Na pewno nie jest to film porywający, ale miłośnikom małż i owoców morza na pewno się spodoba.
Drugi z filmów to "Historia ruchu Slow Food". Przyznam szczerze, że bardzo na ten film czekałam. Jestem członkiem Slow Food już od jakiegoś czasu i poznanie genezy tej organizacji wydało mi się niezmiernie istotne. Film prezentuję sylwetkę Carlo Petrini oraz jego przyjaciół, znajomych, dzięki którym powstała ta wspaniała organizacja. Dla mnie bardzo interesująca była bogata biografia Carla Petriniego, jego zainteresowania, entuzjazm, pozytywna energia i zaangażowanie. Nic dziwnego że Carlito pociągnął za sobą takie tłumy.
Do tego mogłam odświeżyć swoje włoskie wspomnienia... Widziałam miasteczko Alba ze wspaniałym festiwalem wina, Bra, Turyn i genialne centrum handlowe Eataly. Byłam tam kilka razy, w zasadzie tylko po to by przechadzać się między półkami, podziwiać, wąchać próbować... Pamiętam te wiszące szynki, leżakujące sery i wina, wybór owoców morza, warzyw i owoców. Szkoda, że w tamtym czasie jako biedny student nie mogłam sobie na nic pozwolić. Ale już sama przechadzka wywarła na mnie olbrzymie wrażenie.
Po filmie odbyła się debata, której nie chce mi się komentować, Jej poziom niestety był bardzo niski... jedynym wnioskiem jaki z niej wyciągnęliśmy, to fakt, że film nie przekazał w pełni idei Slow Food osobom, które jeszcze nic o nim nie wiedzieli. Mam nadzieję, że zainteresował ich na tyle by poszukać więcej informacji w internecie, czy w trakcie Slow Foodowych wydarzeń.
We Włoszech właśnie po raz pierwszy jadłam szparagi. Razem z moim erazmusowym przyjacielem kupowaliśmy śliczne szparagi na targu porta Palazzo a później on uczył mnie jak je przygotowywać. To były piękne dni.
Najprostszy sposób na szparagi to grillowanie. Co prawda nigdy nie próbowałam szparagów z grilla węglowego, jedynie z patelni grillowej, ale obie wersje na pewno są równie dobre.
Szparagi z grilla
Wybieramy jak najcieńsze zielone szparagi. Myjemy je, osuszamy i odłamujemy zdrewniałe końcówki. Skrapiamy patelnię grillową kilkoma kroplami oliwy, dobrze ją rozgrzewamy i układamy na niej szparagi.
Grillujemy, poruszając kilkakrotnie patelnią, by szparagi się po niej przeturlały. Cały proces nie trwa więcej niż 5 minut. Szparagi są chrupiące, lekko skarmelizowane, cieplutkie i pyszne.
Ja dzisiaj moje szparagi zjadłam z wędzonym na zimno łososiem, posiekanym estragonem, koperkiem i kilkoma kroplami soku z cytryny. Obok pojawiła się czubata łyżką gęstego jogurtu. Niebo w gębie.
Smacznego!
środa, 15 maja 2013
Szparagi na parze w sosie koperkowo musztardowym.
Długo nic nie pisałam. Dlaczego? Jest we mnie jakaś wewnętrzna walka.
Są dni pełne zwątpienia
Są dni kiedy nic się nie chce.
Są tygodnie wypełnione zadaniami, a jednak jakby ubogie.
Są chwile cudowne, ale tak ulotne i szybko przemijające.
Jest czas, który potrzebujemy by wszystko sobie przemyśleć i poukładać.
A plany, pragnienia, marzenia? Chciałoby się by spełniały się jak najszybciej, najlepiej już, zaraz, a im wcale niespieszno.
Są dni kiedy brak wiary, cierpliwości i sił.
Są chwile pełne nerwów, niepewności, złości, gdy chciałoby się wszystko rzucić.
A inne gdy miłość, przyjaźń i wiara dają silnego kopa naprzód.
Byłoby dobrze, gdyby te uczucia, emocje nie targały mną bezustannie.
Póki co nie daję się zwariować, ale nie jest mi lekko.
Staram się cieszyć małymi przyjemnościami.
Bardzo lubię szparagi. Zawsze na nie niecierpliwie czekam, a sezon na nie trwa tak krótko... w końcu pojawiły się śliczne pęczki szparagów pod Halą Mirowską. Te zielone cuda są nie tylko przepyszne ale i bardzo zdrowe. Zawierają mnóstwo białka, błonnika, witamin i mikroelementów a do tego są lekkostrawne i niskokaloryczne. Prawdziwa bomba smaków i wartości zbawiennych dla organizmu.
Ostatnio dużo pracuję w naszym ogrodzie. Ważne jest dla mnie przygotowanie zdrowego, lekkiego posiłku w tempie ekspresowym, bo najchętniej pożarłabym lodówkę wraz z żarówką. Stwierdziłam, że mój ulubiony, prosty sosik musztardowy z dużą ilością koperku będzie idealnie grał ze szparagami. A oto rezultaty...
Szparagi na parze w sosie koperkowo-musztardowym
dla 2 osób
ok 15 sztuk szparagów
2 łyżki musztardy dijon lub ziarnistej francuskiej
2 łyżki octu z białego wina
2 lyżki siekanego świerzego koperku
1 łyżeczka miodu
Dobra oliwa z oliwek Extra Virgin (ok 1/2 szklanki)
Szparagi myjemy i odłamujemy zdrewniałe końcówki. Następnie przełamujemy je na pół i układamy w koszyku do gotowania na parze.
Gotujemy przez ok 5 minut od momentu gdy woda zawrze.
W tym czasie mieszamy wszystkie składniki sosu oprócz oliwy. Powoli dolewamy oliwę intensywnie ubijając sosik widelcem aż uzyskamy kremową strukturę i odpowiadający nam smak. Ja lubię żeby był ostry, więc nie daję dużo oliwy. Ale kto woli kremowe, delikatne sosy, może dodać więcej tłuszczu. Trzeba próbować.
Na talerze wylewamy po łyżce sosu. Na nim układamy szparagi i polewamy druga czubatą łyżką.
Szparagi świetnie będą pasować jako przystawka albo towarzysz delikatnej ryby, czy też jajka.
Smacznego!
Z pozdrowieniami dla E.E.E.E :)
Są dni pełne zwątpienia
Są dni kiedy nic się nie chce.
Są tygodnie wypełnione zadaniami, a jednak jakby ubogie.
Są chwile cudowne, ale tak ulotne i szybko przemijające.
Jest czas, który potrzebujemy by wszystko sobie przemyśleć i poukładać.
A plany, pragnienia, marzenia? Chciałoby się by spełniały się jak najszybciej, najlepiej już, zaraz, a im wcale niespieszno.
Są dni kiedy brak wiary, cierpliwości i sił.
Są chwile pełne nerwów, niepewności, złości, gdy chciałoby się wszystko rzucić.
A inne gdy miłość, przyjaźń i wiara dają silnego kopa naprzód.
Byłoby dobrze, gdyby te uczucia, emocje nie targały mną bezustannie.
Póki co nie daję się zwariować, ale nie jest mi lekko.
Staram się cieszyć małymi przyjemnościami.
Bardzo lubię szparagi. Zawsze na nie niecierpliwie czekam, a sezon na nie trwa tak krótko... w końcu pojawiły się śliczne pęczki szparagów pod Halą Mirowską. Te zielone cuda są nie tylko przepyszne ale i bardzo zdrowe. Zawierają mnóstwo białka, błonnika, witamin i mikroelementów a do tego są lekkostrawne i niskokaloryczne. Prawdziwa bomba smaków i wartości zbawiennych dla organizmu.
Ostatnio dużo pracuję w naszym ogrodzie. Ważne jest dla mnie przygotowanie zdrowego, lekkiego posiłku w tempie ekspresowym, bo najchętniej pożarłabym lodówkę wraz z żarówką. Stwierdziłam, że mój ulubiony, prosty sosik musztardowy z dużą ilością koperku będzie idealnie grał ze szparagami. A oto rezultaty...
Szparagi na parze w sosie koperkowo-musztardowym
dla 2 osób
ok 15 sztuk szparagów
2 łyżki musztardy dijon lub ziarnistej francuskiej
2 łyżki octu z białego wina
2 lyżki siekanego świerzego koperku
1 łyżeczka miodu
Dobra oliwa z oliwek Extra Virgin (ok 1/2 szklanki)
Szparagi myjemy i odłamujemy zdrewniałe końcówki. Następnie przełamujemy je na pół i układamy w koszyku do gotowania na parze.
Gotujemy przez ok 5 minut od momentu gdy woda zawrze.
W tym czasie mieszamy wszystkie składniki sosu oprócz oliwy. Powoli dolewamy oliwę intensywnie ubijając sosik widelcem aż uzyskamy kremową strukturę i odpowiadający nam smak. Ja lubię żeby był ostry, więc nie daję dużo oliwy. Ale kto woli kremowe, delikatne sosy, może dodać więcej tłuszczu. Trzeba próbować.
Na talerze wylewamy po łyżce sosu. Na nim układamy szparagi i polewamy druga czubatą łyżką.
Szparagi świetnie będą pasować jako przystawka albo towarzysz delikatnej ryby, czy też jajka.
Smacznego!
Z pozdrowieniami dla E.E.E.E :)
piątek, 8 marca 2013
Tarta razowa z wędzonym pstrągiem z Kalinówki
Dziś kolejna propozycja kulinarna związana z LeTargiem i z wędzonym pstrągiem z gospodarstwa Kalinówka Wzgórza Dylewskie. Choć akurat w weekend nie mogłam się udać na Saską Kępę, bo spędzałam czas w innym równie przyjemnym i smakowitym miejscu, to pstrąga zdobyłam. Zaraziłam mojego kochanego brata zakupami na LeTargu i dzięki niemu mam rybkę i jogurciki.
Właściciele Kalinówki sami o sobie piszą że mieszkają w krainie slow food, slow time i slow life. Mam nadzieję, że będę mogła ich kiedyś odwiedzić i poczuć zapach dochodzący z wędzarni, spróbować przygotowanych przez panią domu winniczków i oddychać świeżym mazurskim powietrzem. Fajnie byłoby spędzić wakacje w poszukiwaniu wspaniałych polskich smaków i znakomitych produktów, móc rozmawiać o magii prawdziwego jedzenia.
Inspiracja do przepisu pochodzi z książki "Tarteletki i tarty" Sarah Banbery.
Tarta razowa z wędzonym pstrągiem.
(4-5 porcji)
100 g maki pszennej białej
150 g maki pszennej pełnoziarnistej
100 g masła
1 żółtko
1 łyżka curry (opcjonalnie)
szczypta soli
zimna woda (ok 50-70 ml)
200 g mięsa wędzonego pstrąga
200 ml mleka
1 jajko
1 białko (pozostałe z ciasta)
1 dymka ze szczypiorem
50 g dobrego wyrazistego sera (użyłam Salami z papryką od spółdzielni "Skaryszewy")
20 g masła
20 g mąki
gałka muszkatołowa
pieprz
Przygotowanie spodu:
Mąki mieszamy z solą i przyprawą, dorzucamy schłodzone masło pokrojone na małe cząstki.Z pomocą szpatułki, noża lub rękoma rozcieramy masło w mące do konsystencji kruszonki. Dodajemy żółtko i stopniowo dolewamy zimną wodę zagniatając gładkie ciasto. Dodajemy tyle wody by masa się nie kruszyła ani nie kleiła do rąk.
Ciastem wykładamy formę do tarty z wysokim brzegiem. Wnętrze wykładamy papierem do pieczenia i obciążamy go fasolkami. Wstawiamy do lodówki na 30 minut.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 st C. i pieczemy spód przez 12 minut. Po tym czasie zdejmujemy papier z fasolkami i podpiekamy kolejne 5 minut.
Przygotowanie farszu:
Pstrąga dzielimy na małe kawałki dokładnie usuwając ości.
W rondelku na małym ogniu rozpuszczamy masło i przez 2 minuty przesmażamy na nim mąkę. Dolewamy do nich mleko stale mieszając by nie powstały gródki, zagotowujemy i zestawiamy z ognia. Do beszamelu wrzucamy pstrąga, posiekaną szalotkę ze szczypiorem, doprawiamy gałką muszkatołową i pieprzem. Dodajemy żółtka i starty ser, odstawiamy by farsz trochę ostygł. Białka ubijamy na sztywno i delikatnie dodajemy do farszu.
Gotowe nadzienie przekładamy na podpieczony spód i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika na 20 minut.
Tartę studzimy przynajmniej 10 minut. Możemy podawać od razu, lub odgrzewaną, wtedy jest jeszcze smaczniejsza.
Podajemy z lekką sałatką.
Właściciele Kalinówki sami o sobie piszą że mieszkają w krainie slow food, slow time i slow life. Mam nadzieję, że będę mogła ich kiedyś odwiedzić i poczuć zapach dochodzący z wędzarni, spróbować przygotowanych przez panią domu winniczków i oddychać świeżym mazurskim powietrzem. Fajnie byłoby spędzić wakacje w poszukiwaniu wspaniałych polskich smaków i znakomitych produktów, móc rozmawiać o magii prawdziwego jedzenia.
Inspiracja do przepisu pochodzi z książki "Tarteletki i tarty" Sarah Banbery.
Tarta razowa z wędzonym pstrągiem.
(4-5 porcji)
100 g maki pszennej białej
150 g maki pszennej pełnoziarnistej
100 g masła
1 żółtko
1 łyżka curry (opcjonalnie)
szczypta soli
zimna woda (ok 50-70 ml)
200 g mięsa wędzonego pstrąga
200 ml mleka
1 jajko
1 białko (pozostałe z ciasta)
1 dymka ze szczypiorem
50 g dobrego wyrazistego sera (użyłam Salami z papryką od spółdzielni "Skaryszewy")
20 g masła
20 g mąki
gałka muszkatołowa
pieprz
Przygotowanie spodu:
Mąki mieszamy z solą i przyprawą, dorzucamy schłodzone masło pokrojone na małe cząstki.Z pomocą szpatułki, noża lub rękoma rozcieramy masło w mące do konsystencji kruszonki. Dodajemy żółtko i stopniowo dolewamy zimną wodę zagniatając gładkie ciasto. Dodajemy tyle wody by masa się nie kruszyła ani nie kleiła do rąk.
Ciastem wykładamy formę do tarty z wysokim brzegiem. Wnętrze wykładamy papierem do pieczenia i obciążamy go fasolkami. Wstawiamy do lodówki na 30 minut.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 st C. i pieczemy spód przez 12 minut. Po tym czasie zdejmujemy papier z fasolkami i podpiekamy kolejne 5 minut.
Przygotowanie farszu:
Pstrąga dzielimy na małe kawałki dokładnie usuwając ości.
W rondelku na małym ogniu rozpuszczamy masło i przez 2 minuty przesmażamy na nim mąkę. Dolewamy do nich mleko stale mieszając by nie powstały gródki, zagotowujemy i zestawiamy z ognia. Do beszamelu wrzucamy pstrąga, posiekaną szalotkę ze szczypiorem, doprawiamy gałką muszkatołową i pieprzem. Dodajemy żółtka i starty ser, odstawiamy by farsz trochę ostygł. Białka ubijamy na sztywno i delikatnie dodajemy do farszu.
Gotowe nadzienie przekładamy na podpieczony spód i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika na 20 minut.
Tartę studzimy przynajmniej 10 minut. Możemy podawać od razu, lub odgrzewaną, wtedy jest jeszcze smaczniejsza.
Podajemy z lekką sałatką.
piątek, 1 marca 2013
Lekka, kremowa zupa dyniowo marchewkowa z promykiem słońca
Iść ciągle iść w stronę słońca.....
tararara...paparara ti ra ra
Nareszcie nastał słoneczny dzień. Aż od razu naszło mnie na jakieś kolorowe danie.
W lodówce leżała jeszcze ostatnia najwytrwalsza dynia piżmowa z naszych ogródkowych zbiorów, dołączyła do niej marchewka ziemniaki i kawałek imbiru. Szybkie zdrowe i rozgrzewające danie. Gotowe maksymalnie w 20 minut.
A wieczorem, pełna energii pomknęłam na fitness. Dziś przeszłam samą siebie i spędziłam w klubie prawie 4 godziny z czego 3 na intensywnych ćwiczeniach. Znacie Speed Ball, Pump i Step? Jeśli nie, to może niedługo coś więcej o nich opowiem. To był dobry trening...
Zupa dyniowo marchewkowa pełna słońca
(4 porcje)
1 dynia niewielka piżmowa
2-3 marchewki
2-3 ziemniaki
2 litry wody
1/2 cebuli
ew. 1 ząbek czosnku
korzeń imbiru wielkości kciuka
3-4 łyżeczki sosu sojowego
pieprz do smaku
oliwa z oliwek
Do podania:
prażone ziarna słonecznika
fasola Jaś (z puszki lub ugotowana i wyłuskana)
mieszanka suszonych ziół z kwiatami.
ew. krem balsamiczny
Warzywa obieramy i wrzucamy do garnka. Zalewamy wrzącą wodą, dodajemy korzeń imbiru i czosnek i gotujemy aż warzywa będą miękkie. A wtedy zupę miksujemy w blenderze.
Posiekaną cebulkę podsmażamy na oliwie i dodajemy do zupy. Doprawiamy całość do smaku sosem sojowym i pieprzem.
Do podania używamy ugotowanej fasolki Jaś lub ciecierzycy i prażonych pestek słonecznika. Możemy też całość skropić oliwą, kremem balsamicznym i posypać mieszanką suszonych ziół.
Zupa fajnie smakuje z razowym chlebkiem albo z grissini
tararara...paparara ti ra ra
Nareszcie nastał słoneczny dzień. Aż od razu naszło mnie na jakieś kolorowe danie.
W lodówce leżała jeszcze ostatnia najwytrwalsza dynia piżmowa z naszych ogródkowych zbiorów, dołączyła do niej marchewka ziemniaki i kawałek imbiru. Szybkie zdrowe i rozgrzewające danie. Gotowe maksymalnie w 20 minut.
A wieczorem, pełna energii pomknęłam na fitness. Dziś przeszłam samą siebie i spędziłam w klubie prawie 4 godziny z czego 3 na intensywnych ćwiczeniach. Znacie Speed Ball, Pump i Step? Jeśli nie, to może niedługo coś więcej o nich opowiem. To był dobry trening...
Zupa dyniowo marchewkowa pełna słońca
(4 porcje)
1 dynia niewielka piżmowa
2-3 marchewki
2-3 ziemniaki
2 litry wody
1/2 cebuli
ew. 1 ząbek czosnku
korzeń imbiru wielkości kciuka
3-4 łyżeczki sosu sojowego
pieprz do smaku
oliwa z oliwek
Do podania:
prażone ziarna słonecznika
fasola Jaś (z puszki lub ugotowana i wyłuskana)
mieszanka suszonych ziół z kwiatami.
ew. krem balsamiczny
Warzywa obieramy i wrzucamy do garnka. Zalewamy wrzącą wodą, dodajemy korzeń imbiru i czosnek i gotujemy aż warzywa będą miękkie. A wtedy zupę miksujemy w blenderze.
Posiekaną cebulkę podsmażamy na oliwie i dodajemy do zupy. Doprawiamy całość do smaku sosem sojowym i pieprzem.
Do podania używamy ugotowanej fasolki Jaś lub ciecierzycy i prażonych pestek słonecznika. Możemy też całość skropić oliwą, kremem balsamicznym i posypać mieszanką suszonych ziół.
Zupa fajnie smakuje z razowym chlebkiem albo z grissini
wtorek, 26 lutego 2013
Zupa porowa z selerem koperkiem i kozim serkiem
Wiosna już niedługo więc i ja powoli wracam do życia.
Nie ukrywam, że nadal myślę wyłącznie o ciepełku i słoneczku. Planuję już nawet wysiewanie pierwszych ziarenek do doniczek. Ale jeszcze muszę poczekać na słońce. No właśnie... Słoneczko kochane, gdzie jesteś?? Bardzo już za tobą tęsknię.
Brakuje mi moich ulubionych świeżych warzyw i owoców. Na szczęście mamy w domu dużą zamrażarkę, w której skrywamy malinki, borówki i agrest. Na szczęście w spiżarni pełno jeszcze dżemików marynowanych ogórków, patisonów i papryki. Korzystam z tych smakołyków często, acz oszczędnie.
Z zimowych warzyw również można wyczarować coś smacznego, na przykład warzywne gulasze, sałatki i rozgrzewające zupy. Dziś podjęłam eksperyment z zupą porową. Nigdy jej nie jadłam i sama nie przygotowywałam, ale zaryzykowałam nową kombinację smakową i udało się! Wyszło pysznie.
Zupa porowa z selerem koperkiem i kozim serkiem
(4 porcje)
1 por
1 mały seler
2 łyżki posiekanego koperku
1-2 łyżeczki sosu sojowego
4 łyżki koziego kremowego serka
szczypta soli
pieprz do smaku
2 łyżki oliwy
1-2 łyżki ocu z bialego wina
1 litr wody lub bulionu warzywnego
Z pora odcinamy ciemno zielone liście, resztę dokładnie myjemy. Następnie przecinamy go wzdłuż na pół i kroimy na półplasterki. Seler obieramy i kroimy w 1 cm kostkę.
Pora podsmażamy na oliwie ze szczyptą soli w garnku o grubym dnie. Nie dopuszczamy by się spalił i zbrązowiał, często go mieszamy. Smażymy przez 4-5 minut po czym dodajemy selera i wodę i dusimy całość do miękkości.
Połowę zupy miksujemy w blenderze z serkiem kozim i mieszamy z resztą zupy. Doprawiamy octem sosem sojowym, pieprzem i dorzucamy koperek.
Zupę podajemy z kromką dobrego chlebka. (U mnie mój własny chleb żytni ze słonecznikiem na zakwasie)
Smacznego!
środa, 13 lutego 2013
Kotlety z soczewicy i marchewki. Zdrowe, sycące i pyszne.
Zima zima zima pada pada śnieg.... problem w tym że nie mam sanek, ani konia, który by je ciągną ani kożucha którym powinnam się przykryć. Są dni kiedy mam ochotę tylko na kubek gorącej herbaty i leżenie pod kocem. Do tego dobra książka albo fajny film, czy serial i może jakoś do tej wiosny dotrzymam.
Również moje gotowanie ucierpiało, bo czuję się strasznie ociężała i mam w głowie pustkę. Inspiracji naokoło pełno, ale ja na nic nie mam ochoty. Więc po prostu kombinuję jedzonko z tego co mam w szafce i lodówce. I tak powstały te kotleciki. Z lenistwa :)
Ucieszyło mnie, że wyszły takie smaczne- chrupiące i mięciutkie zarazem. Świetnie pasują do każdej sałatki, do ziemniaków, ryżu, kaszy. Przynajmniej mam obiad z głowy na kilka dni. I mogę znów przykryć się kocykiem. To na razie... wracam na kanapę.
Kotlety z soczewicy i marchewki
na ok 12 sztuk
1 szklanka soczewicy
2 duże marchewki
1/2 niedużego selera
2 ząbki czosnku
1 cebula dymka
1/2 szklanki płatków owsianych
1 szklanka bułki tartej
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka curry
1 łyżka oliwy
pieprz, bazylia do smaku
olej do smażenia
Soczewicę płuczemy i gotujemy do miękkości w 2 szklankach wody. Marchewki obieramy i ścieramy na drobnej tarce. Selera gotujemy w wodzie lub na parze, obieramy ze skórki i rozgniatamy widelcem. Czosnek obieramy i drobno siekamy razem z dymką
Płatki owsiane zalewamy gorącą wodą 1,5 cm ponad ich poziom w szklance.
Ugotowaną soczewicę blendujemy, zostawiając część ziarenek w całości. Dodajemy do niej startą marchewkę, selera, namoczone płatki, czosnek, dymkę, przyprawy, sos sojowy, oliwę i bułkę tartą. Ja zawsze do kotlecików dodaję sporo świeżo zmielonego pieprzu. Mieszamy całość dokładnie w razie potrzeby dodając więcej bułki tartej. Masę odstawiam do lodówki na 15-30 minut.
Na rozgrzaną patelnię wylewamy ok 3 łyżki oleju. Zwilżonymi rękoma formujemy w dłoniach zgrabne kotleciki. Smażymy z każdej strony po 2-3 minuty.
Kotlety możemy odgrzewać w piekarniku.
Moje kotlety z soczewicy podałam z ruccolą, pomidorkiem i musztardą z curry.
Smacznego!
Również moje gotowanie ucierpiało, bo czuję się strasznie ociężała i mam w głowie pustkę. Inspiracji naokoło pełno, ale ja na nic nie mam ochoty. Więc po prostu kombinuję jedzonko z tego co mam w szafce i lodówce. I tak powstały te kotleciki. Z lenistwa :)
Ucieszyło mnie, że wyszły takie smaczne- chrupiące i mięciutkie zarazem. Świetnie pasują do każdej sałatki, do ziemniaków, ryżu, kaszy. Przynajmniej mam obiad z głowy na kilka dni. I mogę znów przykryć się kocykiem. To na razie... wracam na kanapę.
Kotlety z soczewicy i marchewki
na ok 12 sztuk
1 szklanka soczewicy
2 duże marchewki
1/2 niedużego selera
2 ząbki czosnku
1 cebula dymka
1/2 szklanki płatków owsianych
1 szklanka bułki tartej
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka curry
1 łyżka oliwy
pieprz, bazylia do smaku
olej do smażenia
Soczewicę płuczemy i gotujemy do miękkości w 2 szklankach wody. Marchewki obieramy i ścieramy na drobnej tarce. Selera gotujemy w wodzie lub na parze, obieramy ze skórki i rozgniatamy widelcem. Czosnek obieramy i drobno siekamy razem z dymką
Płatki owsiane zalewamy gorącą wodą 1,5 cm ponad ich poziom w szklance.
Ugotowaną soczewicę blendujemy, zostawiając część ziarenek w całości. Dodajemy do niej startą marchewkę, selera, namoczone płatki, czosnek, dymkę, przyprawy, sos sojowy, oliwę i bułkę tartą. Ja zawsze do kotlecików dodaję sporo świeżo zmielonego pieprzu. Mieszamy całość dokładnie w razie potrzeby dodając więcej bułki tartej. Masę odstawiam do lodówki na 15-30 minut.
Na rozgrzaną patelnię wylewamy ok 3 łyżki oleju. Zwilżonymi rękoma formujemy w dłoniach zgrabne kotleciki. Smażymy z każdej strony po 2-3 minuty.
Kotlety możemy odgrzewać w piekarniku.
Moje kotlety z soczewicy podałam z ruccolą, pomidorkiem i musztardą z curry.
Smacznego!
wtorek, 12 lutego 2013
Warzywa pieczone w folii. Zdrowo i kolorowo zimową porą.
Ostatnio cierpię na brak weny kulinarnej. Wracam raczej do sprawdzonych przepisów, szybkich dań, albo improwizacji lodówkowej. To pewnie ta zima. Mam już jej po dziurki w nosie.
Wiem, że potrafi być piękne, magiczna, że cieszy oko.
Wiem, że daje frajdę dzieciakom, że można pojeździć na nartach, na sankach i łyżwach.
Wiem również, ze jest potrzebna do prawidłowej wegetacji roślin w naszym środowisku.
Wiem to.
Ale jest mi zimno, mokro, oczy mi płaczą od zimnego powietrza, odmarza mi nos i palce u rąk i stóp, muszę się grubo ubierać, nosić czapkę i zimowe buty. Do tego broczę w błocie pośniegowym, ślizgam się po nieodśnieżonych chodnikach, zapadam się w śniegu i odśnieżać też czasem muszę.
Brakuje mi świeżych warzyw i owoców, wycieczek rowerowych i opalania się nad rzeką.
Z kolej gdy patrzę na szczyty pokryte śniegiem, oszronione drzewa i lodowe rzeźby, to znów zapiera mi dech w piersiach. A gdy słyszę fajne chrupanie zmrożonego śniegu pod stopami i śmiechy dzieci zjeżdżających na górce i dźwięk łyżew na lodzie to morda mi się śmieje.
W sumie lubię zimę, ale tylko wtedy, gdy jest mi ciepło.
Dziwne to wszystko.
Na koniec podzielę się moim niedawnym odkryciem muzycznym. Mój mężczyzna pokazał mi wspaniały teledysk Lindsey Stirling, która gra na wiolonczeli do akompaniamentu muzyki elektronicznej, a do tego tańczy w pięknych sceneriach. Jej teledyski są magiczne... przekonajcie się sami.
Warzywa korzeniowe pieczone w folii.
(dla 2 osób)
2 małe buraki
2 małe marchewki
2 małe pietruszki
1/2 średniego selera
50 g dobrej fety
3-4 ząbki polskiego czosnku
kilka gałązek tymianku (rozmarynu)
oliwa lub olej tłoczony na zimno
1/2 łyżeczki kolendry
1/2 łyżeczki kminku
1/2 łyżeczki ziaren kopru
1/2 łyżeczki ziaren gorczycy
1 szczypta soli morskiej
Blaszkę wykładamy folią aluminiową z dużym zapasem i skrapiamy ją oliwą.
Warzywa obieramy i kroimy w słupki i układamy na folii. Czosnek obieramy z łupinki i wrzucamy do warzyw razem z tymiankiem. jeszcze raz skrapiamy całość oliwą.
W moździerzu ucieramy przyprawy z solą. Gotowa mieszanką posypujemy warzywa i zamykamy szczelnie folię.
Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 st.C i pieczemy 25-30 minut.
Po tym czasie odwijamy folię, rozrzucamy na wierzchu fetę i dopiekamy bez przykrycia przez 5-10 minut.
Warzywa świetnie pasują jako dodatek do obiadu wraz z kaszą czy brązowym ryżem i na przykład w towarzystwie sadzonego jajka.
Smacznego!
sobota, 26 stycznia 2013
Zdrowy szybki lunch. Łosoś na parze z sałatką ze szpinaku i fety
Dni szybko płyną. Nadrabiam zaległości w Warszawie i okolicach, ale to nie znaczy, że mam jeść kiepsko.
Mając do dyspozycji 20 minut można przygotować coś pysznego zdrowego i pożywnego. W tym momencie ważna jest inwencja twórcza i w miarę dobrze zaopatrzona lodówka. Mnie mama wyposażyła w świeży szpinak i filet z łososia. Do tego miałam w lodówce zamówioną kilka dni wcześniej fetę z mojej ukochanej Mlecznej Drogi. No i z zakamarków spiżarni wyciągnęłam własnoręcznie przygotowaną marynowaną paprykę a z chlebaka chlebek na zakwasie. Wystarczyło parę chwil i pyszny lunch już był gotowy.
Łosoś gotowany na parze z sałatką ze szpinaku i fety
(dla 1 osoby)
1 porcja filetu z łososia
plasterki i sok z cytryny
ok 4 cm kawałek pora
spora garść liści świeżego szpinaku
papryka marynowana w occie
feta dobrej jakości
oliwa z oliwek
sok z cytryny
ew. sos sojowy
krem balsamiczny
Łososia skrapiamy po wierzchu sokiem cytrynowym i układamy na nim plastry cytryny. Pora kroimy na półplasterki. W naczyniu do gotowania na parze układamy pora a na nim łososia. Gotujemy na parze ok 15 minut, aż się zetnie, ale pozostanie soczysty.
Szpinak myjemy i jeśli ma duże liście to rwiemy na mniejsze kawałki. Paprykę, jeśli trzeba, kroimy na mniejsze kawałki i układamy na liściach szpinaku razem z fetą. Całą sałatkę skrapiamy sokiem z cytryny i oliwą z oliwek- ja użyłam mojej własnej, aromatyzowanej tymiankiem.
Gotowego łososia układamy wraz z porem na szpinaku, doprawiamy pieprzem i ulubionym ziołami oraz dekorujemy kremem z octu balsamicznego. Dodatkowo możemy podać sałatkę z dobrym sosem sojowym.
Smacznego
Mając do dyspozycji 20 minut można przygotować coś pysznego zdrowego i pożywnego. W tym momencie ważna jest inwencja twórcza i w miarę dobrze zaopatrzona lodówka. Mnie mama wyposażyła w świeży szpinak i filet z łososia. Do tego miałam w lodówce zamówioną kilka dni wcześniej fetę z mojej ukochanej Mlecznej Drogi. No i z zakamarków spiżarni wyciągnęłam własnoręcznie przygotowaną marynowaną paprykę a z chlebaka chlebek na zakwasie. Wystarczyło parę chwil i pyszny lunch już był gotowy.
Łosoś gotowany na parze z sałatką ze szpinaku i fety
(dla 1 osoby)
1 porcja filetu z łososia
plasterki i sok z cytryny
ok 4 cm kawałek pora
spora garść liści świeżego szpinaku
papryka marynowana w occie
feta dobrej jakości
oliwa z oliwek
sok z cytryny
ew. sos sojowy
krem balsamiczny
Łososia skrapiamy po wierzchu sokiem cytrynowym i układamy na nim plastry cytryny. Pora kroimy na półplasterki. W naczyniu do gotowania na parze układamy pora a na nim łososia. Gotujemy na parze ok 15 minut, aż się zetnie, ale pozostanie soczysty.
Szpinak myjemy i jeśli ma duże liście to rwiemy na mniejsze kawałki. Paprykę, jeśli trzeba, kroimy na mniejsze kawałki i układamy na liściach szpinaku razem z fetą. Całą sałatkę skrapiamy sokiem z cytryny i oliwą z oliwek- ja użyłam mojej własnej, aromatyzowanej tymiankiem.
Gotowego łososia układamy wraz z porem na szpinaku, doprawiamy pieprzem i ulubionym ziołami oraz dekorujemy kremem z octu balsamicznego. Dodatkowo możemy podać sałatkę z dobrym sosem sojowym.
Smacznego
piątek, 18 stycznia 2013
Zdrowe pęczotto buraczane z Żubrówką, słonecznikiem i serem pleśniowym.
Kto lubi kasze?
Ja bardzo. Staram się wykorzystywać ich jak najwięcej w mojej kuchni. powód jest prosty. Są one nie tylko smaczne, ale i bardzo zdrowe. W naszym klimacie jedzenie kasz i roślin strączkowych, zwłaszcza w okresie zimowym to podstawa. Dają one bowiem organizmowi dużo energii, która uwalniana jest stopniowo. oznacza to ni mniej ni więcej, że dzięki nim jest nam po prostu cieplej.
Dziś na stole pojawił się pęczak. Bardzo lubię go przygotowywać tym samym sposobem co zwykłe risotto.
Oprócz tego szukałam zastosowania dla buraczków, które czekały na swoją kolej w lodówce. Nie muszę mówić, że także one są niesamowitym źródłem witamin i składników mineralnych. Ostatnio czytałam, że ich spożywanie zapobiega powstawaniu nowotworów a do tego dają nam prawdziwy power!
Własnie tego nam potrzeba, bo znowu zapowiadają mrozy, więc na stoku, na łyżwach, czy na sankach nie będzie za ciepło :)
Pęczotto buraczane z Żubrówką, słonecznikiem i serem pleśniowym.
(dla 2 osób)
8 łyżek pęczaku
2 średnie buraki
1 czerwona cebula
1-2 ząki czosnku
3-4 łyżki pestek słonecznika
2 plastry sera z niebieską pleśnią (użyłam sera Niva)
garść listków majeranku
ok 600 ml bulionu warzywnego
3 łyżki octu balsamicznego
50 ml żubrówki
1 lyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczki suszonej bazylii
oliwa
1 łyzka masła
sól/ pieprz do smaku
Na dużej patelni podsmażamy posiekaną cebulkę i czosnek. Gdy zmiękną, dorzucamy pęczak i smażymy ok 2 minuty. Na patelnie wlewamy żubrówkę i zostawiamy na kolejne 2 minuty. Następnie dolewamy pierwsza porcję bulionu, przykrywamy i gotujemy,
W międzyczasie obieramy i ścieramy na grubej tarce buraka. Gdy płyn na patelni już się prawie wchłonie, dorzucamy startego buraka i kolejna porcję bulionu. Wlewamy także sos sojowy i ocet, przykrywamy i zostawiamy na kilka minut.
Na drugiej, suchej patelni prażymy ziarna słonecznika.
Sprawdzamy czy pęczotto ma wystarczająca ilość płynu i czy kasza już dostatecznie zmiękła. Bulion dolewamy dopóki wciąż się wchłania a kasza jeszcze nie zmiękła. Oczywiście, nie powinna się ona rozgotować, tylko pozostać al dente. Gdy już będzie gotowa, doprawiamy ją ziołami, pieprzem, wrzucamy masło i słonecznik i zostawiamy na ogniu jeszcze kilka minut, po czym odstawiamy pod przykryciem, na kolejne 5 minut, by odpoczęło.
2 plastry sera pleśniowego pieczemy przez chwilę w piekarniku z grzaniem górnym (grillem), do momentu aż się podgrzeje i zacznie się rozpuszczać. Nie potrwa to dłużej niż 5 minut.
Pęczotto podajemy z plastrami sera i listkami świeżych ziół- na przykład majeranku, oregano, tymianku.
Smacznego!
Ja bardzo. Staram się wykorzystywać ich jak najwięcej w mojej kuchni. powód jest prosty. Są one nie tylko smaczne, ale i bardzo zdrowe. W naszym klimacie jedzenie kasz i roślin strączkowych, zwłaszcza w okresie zimowym to podstawa. Dają one bowiem organizmowi dużo energii, która uwalniana jest stopniowo. oznacza to ni mniej ni więcej, że dzięki nim jest nam po prostu cieplej.
Dziś na stole pojawił się pęczak. Bardzo lubię go przygotowywać tym samym sposobem co zwykłe risotto.
Oprócz tego szukałam zastosowania dla buraczków, które czekały na swoją kolej w lodówce. Nie muszę mówić, że także one są niesamowitym źródłem witamin i składników mineralnych. Ostatnio czytałam, że ich spożywanie zapobiega powstawaniu nowotworów a do tego dają nam prawdziwy power!
Własnie tego nam potrzeba, bo znowu zapowiadają mrozy, więc na stoku, na łyżwach, czy na sankach nie będzie za ciepło :)
Pęczotto buraczane z Żubrówką, słonecznikiem i serem pleśniowym.
(dla 2 osób)
8 łyżek pęczaku
2 średnie buraki
1 czerwona cebula
1-2 ząki czosnku
3-4 łyżki pestek słonecznika
2 plastry sera z niebieską pleśnią (użyłam sera Niva)
garść listków majeranku
ok 600 ml bulionu warzywnego
3 łyżki octu balsamicznego
50 ml żubrówki
1 lyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczki suszonej bazylii
oliwa
1 łyzka masła
sól/ pieprz do smaku
Na dużej patelni podsmażamy posiekaną cebulkę i czosnek. Gdy zmiękną, dorzucamy pęczak i smażymy ok 2 minuty. Na patelnie wlewamy żubrówkę i zostawiamy na kolejne 2 minuty. Następnie dolewamy pierwsza porcję bulionu, przykrywamy i gotujemy,
W międzyczasie obieramy i ścieramy na grubej tarce buraka. Gdy płyn na patelni już się prawie wchłonie, dorzucamy startego buraka i kolejna porcję bulionu. Wlewamy także sos sojowy i ocet, przykrywamy i zostawiamy na kilka minut.
Na drugiej, suchej patelni prażymy ziarna słonecznika.
Sprawdzamy czy pęczotto ma wystarczająca ilość płynu i czy kasza już dostatecznie zmiękła. Bulion dolewamy dopóki wciąż się wchłania a kasza jeszcze nie zmiękła. Oczywiście, nie powinna się ona rozgotować, tylko pozostać al dente. Gdy już będzie gotowa, doprawiamy ją ziołami, pieprzem, wrzucamy masło i słonecznik i zostawiamy na ogniu jeszcze kilka minut, po czym odstawiamy pod przykryciem, na kolejne 5 minut, by odpoczęło.
2 plastry sera pleśniowego pieczemy przez chwilę w piekarniku z grzaniem górnym (grillem), do momentu aż się podgrzeje i zacznie się rozpuszczać. Nie potrwa to dłużej niż 5 minut.
Pęczotto podajemy z plastrami sera i listkami świeżych ziół- na przykład majeranku, oregano, tymianku.
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































