poniedziałek, 13 lutego 2012

Królewska zupa cebulowa, wg przepisu króla Stanisława łeszczyńskiego.

Zaczytuję się ostatnio w książkach kulinarnych. Święty Mikołaj pod choinką zostawił mi "Jak być domową boginią" Nigelli Lawson, częścią przyznanej mi nagrody była "Apetyczna panna Dahl" autorstwa Sophie Dahl oczywiście, ale to nie koniec moich lektur. Posilona przepisami Ladies z Wielkiej Brytanii sięgnęłam po dawno zapomnianą w moim domu, lekko zakurzoną pozycję: "W kuchni babci i wnuczki" Barbary Adamczewskiej i Beaty Mellerowej. Muszę przyznać, ze powrót do tradycyjnych przepisów sprawił mi nie lada przyjemność. Wiele spośród potraw jakie znajdziemy w tej książce znamy z życia codziennego. Ale, ale. Nie zawsze z mlekiem matki- albo jej cennym kulinarnym notesem odziedziczamy przepisy na najprostsze potrawy. Z tej książki na pewno skorzystają początkujący kucharze, którzy może przygotowali już w swojej kuchni wiele wymyślnych potraw, ale czasem brakuje im bazy- tych najprostszych zup, mięs, klusek i wypieków. Ja póki co do takich osób należę. Co jest fajne w tej książce, to że podzielona jest na proste działy: zupy, dodatki do zup i innych dań, mięsa, ryby, sosy, jarzyny, grzyby, dania bezmięsne i prawie bezmięsne, potrawy z jaj, wypieki, ciasta, kremy, desery. Szperając po jej kartach łatwo można skomponować pełnowartościowy posiłek, zarówno śniadanie, obiad jak i kolację z deserem. 
Powrócę na chwilę do Sophie Dahl. Uwielbiam sposób w jaki pisze o jedzeniu. Każda strona wypełniona jest pewnego rodzaju magią, nutką wspomnień dobrych i tych trochę gorszych, co więcej znajdziemy tam prostotę na której zależy mi w gotowaniu. Zaczarował mnie szczególnie przepis na francuską zupę cebulową. Szczerze mówiąc nigdy takiej nie jadłam, więc pora by ją spróbować. Przepis Sophie jak na pierwszy raz wydał mi się zbyt pracochłonny, więc szybko wróciłam do wspomnianej kuchni babci i wnuczki. No i jest! Przepis na równie magicznie brzmiącą zupę cebulową według przepisu króla Stanisława Leszczyńskiego. Król zajadał się nią nie raz na francuskim dworze, a do kraju przywiózł lekko zmodyfikowany przepis, z którego ja dzisiaj skorzystam( i także delikatnie zmieniłam). Oto on:

Królewska zupa cebulowa.



Składniki na 4 porcje:
3 spore cebule
1 łyżka masła + oliwa z oliwek
4 łyżki startego sera (najlepiej ostrego w smaku)
sól (zastąpiłam sosem sojowym) , pieprz,
4 grzanki + ser do ich posypania

Sposób przygotowania:
Cebulę drobno posiekać zrumienić na maśle i łyżce oliwy na małym ogniu przez kilka minut. Gdy cebula zacznie bardzo słodko pachnieć i lekko zbrązowieje dolać 2 szklanki wody i zagotować. Następnie zdjąć z ognia i zmiksować za pomocą blendera, doprawić pieprzem i sosem sojowym. Zupa powinna być lekko gęsta. Wstawić z powrotem na gaz i dolać kolejne 2 szklanki wody i starty ser. Jeszcze raz zagotować, w razie potrzeby jeszcze raz doprawić.
Grzanki pokropić oliwą, posypać startym serem i ziołami (np. oregano, pieprzem, lub majerankiem). Zapiec w piekarniku pod grillem aż ser się rozpuści.
Zupę nalać do głębokiego talerza i podawać z grzankami. Gdybym miała w domu prażoną cebulkę prawdopodobnie posypałabym nią zupę...
Oto danie które pysznie rozgrzewa już gotowe!

Smacznego!

niedziela, 12 lutego 2012

Kotlety gryczane na puree z czerwonej kapusty w towarzystwie aromatycznej białej rzodkwii. Wegetariański obiad w stylu fussion.

Kombinuję i kombinuję co by tu przygotować na zimowy obiadek. Potrzebujemy czegoś sycącego i rozgrzewającego. Staram się ostatnio korzystać z warzyw, do których mam dostęp bez korzystania ze sztucznych upraw. Wiąże się to z ograniczeniem ogórków, pomidorów i teko typu składników, które są charakterystyczne dla wiosny i lata ale na pewno nie dla zimy. Co mamy do wyboru? Ziemniaki, warzywa korzeniowe jak marchew, buraki, pietruszka, seler, kapustne- czerwona biała, a zwłaszcza kiszona, dynia, kalafior, rzepa, kalarepa. Z owoców można wybrać te z eksportu, ale wciąż sezonowe- owoce cytrusowe, oraz nasze polskie jabłka i gruszki przechowywane w chłodniach. Gdy tylko mam dostęp do zamrażarki w domu rodzinnym, wyjadam zapasy mrożonych truskawek, śliwek, wiśni i borówek amerykańskich z naszego sadu i ogrodu. Poza tym pałaszuję zapasy ze spiżarni, które wożę ze sobą do Czech i ochoczo rozdaję najbliższym. Nieskromnie wspomnę, ze wiele moich koleżanek moje dżemiki i przetwory uwielbia :)


Wróćmy do obiadu. ten dzisiejszy składa się z kotleta- ale wegetariańskiego, puree- ale nie ziemniaczanego- a kapustnego i dodatku po części z Azji- białej rzodkwi (daikon). Oto przepis:

Kotlety gryczane podane na  puree z czerwonej kapusty w towarzystwie duszonej białej rzodkwi.


Składniki  na 4 osoby:

Kotlety gryczane ( ok 12 sztuk)

200 g kaszy gryczanej
pół szklanki płatków owsianych
pół bułki razowej (lub grahamki, kajzerki)
1 duża cebula
1 duże jajko (lub 2 małe)
4 łyżki posiekanej natki pietruszki
5 małych pieczarek
2 łyżki otrąb owsianych (lub bułki tartej)
sos sojowy,
3 ziarenka pieprzu,
4 ziarenka ziela angielskiego,
1 listek laurowy
olej do smażenia

Przygotowanie:
Płatki owsiane zalej ciepłą wodą i odstaw by zmiękły. Namocz także bułkę.
Kaszę gryczaną ugotuj na półsypko w wodzie z dodatkiem łyżeczki sosu sojowego i ziół. Odstaw do ostygnięcia- wyjmij ziarna pieprzu, ziela angielskiego i listek laurowy.
Cebulę pokrój drobno i zeszklij lekko na oleju, dodaj pokrojone drobno pieczarki i podduś razem kilka minut. Dopraw odrobiną soli i dużą ilością pieprzu.
Do przestudzonej kaszy dodaj namoczone płatki owsiane, odciśniętą bułkę, cebulę z pieczarkami, jajko i natkę pietruszki. Wszystko dokładnie wymieszaj. Jeśli masa jest rzadka dodaj do niej otręby lub bułkę tartą. Jeśli jest zbyt gęsta, możesz wbić jeszcze jedno małe jajko. Dopraw sosem sojowym i pieprzem do smaku. Możesz też dodać ulubione zioła- np. oregano, majeranek a także estragon, lub chili.
Na patelni rozgrzej olej. kotleciki wykładam na patelnię łyżką. Smażę po kilka minut z obu stron, odsączam z tłuszczu na papierowym ręczniku.
Gotowe kotleciki odgrzewam w piekarniku. Jeśli chcę je podać od razu każdą partię od razu przykrywam folią aluminiową by nie wystygły.

Puree z czerwonej kapusty.

1/2 główki niedużej czerwonej kapusty
mała czerwona cebula
małe obrane jabłko
sok z połowy cytryny,
2 łyżki oliwy
pieprz
1/2 łyżeczki cynamonu
garść rodzynek

Przygotowanie:
Namoczyć rodzynki w wodzie.
Kapustę drobno poszatkować, wrzucić do garnka i zalać wrzącą wodą do 3/4 objętości, gotować bez przykrycia ok 7 minut. Kapusta nie może być surowa, ale nie powinna całkowicie zmięknąć.
Kapustę osączyć na durszlaku, wrzucić do miski i jeszcze ciepłą polać sokiem z cytryny. Sygnałem do tego, że już dość soku jest gdy kapusta osiągnie ładny czerwonofioletowy kolor.
Do kapusty dodać starte jabłko, przyprawy, rodzynki i oliwę. Zmiksować całość przy pomocy malaksera lub blendera do konsystencji puree. W razie potrzeby doprawić do smaku i przed podaniem lekko podgrzać w rondelku uważając by masa się nie przypaliła.


Duszona biała rzodkiew z sosem sojowym.

1 korzeń białej rzodkwi (daikon)
kilka łyżek sosu sojowego
kilka łyżek oliwy

Przygotowanie:
Rzodkiew pokrój w ok 1,5 cm plastry. W szerokim rondlu rozgrzej oliwę i połóż na niej plastry rzodkwi. Podsmaż aż się lekko zarumieni, przewróć każdy plaster na drugą stronę i całość obficie polej sosem sojowym. Zmniejsz ogień, przykryj i duś przez ok 5 minut. Uważaj by rzodkiew się zanadto nie przypaliła. Sos sokowy się lekko skarmelizuje i nada rzodkwi pięknego brązowego koloru.

Podanie:
Na talerz wykładamy dużą porcję puree z kapusty, układamy na nim gryczane kotlety 2-3 sztuki, obok układamy plastry duszonej rzodkwi. Dla koloru można całość udekorować listkami rucoli, natką pietruszki lub szczypiorkiem. Gotowe!
Smacznego!

sobota, 11 lutego 2012

Valašský frgál, czyli czeski kołacz z powidłami i kruszonką.

Mija już siódmy miesiąc odkąd dzielę moje życie między dwa domy. ten rodzinny pod Warszawą i ten wybrany z miłości- w Czechach. Miłość nie pozostawia czasem wiele do wyboru i zmusza do trudnych decyzji. W każdym razie, mieszkam teraz na czeskich Morawach. Stąd pochodzi przepyszne ciasto, które pojawia się na każdym jarmarku, kramiku czy straganie w górach a czasem nawet w restauracjach. mowa o: Valašským frgálu.
Przyjmijmy jakąś polską nazwę- określiłabym go jako kołacz. Występuje on w kilku odmianach. Możemy skosztować frgala twarogowego, owocowego, makowego, orzechowego i z powidłami. każdy z nich wygląda trochę jak pizza z kruszonką,  a smakuje wyśmienicie :)
Czechy odwiedzam już od 3 lat więc z niejednego pieca już frgala jadłam. Poszukiwałam przepisu na to regionalne ciasto w internecie i wreszcie znalazłam zadowalającą mnie wersję. Znalezienie jakiejkolwiek wskazówki było dość trudne, bo jest to ciasto typowo regionalne i w każdym domu mamy i babcie maja swoje sposoby na frgala, ale niekoniecznie dzielą się tym na stronach internetowych, bo i po co? Pewnie Frgal w babcinej wersji zawsze jest najlepszy :)
przy wykonaniu tego ciasta należy się kierować wyglądem wloskiej pizzy- czyli takiej prawdziwej na cienkim cieście. ja pokusiłam się nawet ostatnio o wymachiwanie frgalem nad głową- tak jak to można robić z pizzą. Dokładniej chodzi o to, że ma ono zawierać jak najwięcej nadzienia a sam drożdżowy spód służy tylko  jako pewna baza. 
Ostrzegam, ze jedzenie frgala jest wciągające i uzależniające ;) Zwłaszcza gdy użyjecie swojego ulubionego domowego dżemu, czy powideł. Oto przepis zaczerpnięty z tej slowackiej strony.


Valašský frgál



Składniki na 2 placki:
120 g zwykłej mąki pszennej
120 g półgrubej mąki pszennej- np krupczatki. (chodzi o mąkę grubiej zmieloną)
150 ml ciepłego mleka
2 żółtka
30 g roztopionego masła
2 łyżki oleju
20 g drożdży
30 g cukru waniliowe
skórka otarta z 1 cytryny
nadzienie -minimum 1 słoik powideł lub dżemu ( lub propozycje na dole)
kruszonka
2 dodatkowe łyżki stopionego masła

Przygotowanie:

Przygotuj zaczyn drożdżowy. Drożdże wymieszaj z łyżką cukru, ciepłym mlekiem i łyżką zwykłej mąki. Odstaw w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na ok 15 minut.
Mąkę przesiać do drugiej  miski, dodać resztę składników i wyrośnięte drożdże. Wyrabiać najpierw drewnianą łyżką, lub szpatułką, a gdy wszystkie składniki się połączą wyrabiać ręcznie na stolnicy. Zajmuje to około 10 minut, ale bez dodawania mąki ciasto w ogóle się nie klei. Jak zawsze z drożdżowym- musi złapać dużo powietrza, żeby ładnie urosło. Formujemy zgrabną kulkę i odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

W tym czasie możemy przygotować nadzienie i kruszonkę. Tym razem użyłam gotowych domowych powideł z minionego roku- z borówki amerykańskiej, pomarańczy i musu jabłkowego z cynamonem. Na końcu wpisu znajdziecie propozycję nadzienia, która znajduje się na stronie z oryginalnym przepisem.
Kruszonka:
170 g (szklanka) mąki
70 g masła
70 g brązowego cukru
Składniki kruszonki połączyć rękoma do pożądanej konsystencji.

 Gdy ciasto już podwoi swoją objętość dzielimy go na 2 części. Rozwałkowujemy- lub rozciągamy rękoma na 2 okrągłe placki. Moje wyszły trochę kwadratowe, ale czy to przeszkadza w jedzeniu? :P
Ciasta nie trzeba raczej podsypywać mąką, bo nie przykleja się i dobrze rozwałkowuje.
Oba placki położyć na papierze do pieczenia, lub na spodzie do pieczenia pizzy.
Następnie rozsmarowujemy wybrane nadzienie zostawiając ok 1.5 cm obręcz. Masa musi pokrywać cały spód ale jego warstwa nie jest grubsza niż 1 cm. Na wierzchy rozkładamy cienko kruszonkę.

Zostawiamy jeszcze na 15-20 minut do wyrośnięcia. W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 180'C.
Brzeg podrośniętego ciasta smarujemy roztrzepanym żółtkiem. Pieczemy ok 20-25 min aż brzegi i kruszonka lekko się zarumienią. Placki można piec na raty, albo w tym samym czasie na 2 poziomach piekarnika. Wtedy można po połowie czasu zamienić blachy by oba placki równo się opiekły.
Po wyjęciu ciasta z piekarnika smarujemy jego brzegi roztopionym masłem wymieszanym z kilkoma kroplami rumu i zostawiamy do ostygnięcia. Gotowe!


Przed podaniem można Frgala dodatkowo posypać cukrem pudrem zwykłym lub z dodatkiem wanilii lub cynamonu.
Smacznego!




Nadzienia zaproponowane przez autorkę przepisu- (jeszcze ich nie próbowałam):

Nadzienie twarogowe:

300 g twarogu (najlepiej mielonego)
1 żółtko
1 małe opakowanie cukru waniliowego
pół opakowania budyniu waniliowego

Wszystkie składniki  dokładnie wymieszać

Nadzienie gruszkowe:
3 gruszki
2 łyżki cukry
1 łyżka powideł

Gruszki obrać, drobno pokroić i wrzucić razem z cukrem na rozgrzaną patelnię. Dusić chwilę, aż zmiękną i się lekko skarmelizują. Zdjąć z ognia, dodać łyżkę powideł do zagęszczenia i odstawić do ostygnięcia.

Nadzienie makowo- śliwkowe:
100 g mielonego maku
100 g bardzo gęstego dżemu śliwkowego
50 ml rumu złotego

Wszystkie składniki odkładnie wymieszać.

Dodatkowo
100 g kruszonki
50 g rodzynek
50 g startego piernika

Sposób rozłożenia nadzienia:
Od brzegów- twarogowe posypane rodzynkami, makowe i na koniec gruszkowe. Całość posypać kruszonką i startym piernikiem.

środa, 8 lutego 2012

Krakersy owsiane - wspomnienia z wakcji i zdrowa propozycja na śniadanie lub powieczorek.

Gdy zimno za oknem, nos zamarza, palce zgrabiałe a stopy odpadają... Moniczka myśli o wakacjach. Nie mam pojęcia czy będzie mi dane jechać gdzieś w tym roku, ale mogę sobie chociaż powspominać. 
W minione wakacje wybraliśmy się z chłopcem moim do Wielkiej Brytanii- dokładnie Szkocji, a dokładniej do Edynburga.  Wybraliśmy się tam trochę ze względów sentymentalnych jakie wiążą D. z tym miastem. Chciał mi pokazać miasto które oceniał jako jedne z najpiękniejszych jakie widział. Zaiste Edynburg jest magiczny.


Zachwycił mnie klimat tego szkockiego miasta. Niesamowite, często średniowieczne budowle, piękne ulice i kamienice, zamki i pałace majestatycznie górujące nad ludźmi. Do tego dochodzi tysiąc wąskich przejść, schodów, piękne ogrody i wzgórza z widokiem na miasto.  Szczególnie interesująca była wyprawa na Arthur's Seat- od dawna wygasły wulkan. Z kolej cale nowe miasto jest równie niesamowite- zaprojektowane przez architektów wizjonerów- prawie pod linijkę- z najdroższą dzielnicą, gdzie na podjazdach głównie stały porszaki maseratti czy mini moriski. Bajka. Żałowałam jedynie, ze ponoć piękne ogrody wkoło nich dostępne są tylko i wyłącznie dla mieszkańców, zamykane na kluczyk. Prawdziwy tajemniczy ogród :)



W czasie każdej wycieczki towarzyszyły nam oczywiście bag pipes- czyli dudy. Ich wycie po jakimś czasie przyprawiało mnie o nerwowe odruchy :P Ale, ale polecam zespół "Red Hot Chili Pipers", który gra aranżacje nowoczesnych utworów na dudy. Świetna zabawa. A propos zabawy- odwiedziliśmy oczywiście pub- tym razem nie na słynnej Rose Street- ale w starym kościele. Nie wspomnę ceny piwa jakie piliśmy... ale za to mieliśmy okazję doświadczyć muzyki i tańców celtyckich. Widok Szkotów w kiltach podskakujących i klaszczących w rączki :) bezcenny. 


Z czego jedzeniowo znana jest Szkocja? Po pierwsze whisky- ten temat przemilczę, bo tego napoju nie trawię... przykro mi. Kolejny specjał- którego nie próbowaliśmy to haggis. Jest to to owczy żołądek napełniony mieszaniną złożoną z posiekanych owczych podrobów (serce, płuca i wątroba), płatków owsianych, cebuli i przypraw, zaszyty i ugotowany. Podobno smaczny, ale ja takich wynalazków mięsnych nie próbuję o ile nie padam z głowy. Ale, ale zajadaliśmy się kolejnym przysmakiem- shortbread- szczególnie najbardziej popularne ciastka firmy Walkers. O takie->
Mój kochany uwielbia je jako przegryzkę do szkockiej whisky. Dla mnie to po prostu maślane niebo w gębie...
Na pewno podejmę próbę ich upieczenia w przyszłości, ale jeszcze nie dziś.

Co Szkoci jedzą na śniadanie? Nie będę tu się rozpisywać o mało apetycznych dla mnie jajkach na bekonie, parówkach, kaszance, czy chlebie tostowym. Mam na myśli owsiankę. Pod każdą postacią- także wymarzona dla wielu panów owsianka w whisky :) Cóż ja dzisiaj przygotuję? Chcę wam zaproponować przepyszną przekąskę lub bazę śniadania- Oatcakes- oatmeal crackers. Idealnie sprawdzały się w czasie długich spacerów po Edynburgu i szkockich Highlands, a i do śniadania pasowały idealnie. 

Zastosowałam przepis pochodzący z tej strony.

Krakersy owsiane. Oatcakes.



Składniki:

250 g płatków owsianych
1/2 łyżeczki soli
szczypta sody oczyszczonej (ja dałam pół łyżeczki)
1 łyżka rozpuszczonego masła (lub oliwy)
mniej niż 100 ml wrzącej wody

Sposób wykonania:
Nagrzej piekarnik do 200C.

Płatki owsiane miksujemy malakserze, lub młynku do kawy dość drobno - ale nie może pozostać z nich tylko mąka. Muszą być widoczne kawałki płatków. Podejrzewam, ze otręby tez by zdały zadanie.
W dużej misce zmieszaj resztę składników oprócz wody.

Zacznij powoli dodawać bardzo ciepłą wodę do momentu aż składniki zaczną się sklejać. Ilość wody zależy od rodzaju płatków i wilgoci powietrza. Ja użyłam płatków owsianych górskich, które wypiły równo 10 ml wody. Ciasto jest dobre jeśli możesz z niego uformować zwięzłą kulkę.

Następnie rozwałkowujemy ciasto do oczekiwanej grubości- ok 0,5 cm. i wykrawamy okrągłe ciastka- u mnie 6 cm wykrawaczką do pączków. Układamy na papierze do pieczenia i wstawiamy do piekarnika na 15-18 minut. Bacznie obserwujemy pod koniec pieczenia, bo ciastka mogą się tylko minimalnie zarumienić.
Po wyjęciu z piekarnika suszymy ciastka na kratce i gotowe!

Moja propozycja podania w ramach lekkiego śniadania widoczna na zdjęciu. Będzie pasował też wędzony łosoś, wszelkie pasty i sery żółte. Do samego ciasta można dodać więcej soli, lub zioła do smaku.



Smacznego!

niedziela, 5 lutego 2012

Faworki, chrust

Mamy w tym roku niesamowicie mroźny luty. Nie powiem, że to źle- choć nienawidzę mrozu i czerwonego nosa a'la Rudolf czerwononosy... Pocieszam się jedynie tym, że może wszystkie choróbska, robale i larwy wymrożą się na amen.
Spodziewaliśmy się gości, których chciałam uraczyć słodką zakąską dobrą pod ... sok pomarańczowy oczywiście :P Karnawał i bliskość Tłustego Czwartku powodują u mnie ślinotok i nieodpartą ochotę na pączki i faworki. Decyzja zapadła. czas na tegoroczną porcję faworków. uwielbiam je, ale nie zamierzam już ich więcej smażyć, ze względu na ich kaloryczność, która powoduje u mnie straszne wyrzuty sumienia. Ale, ale, ale, raz do roku muszą być!

Faworki znów kojarzą mi się z dzieciństwem. pamiętam jak towarzyszyłam mamie w ich robieniu, Tworzyłyśmy pewnego rodzaju manufakturę. Mama rozwałkowywała ciasto i oddawała je pod opiekę Monisi, która małymi rączkami sprawnie wywijała ogonki faworkom i układała gotowe do smażenia. Dalsze czynności znów przejmowała mama- bo z gorącym tłuszczem nie ma żartów. Nigdy w moim domu nie smażyło się chrustu na smalcu. Fuj, nienawidzę zapachu smażonego łoju.
Wracając do rzeczy bardziej przyjemnych- Moniczka łapała szybko za sitko i dokładnie pudrowała lico każdego faworka. Na koniec, już razem z całą drużyną rodzinną opróżnialiśmy pełne talerze słodkości.
Dziś chrusty smażyłam z moim ukochanym i jak się okazało tylko dla mnie i dla niego. Mam taką nieśmiałą wizję na przyszłość, że moja przyszła córeczka też będzie się ze mną dobrze bawić w kuchni. Myślę, że wspólne pichcenie wiąże jeszcze mocniej więzy rodzinne i może być znakomitą metodą spędzania wolnego czasu z dziećmi. Piszę to nie tylko jako córka, ale również jako pedagog. Błagam- wpuszczajcie swoje pociechy do kuchni, bo sprawia im to mnóstwo frajdy. Co więcej, uczą się samoorganizacji, kolejności i konsekwencji działania, no i dużo bardziej swobodnie poczują się w przyszłości w swojej własnej kuchni. Jako nauczycielka pierwszaków mówiłam rodziców ile radości widziałam w oczach moich uczniów gdy samodzielnie przygotowywali proste potrawy. Ku mojemu zaskoczeniu większość nigdy nie zrobiła samodzielnie nawet kanapki. Potrzeba tylko odrobinę cierpliwości- wiadomo, że się nabrudzi, że może jakiś pomidor, czy jajko wylądują na podłodze, ale to tez jest nauka. Razem gotujemy, razem sprzątamy i razem jemy. Spróbujcie.
Ja dzisiaj uczę gotować moje duże dziecko :)

Wracamy do tematu głównego. Pora na faworki, chrust, czy jak tam je sobie nazywacie... Bawmy się, oto przepis:


Faworki domowe.





Składniki:

250 g mąki pszennej
20 g masła
3 żółtka (wielkości M)
2/3 szklanki gęstej śmietany 18%
2 kieliszki wódki
szczypta soli
olej do smażenia
cukier puder do posypania

Przygotowanie:

Mąkę przesiać do miski, wrzucić masło pokrojone w kostkę i łączymy za pomocą noża. Dodajemy żółtka, szczyptę soli, wódkę i połowę śmietany. Resztę śmietany dodajemy stopniowo aż ciasto będzie gładkie, ale jest ono dość twarde.
Teraz trzeba je trochę zmęczyć. Rozwałkowuję je dość grubo, składam w kostkę i uderzam kilka razy walkiem. Te czynności powtarzam kilka razy aż ciasto do mnie "przemówi", czyli zacznie wypuszczać pęcherzyki powietrza. Odkładam je do lodówki na godzinę by odpoczęło po tej męczarni.
Ciasto rozwałkowuję bardzo cienko na stolnicy delikatnie posypanej mąką. Na początku idzie trochę ciężko, ale szybko poddaje się sile wałka i naszych mięśni. Ciasto jest wtedy dobrze rozwałkowane, gdy prześwitują przez niego sęki ze stolnicy. Teraz kroję go na paski szerokości dwóch palców. Nie używam centymetrów, bo linijki do kuchni nie wpuszczam. Długość zależy od waszej fantazji, albo szerokości garnka :)
W środku każdego paska nożem robimy krótkie nacięcie, przez które trzeba przeciągnąć jeden z końców paska i położyć na płasko w wolnym miejscu stolnicy. Ja do tej pracy zatrudniam chłopaka :) A co, niech ma trochę frajdy.
Pierwszą partię faworków już smażę w rozgrzanym tłuszczu we frytkownicy- w maksymalnej temperaturze- czyli 190C. Gdy się lekko zarumienią odwracam je na drugą stronę i po kilkunastu sekundach wyjmuję łyżką cedzakową na papierowy ręcznik by oddały nadmiar tłuszczu. We frytkownicy pojawia się nowa partia faworek, a ja w międzyczasie pierwsze przedkładam na talerz i posypuję delikatnie cukrem pudrem. Gdy skończę smażyć pierwszą "stolnicę" rozwałkowuję kolejną i tak dalej i tak dalej.

Z tego samego przepisu, z ostatniej partii rozwałkowanego ciasta wykonuję zawsze kilka różyczek i listków. Na różyczki wycinam koła w 3 rozmiarach, po czym nacinam je na brzeżkach jak słoneczko (ok 4-5 nacięć) Koła układam jedno na drugim od największego do najmniejszego i dociskam mocno po środku. Smażę tak samo jak faworki.

Listek to nasz najnowszy pomysł. wycięliśmy z moim ukochanym kilka serduszek z ciasta, ponacinałam je wewnątrz tworząc żyłki listka i usmażyłam tak samo jak faworki.
Moje duże dziecko zrobiło jeszcze faworkowego ludzika :)


Faworki (vel. chrust) są bardzo kruche i lekkie. Świadczy o tym chociażby fakt jak szybko rozpływały się w powietrzu. Dobrze, że przynajmniej przez jakiś czas mój pomocnik zajmował się formowaniem faworków, bo nie zostało by nic dla mnie :) bawiliśmy się świetnie, a ciężką pracę wynagrodził nam smak naszej karnawałowej kolacji popitej lampką (albo nawet kilkoma) wytrawnego czerwonego wina.




Kochane faworki... do zobaczenia za rok...

piątek, 3 lutego 2012

Sałatka ziemniaczana z łososiem na ciepło Jamiego Oliver'a

Pewnie jak wiele z gotujących osób korzystam czasem z czasopism kulinarnych. Ostatnio w moje łapki często wpada kwartalnik "Food and Friends", którym jestem po prostu zachwycona, a także miesięcznik "Kuchnia". Magazyn dla Smakoszy.... hm czyli dla mnie :) Dziś nie czas rozczulać się nad czasopismami, pora jeść!

Skorzystałam z przepisu z Kuchni (nr 8/2011)"Z notatnika Jamiego Olivera" na sałatkę ziemniaczaną z Łososiem na ciepło. Moja fascynacja Jammie'm to jeszcze inna, równie długa historia, więc szybko zabieram się za przepis- oczywiście lekko zmodyfikowany przeze mnie.

Przepis Jamie'go

Składniki dla 4 osób:

750 g. ziemniaków oskrobanych,
4 filety z łososia ( po 20g każdy)
sok i skórka z 1 cytryny,
oliwa extra vergine,
1/2 pęczka koperku,
sól morska, czarny pieprz,
200 ml jogurtu naturalnego,
listki bazylii,
duża garść rzeżuchy,
świeża czerwona papryczka chili (bez nasion posiekana)

Wrzuć ziemniaki do rondla, zalej zimną osoloną wodą i doprowadź do wrzenia. Gotuj na małym ogniu przez 15 minut. odcedź i odstaw.
Przygotuj rondel. w którym będziesz mógł ułożyć wszystkie filety jeden obok drugiego. Zagotuj w nim wodę ze szczyptą soli i delikatnie włóż filety. pamiętaj, że powinny być całkowicie zanurzone. Gotuj los łosia na malutkim ogniu przez 10 minut. wyjmij łopatką i odstaw do ostygnięcia.
ugotowane ziemniaki pokrój na połówki i wymieszaj z połowa soku z cytryny, paroma łyżkami oliwy, posiekanym koperkiem, solidną szczyptą soli morskiej i pieprzem rozłóż na półmisku, a na wierzchu ułóż podzielone na kawałki filety łososia.
Przypraw jogurt sola morską i pieprzem, dodaj skórkę otartą z cytryny, wymieszaj i polej łososia. Sałatkę podawaj posypaną porwanymi listkami bazylii, rzeżuchą oraz posiekaną papryczką chili.


Wersja Moniczki :)




dla 2 osób

300 g obranych ziemniaków sałatkowych
2 filety z łososia
mały kawałek pora (posiekany)
sok i skórka z 1/2 cytryny
oliwa extra vergine
2 łyżki domowego pesto (u mnie z rucoli)
spora garść liści rucoli
150 ml jogurty naturalnego
sól, pieprz do smaku
1 papryczka chili bez pestek, posiekana.

Ziemniaki od razu kroję na połówki lub ćwiartki- zależnie od wielkości, gotuję 15-20 minut na parze.
W rondelku gotuję wodę z odrobiną soli i delikatnie wkładam do niej łososia. Ryba gotuje się przez ok 10 min na małym ogniu.

Wstawiam do gotowania ziemniaki i łososia tak, by wyjąć je z garnka w tym samym czasie i podać na ciepło.

W tym czasie przygotowuję sos jogurtowy. Jogurt mieszam z solą, pieprzem, posiekaną papryczką chili, łyżką soku i skórką otartą z cytryny.

Do miseczki wyciskam 2 łyżki soku z cytryny, dodaję pesto, sól, świeżo zmielony pieprz i 2 łyżki oliwy i mieszam dokładnie. Następnie wrzucam do sosu ugotowane ziemniaki i potrząsając naczyniem obtaczam je w sosie. Wykładam ziemniaki na talerz.
Łososia delikatnie wyjmuje płaską łopatką na talerz i widelcem dzielę na kawałki. Rozkładam rybę na talerzach z ziemniakami, posypuję listkami rucoli i polewam 2 łyżkami sosu jogurtowego. Gotowe !




To danie pojawiło się na stole w towarzystwie sałatki greckiej




Smacznego!

środa, 1 lutego 2012

Pyszne gofry na śniadanie dla kochanej osoby.


Jakiś czas temu w naszym małym mieszkanku pojawił się nowy sprzęt.  To niesamowite narzędzie wodzi mnie na pokuszenie, ale i jest niesamowitym wyzwaniem. Myślę o gofrownicy.


Kto nie lubi gofrów? Może parę osób podniesie palec do góry, ale myślę, że gdy zadam to pytanie prędzej z tłumu ludzi usłyszę: "JA". Do tych właśnie miłośników gofrów należę. Kojarzą mi się one nierozerwalnie z dzieciństwem. Wakacje z rodziną nad polskim morzem, czy we wspanialej krainie tysiąca jezior mazurskich to nie tylko mnóstwo wspomnień, cudownych wrażeń, wiele odwiedzonych plaż, zamków, lasów, ale także: jedzenie. Trzeba mnie było widzieć na plaży w Giżycku. Gdy tylko się do niej zbliżaliśmy, ja już wymyślałam z czym dzisiaj zjem najpyszniejszego gofra pod słońcem. Ten zapach rozciągający się na kilkadziesiąt metrów, te kolorowe, świeże owoce, dżemy, sosy i oczywiście bita śmietana.
Dzisiaj najbardziej lubię gofry z budki po prostu z cukrem pudrem, bez żadnych dodatków. Kiedyś ubóstwiałam je z bitą śmietaną- z prawdziwej tłustej śmietany, nie gotową w sprayu, z dodatkiem świeżych owoców szczególnie jagód i truskawek....

Ech trochę się rozmarzyłam. Możecie mi wierzyć lub nie, ale w Giżycku nadal mają takie pyszne gofry w budkach przy wejściu na plażę, zaraz za torami kolei. Wiem bo wracałam tam już kilka razy już w trakcie wycieczek na własną rękę.
Gofry. Kojarzą mi się także z Holandią. Tam jadłam cudowne wręcz gofry belgijskie z cukrem. Wprost niebo w gębie. Mam nawet dowody :)  (sprzed ponad 2 lat)


Wyjaśnię teraz dlaczego gofry są dla mnie poniekąd wyzwaniem.
Ich skład jest prosty- mleko, mąka pszenna, cukier, szczypta soli, jajka, masło i nic więcej nie trzeba dodawać. A co jeśli dbamy by się zdrowo odżywiać, nie jeść za wiele węglowodanów prostych, a nadal marzymy o gofrach?


Otóż ja moje gofry przekształcam w zdrowe śniadanie. Inspiracja jest dla mnie książka która stoi na półce od kilku lat: "Słone i słodkie gofry. 70 nowych przepisów".


Wyzwanie numer 2. Dlaczego gofry domowe, nie są takie dobre jak te z budki? W 90% jest to wina gofrownicy. Żeby uzyskać takie gofry o jakich marzymy musimy się wyposażyć w dobry sprzęt o mocy co najmniej 700W - taką mamy w domu. Dla porównania- profesjonalne mają 1500W, czyli 2 razy więcej.

A oto mój przepis:

Owsiane gofry korzenne.



Składniki na około 6 wafli.

200 g mąki owsianej (można ją uzyskać mieląc płatki owsiane np. górskie),
50 g maki żytniej chlebowej (lub pszennej tortowej),
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
1 łyżka przyprawy do piernika
1 czubata łyżka drobnej kawy rozpuszczalnej
2 łyżki miodu (lub syropu z agawy) lub mniej
1 duże roztrzepane jajo
200 ml maślanki
pół szklanki oleju roślinnego
woda
olej

Podłącz do gniazdka gofrownicę, żeby się dobrze rozgrzała.
Wszystkie składniki- oprócz wody dokładnie miksujemy. Kolejność ich wrzucania nie jest ważna, po prostu jak już wszystko masz w misce, to wymieszaj razem dokładnie. Możesz użyć miksera, ale nie jest to konieczne.
Ciasto powinno być bardziej gęste niż naleśnikowe. Moje przeważnie jest dość gęste- zwłaszcza gdy używam mąki innej niż pszenna. Dlatego w przepisie znalazła się woda, którą trzeba po troszku dodawać, jeśli czujecie, ze ciasto jest za gęste. Mi czasem zdarza się pierwszego gofra wyrzucić na straty- ale tylko gdy ciasto jest zbyt rzadkie, więc nie przesadzajcie z tą wodą.
Nagrzaną gofrownicę smaruję pędzelkiem zanurzonym w oleju, aby gofry nie przywarły. Każdy z wafli smaży się ok 4 minut. Jeśli nie jestem pewna czy już się upiekł leciutko podnoszę pokrywę. Gdy gofr już swobodnie odchodzi od od naczynia i jest lekko zarumieniony, to znaczy, że jest gotowy. Przekładam go na kratkę żeby trochę wysechł. Gotowe!
Moje owsiane wafle są tylko lekko chrupkie, ale i tak przepyszne.

Oczywiście wersji gofrów może być mnóstwo, w różnych smakach i nawet kolorach. Ja też czasem wracam do tych tradycyjnych chrupkich na wierzchu i miękkich w środku, ale to zupełnie inna historia...
Nie żegnajcie się jeszcze z goframi na mojej stronie. Pojawią się tutaj nie raz.

Dodatki:
tym razem gofry pojawiły się w towarzystwie kremowego twarożku, klementynek, cząstek ananasa i domowego dżemu wiśniowego.

Smacznego!