czwartek, 18 października 2012

Tost. Historia chłopięcego głodu. Recenzja książki.

Pewnego jesiennego wieczoru zasiadłam z dzbankiem gorącej herbaty do lektury książki "Tost. Historia chłopięcego głodu" . Nie minęło zbyt wiele minut kiedy pochłonęła mnie ona totalnie, ale i tak musiałam wycofać się do kuchni po jakąś drobną przekąskę. Gdy już wszystko było gotowe, mogłam wreszcie uspokoić soki trawienne i skupić się na jej treści.




"Tost" to powieść autobiograficzna napisana przez felietonistę, dziennikarza, autora książek, który pisze o jedzeniu. Do stworzenia autobiografii zainspirowała go koleżanka- dziennikarka, namawiając do napisania krótkiego opowiadania do Observer'a. Tak właśnie wygląda "Tost", jak  zbiór opowiadań, które płynnie układają się w całość, opowiadając historię chłopca, który dorastał w Wielkiej Brytanii w latach 60-tych.

Nigel w niesamowicie swobodny, chłopięcy sposób opisuje czytelnikowi swoje dzieciństwo z matką, którą bardzo kochał i która nie potrafiła porządnie przygotować żadnej potrawy, z gruboskórnym ojcem, z którym nigdy nie mógł się dogadać i w końcu z macochą, która skutecznie uprzykrzała mu życie. "Tost" to nie jest urocza książeczka o małym chłopcu. Autor w dość frywolny, swobodny sposób obrazuje bardzo zabawne historie z dzieciństwa, liczne przygody seksualne, ale i samotność, śmierć matki, a w końcu także i ojca, wkraczanie w samodzielność i dorosłość.

Już po pierwszych stronach zachwycił mnie sposób w jaki napisana jest ta książka. Składa się ona z mini rozdziałów, z których każdy opatrzony jest tytułem związanym z jedzeniem. Nazwa wskazuje nam od razu o jakiej potrawie będzie w nim mowa. Tak na przykład zaczyna opowiadanie "Naleśniki":

"Mama nigdy nie zapominała o zrobieniu naleśników we wtorek przed Środą Popielcową.(...)
Mama smażyła cienkie naleśniki na poobijanej starej patelni, czarnej na zewnątrz i zajeżdżającej kiełbaskami. jedliśmy je z cukrem i sokiem z cytryny. uwielbiałem to, jak cukier nasączał się sokiem, ale nigdy do końca się nie rozpuszczał, więc miało się w ustach miękkiego naleśnika, chrzęszczący w zębach cukier i wyrazisty smak cytryny- wszystko naraz."


Wszystkie wspomnienia Nigela wiążą się z jedzeniem. Lekturę zaczynamy od przypalonego tosta, potrawy która miała obszerne miejsce w życiu chłopca i na kartach książki pojawi się jeszcze wiele razy. Opisy dań i ich przyrządzania przez matkę, ojca, macochę, samego Nigela i kucharzy z brytyjskich hoteli sprawiają, że czytelnik czuje w ustach posmak trifle z cherry, kaczki po bombajsku, brzoskwiniowej melby, grillowanego grapefruita, biszkoptu królowej Wiktorii i koktajlu krewetkowego ale i wykrzywia się czując zapach spalonego tosta, smak wysuszonego wędzonego łupacza, wielokrotnie odsmażanej ryby z hotelowej restauracji czy kożucha na sosie pieczeniowym. Niektóre posiłki przyprawiały chłopca wręcz o wymioty, na przykład: jajka( pod każda postacią), szklanka mleka, czy deser z tapioki. Z kolei inne, jak pudding z chleba i masła wiązały się z pięknymi i ciepłymi wspomnieniami.

"Nie można poczuć zapachu uścisku i nie można usłyszeć przytulania. Ale gdyby to było możliwe, sądzę, że znalezienie się w objęciach bliskiej osoby pachniałoby i brzmiało jak ciepły pudding z chleba i masła."

W Wielkiej Brytanii lat 60-tych pełno już było puszkowanego, sproszkowanego  gotowego do spożycia jedzenia. Paradoksalnie, mimo, że ojciec Nigela miał swoją ukochaną szklarnię i ogród, w którym uprawiał liczne rośliny, w jego domu też tak się jadało. Puszkowane owoce, warzywa, szynka, gotowe sosy, puddingi i inne podobne "udogodnienia". Niektóre produkty były jednak w ich kuchni zabronione i to nie ze względów zdrowotnych, tylko dlatego, że rodzice uważali je za "zbyt pospolite". Do tej grupy zaliczali między innymi chipsy, pieczoną fasolkę z puszki, rybę z frytkami w gazecie, puree z groszku, mleko skondensowane i krojony chleb w plastikowym opakowaniu. Autor nie daje nam tak na prawdę poznać do końca swoich rodziców. Wiemy o nich niewiele, podobnie jak o starszych braciach i reszcie rodziny. Nigel pojawił się w ich życiu dość późno, jego ojciec miał już 50 lat, gdy chłopiec pojawił się na świecie. Dało się wyczuć, że w oczach ojca nie spełniał on stawianych przed nim wymagań, był chuderlawy, niedostatecznie męski, interesował się kobiecymi sprawami, miał niewielu kolegów.


Czytając "tost" zaczęłam się sama zastanawiać jakie potrawy wiążą się z moim domem, co pamiętam najlepiej, jakie potrawy wspominam miło, a jakie z odrazą. Tak samo jak Nigel rozcierałam masło z mąką do przygotowania kruchego ciasta i razem z mamą wykładałam je na dno formy, nakłuwałam widelcem przed pieczeniem. Wspólne gotowanie z rodzicami, to coś czego się nigdy nie zapomina. Gdy w życiu Nigela pojawiła się macocha nic już nie było takie słodkie, domowe i przyjemne. Od tego momentu czuł się co raz bardziej samotny i niechciany. Wtedy nawet wspaniale przygotowane przez panię Potter dania nie smakowały tak jak powinny, bo nasączone były goryczą niechęcią i zawiścią. Szukał więc sposobów by wymknąć się z domu na dłużej, dzięki czemu zaczął praktykę w restauracji hotelowej i uczęszczał na zajęcia z gotowania. Uciekał też w kontakt z naturą, samotne czytanie przepisów kulinarnych, ale nie tylko...


Nigel nie mógł chodzić w nieodpowiednie miejsca, co nie znaczy, że tego nie robił. W pewnym momencie jego codziennym nawykiem stały się wieczorne spacery...

"Łapałem czekoladki z orzechami włoskimi, brałem psa i ruszałem na spacer. W piątki i soboty działo się najwięcej, więc musiałem wymyślać historyjki o psie ociągającym się z "załatwieniem swoich spraw", żeby usprawiedliwić coraz dłuższe wypady. Pewnego razu gdy wyglądało na to, ze pasażerowie wszystkich samochodów są akurat w trakcie, nie wracałem bardzo długo."


Wiele pikantnych scen pojawia się też w dalszej części książki, ale zostawiam je dla waszej ciekawości. :)

Książkę "Tost. historia chłopięcego głodu" warto przeczytać z wielu powodów. Autor zaprasza nas w niej do swojego świata, do Wielkiej Brytanii sprzed wielu lat, która dzięki niemu staje nam się bliższa. Opowiadania są bardzo ciekawe, autentyczne, jakby pisane przez małego chłopca, który po prostu przeniósł się w czasie. Wraz z Nigelem odkrywamy świat i delektujemy się nim. Widzimy jak w autorze rodziły się zmysł smaku, miłość do gotowania i serwowania potraw oraz talent do opowiadania o jedzeniu.
Lektura "Tosta" nie jest nudna i mdła a wręcz przeciwnie jest pikantna i ekscytująca, a do tego  apetyczna, pachnąca i o wyśmienitym smaku. Ta książka bawi, wzrusza i rozbudza wyobraźnię. Polecam ją każdemu, zwłaszcza wykwintnym smakoszom i wielbicielom gotowania i jedzenia.

Czytając "Tost" wypiłam kilka litrów herbaty, by uspokoić żołądek, który głośnym krzykiem domagał się wszystkich opisanych przez Nigela pyszności. Ale jakże cudownie było schrupać i ten przypalony i ten chrupiący, nasączony masełkiem i posmarowany cienką warstwą dżemy TOST.

Cytowane fragmenty pochodzą z książki "Tost. hostoria Chlopięcego głodu", wydanej w 2011 roku, nakladem wydawnictwa carta blanca.




wtorek, 16 października 2012

Chleb graham z siemieniem lnianym na zakwasie z okazji Światowego Dnia Chleba


Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Chleba. W związku z akcją organizowaną międzynarodowo przez Kochtopf postanowiłam napisać o moim skromnym zakwasowym chlebku.

Chleb jest ważny w życiu ludzi na całym świecie. Nie zawsze występuje on w takiej postaci, jaka my znamy. W niektórych kulturach, rejonach świata przygotowuje się równego rodzaju placki chlebowe, ale ich idea i przeznaczenie jest podobne. Towarzyszy on nam praktycznie każdego dnia i jest nieodłącznie związany z kulturą narodów. Ludzie w każdym państwie, a nawet w każdym regionie mają swoje tradycyjne przepisy na przygotowanie domowego pieczywa. Od pewnego czasu pieczenie własnego pieczywa stało się bardziej popularne, można powiedzieć, ze modne. Myślę, że ten fakt związany jest z kiepskim jakościowo, nadmuchanym pieczywem jakie często spotykamy w wielu sklepach.
Wywodzi się to też z zakorzenionej w nas głęboko potrzebie delektowania się pachnącym, puszystym, wilgotnym chlebem o chrupiącej skórce.  Poza tym nic na świecie nie jest w stanie zastąpić zapachu świeżo upieczonego chleba, tego pragnienia, by oderwać sobie kawałek jeszcze gorącej, chrupiącej skorki i pochłonąć ją ze szklanką zimnego mleka.


Każdy z nas ma swoje ulubione pieczywo. Niezależnie czy jest to puszysta francuska bagietka, czy brioszka,  włoska ciabatta, chlebek razowy, wieloziarnisty, żytni, litewski, staropolski... wiemy kiedy i w jakiej formie smakuje najlepiej. Ja szczególnym uczuciem darzę chleby na zakwasie z pełnego ziarna. Od kilku miesięcy mogę chwalić się domowym pieczywem wypiekanym na moim osobistym, wypieszczonym zakwasie.
 Lubię każdy moment przygotowywania chleba, zarówno dokarmianie zakwasu, przygotowywanie masy chlebowej, ugniatanie, obserwowanie wyrastania, czekanie podczas pieczenia i przede wszystkim wyjmowanie gotowego wypieku z piekarnika. A na koniec kocham radosną minę mojego ukochanego, który nie może się już doczekać, by chleb przestygł i by mógł zjeść swoją pierwszą kromkę z samym miodem :)


Pin It
Chleb graham z melasą i siemieniem lnianym na zakwasie

składniki:

300 g maki pszenej pełnoziarnistej
200 g maki pszennej białej
150 g zakwasu dokarmionego 10h wcześniej
200 ml wody
1/3 szklanki siemienia lnianego
1 łyżeczka soli
1 łyżka melasy trzcinowej (lub miodu gryczanego)
1/2 łyżeczki drożdży w proszku

Siemię lniane zalewamy w szklance gorącą wodą- tak by przykryła nasionka i odstawiamy pod przykryciem na 20 minut.
W misce łączymy obie mąki, drożdże, sól, dodajemy aktywny zakwas, namoczone siemię lniane i melasę. Następnie dolewamy wodę i dokładnie mieszamy.  Ciasto na początku mieszamy łyżką a później wyrabiamy ręcznie. Masę musimy trochę porozciągać i pougniatać i nawet jeśli na początku się trochę lepi, to szybko zacznie odchodzić od dłoni. Nie musimy wyrabiać go długo, wystarczy jakieś 5 minut.

Masę chlebową odstawiamy pod przykryciem, do wyrośnięcia w miejsce ciepłe, bez przeciągów. Ja wstawiam je do piekarnika w którym zapalam tylko światło. Zapominamy o nim na 2-2,5 godziny.

Gdy ciasto wyraźnie urośnie wyjmujemy go na stolnicę i jeszcze chwilkę ugniatamy. Następnie formujemy z niego bochenek i obtaczamy go w otrębach żytnich i wkładamy do formy do pieczenia. ja użyłam keksówki wyłożonej przez długi brzeg papierem do pieczenia. Chlebek odstawiamy do wyrośnięcia na ok 1 godzinę.

Kilka minut przed pieczeniem rozgrzewamy piekarnik do temperatury 220 st.C (oczywiście bez chlebka w środku). Chleb wstawiamy do rozgrzanego piekarnika razem z foremką wypełnioną kilkoma kostkami lodu. To sprawi, ze chleb będzie bardziej wilgotny. Pieczemy w tej temperaturze przez 10 minut, po czym zmniejszamy ja do 200 st.C i pieczemy jeszcze przez 1 godzinę.

Po wyjęciu z piekarnika chleb sprawdzamy przez ostukanie go od spodu. Jeśli wydaje pusty odgłos, znaczy, ze jest gotowy. Odstawiamy go do całkowitego ostygnięcia.

Chleb na zakwasie trzymamy w papierowej lub materiałowej torbie w chlebaku. Utrzymuje świeżość przez tydzień,

Smacznego!

poniedziałek, 15 października 2012

Pieczone kotlety warzywne z brukselki oraz kilka słów o tym jak nie marnować jedzenia.

Od dawna, właściwie chyba od zawsze, bliska mi jest idea nie marnowania jedzenia. Gdy oglądam programy, wywiady prezentujące ile jedzenia jest codziennie wyrzucane do śmieci, to łapię się z niedowierzaniem za głowę. Ten problem dotyczy nie tylko gospodarstw domowych, ale także restauracji, stołówek, supermarketów i innych sklepów a także samych producentów i dystrybutorów żywności.

Człowiek we współczesnym świecie produkuje o wiele ton jedzenia za dużo w stosunku do tego ile jest w stanie zjeść. Nie mówimy tu przecież o kilku zgniłych owocach czy warzywach, czy zapleśniałym kawałku chleba raz na jakiś czas. Mówimy o tonach (!!) warzyw i owoców, które już na starcie są wyrzucane bo nie spełniają odpowiednich kryteriów- kształtu, wielkości itp. Mówimy o wyrzuconych kilogramach mięsa, do produkcji którego zużywa się niesamowite zasoby energii. Mówimy o wielu bochenkach chleba, które trafiają na śmietnik następnego dnia po upieczeniu. Mówimy o tonach odpadków żywieniowych, sałatkach, zupach, mięsach, ciastach, które są wyrzucane przez restauracje i jadłodajnie. Mówimy o niewyobrażalnych ilościach odpadów z przeterminowaną żywnością jakie trafiają z supermarketów na wysypiska.

Dlaczego tak się dzieje? Bardzo wiele problemów z gospodarką żywieniową wiąże się z przepisami prawnymi. Zabraniają one lub ograniczają możliwość na przykład rozdawania jedzenia. Każdy z nas słyszał chyba o piekarzu, który przez to ze przez wiele lat dokarmiał ubogich i bezdomnych chlebem, który i tak by wyrzucił, musiał zamknąć swoją piekarnię, bo dzięki urzędowi skarbowemu zbankrutował. Kolejnym absurdem są restrykcje dotyczące sprzedaży warzyw i owoców- aby były dopuszczone do sprzedaży muszą mieć odpowiedni kształt, zabarwienie, wielkość. Winni jesteśmy my sami, jeśli kupujemy za dużo jedzenia i nie jesteśmy w stanie go zużytkować. Winowajców jest jeszcze wielu, ale  nie szukajmy ich po całym świecie, skupmy się raczej na własnym podwórku.

Co ja, ty, my możemy zrobić by zapobiec marnowaniu jedzenia, a przy okazji wody i energii? Przede wszystkim musimy planować nasze posiłki. Nie kupujmy wszystkiego co nam wpadnie pod rękę w supermarkecie, czy na targu. Na zakupy powinniśmy iść przynajmniej z jakimś ogólnym zarysem menu na następne dni. Sprawdzajmy daty ważności produktów, które wkładamy do koszyka, by nie okazało się, że nie zdążymy ich zjeść. Nie kupujmy nigdy "na zapas". Nie kupujmy wielkich opakowań, jeśli nie damy rady ich zużyć w odpowiednim czasie. Minęły już czasu, gdy do sklepów "rzucali" szynkę czy pomarańcze. Dziś mamy dostęp do każdego rodzaju jedzenia na co dzień.

Co możemy zrobić z jedzeniem, które już leży w lodowce, czy spiżarni? Prawie wszystkie warzywa i owoce z powodzeniem możemy przerobić na przetwory. Przy odrobinie chęci i wysiłku nie tylko zużyjemy zapasy, a także zaoszczędzimy trochę pieniędzy, na kupowaniu gotowych słoiczków ze sklepu. Praktycznie każde mięso i podroby możemy zamrozić, lub ugotować dla naszych zwierzaków- psów i kotów. Wszelkie produkty sypkie, by zapobiec ich zepsuciu, trzymamy w szczelnie zamkniętych opakowaniach. Sery i wędliny, które są zapakowane w folię od razu z niej wyjmujemy i pakujemy w pergamin. Chleb również nie powinien dłużej leżeć opakowany plastikiem. Najlepiej włożyć go do materiałowej lub papierowej torby, a dopiero wtedy ewentualnie do reklamówki. Zwracajmy uwagę na to jak przechowuje się konkretne produkty, nie pakujmy wszystkiego z przyzwyczajenia do lodówki. Z kolej otwarte opakowania z dżemem, piklami, musztardą itp- trzymajmy w lodówce. Ponadto, raz na kilka dni róbmy przegląd w lodówce- spiżarni w celu kontroli przydatności pożywienia, jakie tam się znajduje. Zużywajmy najpierw to, co może się najszybciej popsuć.

Zachowujmy resztki z posiłków. Ziemniaki, kasze, warzywa, mięso, sosy, które nie znalazły miejsca na naszym talerzu, nadal możemy wykorzystać i skonstruować  z nich dobry i zdrowy posiłek.
Jedzeniem możemy się poza tym dzielić. Każdy z nas na pewno zna rodzinę, w której się nie przelewa, może wśród znajomych, w pracy, może między sąsiadami. Trzeba tylko znaleźć w sobie odwagę i chęć by zaproponować im jedzenie, którego mamy w nadmiarze. Myślę oczywiście tylko o takich produktach, które nadają się do spożycia. W ten prosty sposób, przy okazji mogą pojawić się w naszym życiu nowi przyjaciele, znajomi, życzliwi nam sąsiedzi.

Każdy z nas może coś zrobić. Zacznijmy od własnej lodówki, domu, rodziny, czy swojego osiedla a może będziemy w stanie zdziałać o wiele więcej i mierzyć o wiele wyżej. Pomocne w tym temacie będą nam liczne strony internetowe np. Banków Żywności, kampanii "Nie marnuj jedzenia. Myśl ekologicznie", książka "Ekonomia Gastronomia" a także liczne źródła zagraniczne tj: www.lovefoodhatewaste.com; http://www.wedontwaste.org/ i inne.

Polecam obejrzeć krótki i bardzo ciekawy referat Tristram'a Stuart'a: The global food waste scandal. Dostępny pod tym linkiem: http://www.ted.com/talks/tristram_stuart_the_global_food_waste_scandal.html

W ramach przetwarzania jedzenia pozostałego z domowych posiłków polecam wam przepis na wegetariańskie kotlety. Do ich przygotowania użyłam ugotowanej poprzedniego dnia brukselki, resztki sera,  papryki, czerstwej bułki i kaszy z kolacji. Tego typu kotleciki mogą powstać przy użyciu bardzo rożnych warzyw, kasz i sera. Moje kotleciki wyszły niesamowicie pyszne i aromatyczne, z chrupiącą skórką i mięciutkim wnętrzem. Musicie tylko uruchomić wyobraźnię i do dzieła!


Pieczone kotlety z brukselki z papryką i serem

Składniki:
200 g ugotowanej brukselki
50 g cebuli
50 g czerwonej papryki
70 g sera korycińskiego (lub fety, czy sera żółtego)
1 czerstwa kajzerka
100 g ugotowanej kaszy jęczmiennej
1 małe jajko
natka pietruszki
2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki oliwy lub oleju
pieprz, ziola do smaku
ew. bułka tarta

Ugotowaną brukselkę wrzucamy do malaksera i chwilę miksujemy. Paprykę kroimy na małą kostkę. Cebulę drobno siekamy. Ser kroimy w małą kosteczkę.
Kajzerkę zalewamy w misce gorącą wodą i dociskamy obciążonym talerzem. gdy już namięknie, odciskamy ją z nadmiaru wody i rozdrabniając między palcami, dodajemy do brukselki. Wrzucamy do nich przygotowane warzywa kaszę i ser. Doprawiamy dużą ilością natki pietruszki, pieprzem i ulubionymi ziołami. Mieszamy wszystko z oliwą i sosem sojowym. Masę najlepiej ugnieść rękoma. Jeśli mokrymi dłońmi nie możemy utworzyć z niej kotlecików, dodajemy po trochu bułki tartej, która zwiąże lepiej masę.

Kotleciki układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 st.C. i pieczemy ok 30 minut. Po 15 minutach wyjmujemy blachę z piekarnika i ostrożnie, podważając drewnianą szpatułką, przewracamy je na drugą stronę.

Kotlety możemy zjeść od razu na przykład z prostym sosem pomidorowym i pieczonymi ziemniakami. Te, które zostaną przechowujemy w pojemniku w lodówce, lub zamrażamy by użyć je za jakiś czas.

Smacznego!

sobota, 13 października 2012

Placki dyniowo marchewkowe na ostro z nuta naturalnej słodyczy.

Sezon dyniowy i marchewkowy w pełni. Czytałam niedawno artykuł na Polska Gotuje (gdzie sama tez trochę publikuję) o wartościach odżywczych dyni. Zawsze wiedziałam, że jest pyszna ale nie zdawałam sobie sprawy z tego że również aż tak zdrowa. Jakiś czas temu interesowałam się dietą nisko-węglowodanową, lub całkowicie redukującą węglowodany. Wyklucza ona spożywanie dyni, gdyż ma wysoki indeks glikemiczny. Jest wielu propagatorów takiej diety, pewnie tyle samo co przeciwników. ja osobiście jestem przeciwna redukowaniu węglowodanów w codziennym jadłospisie. Myślę, że wszystkie składniki pokarmowe i odżywcze są człowiekowi potrzebne, także gdy się odchudza. Widziałam jakie efekty daje dieta nisko-węglowodanowa. na pewno szybko traci się na wadze, ale nie oszukujmy się, równie szybko ta waga wraca gdy zaczynamy jeść "normalnie".

Ja niestety należę do osób, które stale muszą uważać co jedzą. Żadna dieta się jednak w moim przypadku nie sprawdza. Po pierwsze za bardzo kocham jeść, po drugie za bardzo lubię gotować :) Jedyne co mogę zrobić, to sprawić by moje posiłki były zróżnicowane- część bardzo niskokaloryczna, bardzo zdrowa, z wieloma warzywami, pełnymi ziarnami zbóż itp. Czasem oczywiście pozwalam sobie na odrobinę przyjemności w postaci croissantów, lodów, ciast i ciastek. Omijam szerokim łukiem cukiernie- słodkości przygotowuję w domu- no może oprócz lodów, bo nie dorobiłam się maszynki do ich wykonywania.

Zmierzam do tego, że moja dieta, to obserwacja mojego ciała. ono dobrze wie czego mu potrzeba i kiedy ma dość, muszę go tylko uważnie słuchać. Wiem, co mi szkodzi, po czym czuję się ociężała i co zawiera tylko puste kalorie i to usuwam z codziennego menu.

Ponadto, pomagam sobie dużą ilością ruchu, czasu spędzonego aktywnie na świeżym powietrzu, ćwiczeniami w domu, pływaniem na basenie. To również, podobnie jak jedzenie i gotowanie daje mi dużo przyjemności i satysfakcji. Bardzo tęsknie, tutaj w Czechach, za moim ulubionym fitness clubem i jednym z instruktorów, który prowadził step dla zaawansowanych, ćwiczenia ze sztangami i inne zajęcia kondycyjne, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Dziś proponuję pyszne placuszki z dyni i marchewki. Dodatek chilli powoduje, że są one lekko pikantne, a dynia nadaje im naturalną słodycz. Przygotowanie jest bardzo proste. Stopień ostrości regulujemy przez dodanie większej ilości chilli, czosnku i imbiru- według uznania. Jeśli jakieś placuszki nam zostaną, możemy je przechowywać w lodowce i odgrzać w piekarniku.

Ten przepis znalazł się również na stronie www.niemarnuje.pl w mojej zakładce (tu). W ten sposób wspieram akcję "NIE MARNUJ JEDZENIA. MYŚL EKOLOGICZNIE"

Pin It
Placki dyniowo marchewkowe z chilli

składniki:
(dla 2-3 osób)

300 g dyni
150 g marchewki
1 średnia cebula
1 ząbek czosnku
1/2 chilli
3 cm kawałek imbiru
2/3 szklanki pełnoziarnistej mąki orkiszowej
2 jajka
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżeczka przyprawy "5 smaków" ( anyż gwiazdkowaty, cynamon, goździki, kardamon, ziarna kopru włoskiego.)
2 łyżki oliwy

Dynię i marchew ścieramy na tarce o grubych oczkach. Imbir obieramy i również ścieramy. Cebulę kroimy w piórka. Czosnek i chilli (ja nie używam pestek) drobno siekamy.

Wszystkie składniki łączymy w jednej misce. Dobrze rozgrzewamy patelnię do naleśników, lub inną o grubym dnie. Placki smażymy przez kilka minut z każdej strony, bez tłuszczu, na suchej patelni.

Aby wszystkie placki były ciepłe gdy będziemy je podawać, te usmażone układamy w żaroodpornym naczyniu skropionym oliwą i trzymamy w lekko nagrzanym piekarniku.

Placki podałam z sosem tzatziki. Świetnie będą smakować z gęstym jogurtem, lub sosem chilli.

Smacznego!

środa, 10 października 2012

Ciastko z gruszką vel babeczka z ogonkiem. Jesienne gotowanie z Ricardo.



Bardzo brakuje mi telewizji "Kuchnia". Gdy tylko wracam do domu, pierwszy kanał jaki włączam na moim telewizorze to właśnie Kuchnia+ Oglądam w niej wiele programów, z których większość jest bardzo interesująca. Niepowtarzalny Jamie w wielu odsłonach,programy Tomka Jakubiaka, Bożeny Sikoń, Bithin Kitchen a także różne filmy i seriale dokumentalne. Teraz pojawia się tam również program Karola Okrasy, którego bardzo cenię i lubię. W przeszłości widywałam Grzesia Łapanowskiego, cudownego młodego kucharza z wielkim sercem i masą pozytywnej energii. Pamiętam tez program pewnego Kanadyjczyka Ricardo Larrivée: Ricardo and Friends. Dziś, to jedyny program kulinarny jaki oglądam w TV bo właśnie leci w czeskiej telewizji "Love". Dzięki temu przypominam sobie niektóre fajne i proste przepisy i mogę przynajmniej w ten sposób popatrzeć na telewizję kulinarną :) Przepis który wykorzystałam jest zainspirowany odcinkiem "In season cooking" gdzie pojawiły się Caramelized Carrots and Pears, Mustard-Roasted Chicken, Pear Spice Cake, Squash and Shrimp Bisque. Zarówno marchewki, dynia jak i gruszki są często obecne w mojej październikowej kuchni. 

Niedaleko naszego mieszkanka, na skraju lasu znalazłam wielką drzewo pełne gruszek ulęgałek. Nazbierałam ich prawie 2 kilogramy i zaczęłam kombinować co by z nimi zrobić. Jak wiadomo, ulęgałki na surowo są raczej niesmaczne, ale gdy się je trochę dopieści, stają się przepyszne. Ricardo do swojego przepisu na korzenne ciasto z gruszkami użył dużych gruszek i upiekł je w jednej średniej wielkości formie. Ja pokusiłam się o przygotowanie 4 oddzielnych porcji ciasta w kokilkach z jedną średniej wielkości gruszką po środku. Efekt smakowy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Już przy pierwszym kęsie wyłania się aromat przypraw korzennych, a puszyste i nasączone ciasto wprost rozpływa się w ustach. Do tego jędrna i słodka gruszka w samym środku... po prostu poezja smaku. Do tego gałka lodów waniliowych z orzechami włoskimi i w oka mgnieniu przenieśliśmy się do słodkiego nieba pełnego rozkoszy...

Lubię się tak dopieszczać jesienią...





Ciastko z gruszką vel babeczka z ogonkiem

składniki na 4 porcje:

4 małe gruszki (ja użyłam ulęgałek o wysokości ok 5 cm)
1/2 litra wody
1/2 szklanki cukru
2 goździki
mały kawałek kory cynamonowej

3/4 szklanki mąki orkiszowej
1/2 szklanki mąki kukurydzianej
1 łyżeczka proszku do pieczenia

szczypta soli
1/2 szklanki margaryny
1/3 szklanki brązowego cukru
1 jajko

1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki utłuczonych goździków
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
ok 80-100 ml syropu z gotowania gruszek



Gruszki obieramy i odcinamy im "wąsiki" na spodzie. Jeśli dacie radę, możecie od spodu wydrążyć nasiona, ale ja pominęłam ten krok. W rondelku zagotowujemy wodę z cukrem i przyprawami, po czym wrzucamy do niej gruszki. Na średnim ogniu gotujemy je przez ok 5 minut, uważając by się nie rozgotowały. Gruszki odcedzamy, a syrop zachowujemy.

Mąki mieszamy z proszkiem do pieczenia, przyprawami i szczyptą soli.
Margarynę ubijamy mikserem aż będzie puszysta. Dalej ubijając dodajemy cukier i mieszamy aż się dobrze połączą, wbijamy jajko i dalej miksujemy. Zmniejszamy obroty i po trochu wrzucamy do masy sypką mieszankę na zmianę z syropem z gotowania gruszek, aż do uzyskanie odpowiedniej konsystencji. Masa nie powinna być rzadka, ale też nie bardzo gęsta.

Piekarnik rozgrzewamy do 180'C
Kokilki smarujemy dokładnie margaryną i obsypujemy mąką kukurydzianą. Do każdej nalewamy 2 łyżki ciasta po czym układamy na środku ugotowaną gruszkę. Dopełniamy każdą kokilkę masą do 3/4 wysokości.  Wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy przez ok 30-40 minut. Sprawdzamy babki przez wbicie patyczka obok gruszki. Jeśli jest suchy, to babeczki są już gotowe.

Studzimy całkowicie nasze małe ciasta po czym wbijamy kilka razy naokoło patyczek przebijając ciasto do samego dna. Następnie nasączamy babki 2 łyżkami  pozostałego syropu gruszkowego. Można je jeść od razu, ale dobrze jest chwilkę poczekać, by syrop dobrze wsiąkł w ciasto.

Polecam podawać babeczki z gruszką w towarzystwie gałki lodów, lub jeśli wieczór jest chłodny i nieprzyjemny- z grzanym, korzennym winem.

Smacznego!

wtorek, 9 października 2012

Wegetariański pasztet z soczewicy i warzyw na zdrowe śniadanie.

Śniadanie to bardzo ważny posiłek. Daje nam energię na początek dnia, gdy spieszymy do pracy, czy szkoły. Porządna dawka złożonych węglowodanów, zastrzyk witamin i mikroelementów w połączeniu z ciepłą herbatą to coś co każdy z nas rano potrzebuje. Dla mnie śniadania są bardzo ważne, nigdy nie wychodzę z domu jeśli przynajmniej czegoś nie przekąszę i nie napiję się ciepłej herbaty. Poza tym nigdy nie jem w pośpiechu, wolę wstać kilka minut wcześniej, by złapać trochę oddechu, pozwolić mojemu zaspanemu umysłowi i ciału obudzić się w swoim tempie.

Nie lubię monotonii, także jeśli chodzi i śniadania. Nie mogłabym codziennie jadać kanapek, czy płatków z mlekiem. Urozmaicam mój i mojego ukochanego poranny posiłek na wszelkie sposoby. Kto obserwuje mojego bloga wie, że pod tagiem Śniadania kryją się pyszne gofry, pełnoziarniste ciasteczka, pasty do chleba i samo pieczywo właśnie.

 Tym razem przygotowałam pasztet z soczewicy z warzywami. Jego przygotowanie jest bardzo proste, a co więcej, możecie dodać do niego różne gotowane warzywa jakie mamy w lodówce- np. z poprzedniego obiadu. Można go również dowolnie doprawiać ulubionymi przyprawami i ziołami. Jako bazę wybrałam soczewicę, gdyż gotuję się ją bardzo szybko, a do tego ma mnóstwo wartości odżywczych- dużo białka, wapń, fosfor, karoten i kwas foliowy. Po upieczeniu i wystudzeniu pasztet ma zwartą konsystencję, jest miękki i aromatyczny. Łatwo się go kroi by ułożyć na kromce dobrego chleba, czy bułeczce. Świetnie smakuje z plasterkiem pomidora, czy kiszonym ogórkiem.

I niech mi ktoś jeszcze raz powie, ze śniadanie jest nudne, a kanapka bez szynki niesmaczna... :)




Wegetariański pasztet z soczewicy i warzyw

Składniki:
1 szklanka soczewicy
1 duża marchewka
1/2 chilli
2 ząbki czosnku
1/2 cebuli
100 g brokuła
3 łyżki oliwy
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka curry
1 sucha bułka kajzerka, starta
1/2 szklanki natki pietruszki
1 łyżeczka majeranku
sól, pieprz do smaku



Soczewicę zalewamy ciepłą wodą i odstawiamy na godzinę, ale jeśli nie masz czasu czekać, możesz ten krok pominąć. Soczewicę odcedzamy i gotujemy w świeżej wodzie z dodatkiem curry do miękkości. Marchew i brokuła gotujemy na parze do miękkości. Możecie również wykorzystać te lub inne warzywa, jeśli zostały wam z przygotowywania innych potraw.
Cebulę, chilli i czosnek szatkujemy i smażymy na wolnym ogniu do miękkości.

Ugotowaną soczewicę mielimy lub miksujemy razem z ugotowanymi warzywami. Dodajemy podsmażoną cebulę z czosnkiem i chilli, majeranek, poszatkowaną natkę pietruszki, pieprz i sos sojowy oraz startą suchą bułkę. Jeśli trzeba doprawiamy jeszcze masę do smaku, gdyż powinien on być wyrazisty.

Piekarnik rozgrzewamy do 180;C. Formę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia. Ja użyłam keksówki i wyłożyłam ją papierem przez dłuższy bok. Masę przekładamy do formy, wyrównujemy i pieczemy 35 minut. Po wyjęciu z piekarnika odstawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Pasztet przechowujemy w lodówce, na pewno nie zepsuje się przez kilka dni, a nawet tydzień.

Smacznego!

Ten przepis znalazł się również na stronie www.niemarnuje.pl w mojej zakładce (tu). W ten sposób wspieram akcję "NIE MARNUJ JEDZENIA. MYŚL EKOLOGICZNIE"
Jak podkreślałam wyżej, do przygotowania pasztetu możecie użyć różnych gotowanych warzyw z obiadu, a także resztki kasz, czy past fasolowych. To bardzo fajny sposób na przerobienie resztek w myśl  zapobiegania marnowaniu jedzenia.

poniedziałek, 8 października 2012

Warsztaty ze Szkołą na Widelcu. Sałatki ze świeżych warzyw i owoców.

Tydzień temu w piękne sobotnie popołudnie zgromadziliśmy się my- osoby zaangażowane w działalność Slow Food, pasjonaci zdrowego odżywiania, pełni zapału i chęci do zmiany sposobu myślenia dorosłych, ale przede wszystkim dzieci o jedzeniu. Pojawiły się przy naszych stołach także dzieci, które miały poznać z naszą pomocą tajniki przygotowywania zdrowych sałatek z surowych, świeżych sezonowych warzyw.



Warsztaty zostały zorganizowane pod patronatem Szkoły na Widelcu. Szkoła na Widelcu to projekt, który realizowany jest w polskich przedszkolach i szkołach a ma on na celu dotarcie do szkolnych stołówek i sklepików, zmianę dziecięcych jadłospisów na lepsze, zdrowsze, a także rozbudzenie świadomości zdrowego odżywiania w dzieciach, rodzicach, osobach pracujących w szkole.


Ta idea jest mi bardzo bliska. Kilka lat pracowałam w przedszkolach i szkołach, więc wiem jak wyglądają posiłki, które dzieci spożywają na co dzień. Mam kontakt z wieloma osobami, które opisywały mi swoje obserwacje dotyczące żywienia dzieci w różnych placówkach oświatowych. Wiem, że nie jest dobrze...

Sama, jako wychowawczyni prowadziłam z moimi uczniami zajęcia kulinarne. W ramach lekcji przygotowywaliśmy wspólnie zdrowe posiłki pełne warzyw, owoców, białka. Sprawiały one dzieciom i mi również, nie lada przyjemność. Widziałam uśmiechnięte a zarazem  pełne skupienia buzie dzieci gdy często po raz pierwszy w życiu mogły samodzielnie przygotować kanapkę, kolorową pastę do chleba, sałatkę czy ciasteczka. Te chwile były bezcenne dla mnie i dla nich.



Od niedawna staram się aktywnie angażować w warsztaty prowadzone przez Slow Food i Szkołę na widelcu. Ostatnio spotkaliśmy się z dziećmi na Integracyjnych Spotkaniach Kulinarnych w Parku Szczęśliwickim w Warszawie. Mimo pierwszych chwil napięcia, małych problemów organizacyjnych o godzinie 11 byliśmy zwarci i gotowi do pracy.



Celem tych warsztatów było zachęcenie dzieci do przygotowywania sałatek ze świeżych warzyw i owoców. W ramach wstępu Pani Zuza przekazała nam kilka ważnych informacji i ciekawostek na temat bohaterów naszego spotkania, czyli kalafiora, brukselki i selera. Wiedzieliście na przykład, że kapusta brukselska- czyli brukselka powstała z połączenia kapusty główkowej i jarmużu? A obiło wam się kiedyś o uszy, że w starożytnej Grecji z liści selera pleciono wieńce na zwycięzców igrzysk?




Po krótkim wstępie przystąpiliśmy do pracy. Przywdzialiśmy fartuszki, umyliśmy rączki, podwinęliśmy rękawy i zabraliśmy się za zieleninę.  Niektórzy nie dowierzali że warzywa i owoce można łączyć w jedną sałatkę, ale szybko przekonali się ze jest to możliwe.


Na naszym stole w szybkim i sprawnym tempie pojawiły się 3 sałatki, które niniejszym po krotce przedstawię. Celowo nie precyzuję ilości składników, by każdy mógł sobie skomponować sałatkę według własnego gustu.







Sałatka z surowego kalafiora


kalafior
słodkie śliwki
kolorowe pomidorki koktajlowe
gruszka
sos: jogurt naturalny, chilli, imbir, natka pietruszki, ziarna słonecznika, oliwa z oliwek, sól, pieprz

Kalafior dzielimy na malutkie różyczki i wrzucamy do dużej miski. Śliwki pozbawiamy pestek i kroimy na mniejsze kawałki- na jeden kęs. Pomidorki koktajlowe kroimy na pół, lub na 4 jeśli są większe. Gruszkę obieramy, pozbawiamy pestek, kroimy na male kawałki. Wszystkie warzywa i owoce łączymy w dużej misce. Sos przygotowujemy w blenderze. Wrzucamy do niego wszystkie składniki- z przewagą jogurtu, słonecznika i oliwy i niewielką ilością chilli i obranego świeżego imbiru. Dorzucamy garść natki pietruszki, miksujemy, próbujemy doprawiamy solą i pieprzem i gotowym sosem polewamy sałatkę.


Sałatka z brukselki

brukselka
słodkie śliwki
sok z cytryny
oliwa z oliwek
miód
sól, pieprz

Surową brukselkę kroimy na bardzo małe kawałeczki lub rozdrabniamy przy pomocy robota kuchennego. Śliwki pozbawiamy pestek i kroimy na male kawałki. Całość mieszamy i doprawiamy sokiem z cytryny, oliwą z oliwek solą, pieprzem i niewielką ilością miodu naturalnego.

Sałatka z selera  
seler korzeniowy
jabłka
żurawina suszona
opcjonalnie: jagody Goji
sok z cytryny
miód

Korzeń selera oraz jabłka obieramy i ścieramy na drobnej tarce. Od razu skrapiamy sokiem z cytryny i mieszamy. Dodajemy żurawinę i łyżkę miodu naturalnego oraz opcjonalnie jagody Goji.





Na każdym etapie przygotowywania sałatek dzieci miały wpływ a proporcje składników jakie ze sobą mieszaliśmy. Oceniając po kolorze, po smaku, dodawaliśmy więcej śliwek, pomidorków, czy soku z cytryny, oliwy. Mali kucharze mieli świadomość, że przygotowana przez nich potrawa to ich wspólne dzieło. W większości bardzo chętnie wcinali swoje sałatki, choć na początku spotkania część z nich twierdziła, że "tego nie lubi", "tego nie będzie jadła". Własnoręczne dzieło, zawsze smakuje najlepiej :)


Dzieci bardzo chętnie dzieliły się także sałatkami z rodzicami. Pojawiały się między nimi opinie, że nie do końca wierzyli, że sałatki będą tak dobre i będą smakować dzieciom. Słyszeliśmy  glosy w stylu: "ja nie lubię brukselki, a ta sałatka jest taka pyszna", "kiedyś próbowałam surowego kalafiora, ale mi nie smakował, ale w tej sałatce jest wyśmienity". Padły również wstępne deklaracje wspólnego przygotowywania podobnych sałatek w domu. Miejmy nadzieję, że zostaną one dotrzymane.

Nasze stoisko cieszyło się dużym zainteresowaniem rodziców. Wielu z nich wyrażało zainteresowanie projektem Szkoła na Widelcu, chcieliby, żeby pojawił się on w szkołach ich dzieci. Sądzę, ze im częściej Szkoła na Widelcu będzie pojawiać się na tego typu imprezach, im bardziej będzie propagowana w sieci, w rozmowach między rodzicami, nauczycielami, tym większe ma szanse na powodzenie i sukces.


Warsztaty prowadziliśmy w trzech turach, wszyscy uczestniczyli w nich bezpłatne. Dzięki wsparciu partnerów Szkoły na widelcu mieliśmy cudowne świeże zioła, żurawinę, słonecznik i jagody Goji, które każdy chętnie próbował. Dzieciom do gustu przypadły też nasze jadalne talerze z otrąb gryczanych. parę nadgryzionych sztuk powędrowało z nimi do domów.
Co więcej, myślę że dzieci zabrały też ze sobą nowe smaki, pomysły na potrawy, nowy sposób postrzegania sałatek i dużo dobrych myśli.
A ja? Ja dostałam od nich trochę uśmiechu, mile słowa i dużo energii i zapału do kolejnych warsztatów kulinarnych.