piątek, 13 lipca 2012

Sałata z grillowanymi warzywami i oscypkiem plus odrobina dobrej muzyki.

Na moim blogu już kilka razy pojawiały się moje propozycje muzyczne. Dotąd polecałam już Katie Melua, czy muzykę ze Starego Kina. Muszę się jednak przyznać, że bardzo różnie mi w duszy gra. Dzisiaj poguję i macham czupryną na rockowo.

Niedawno wymienialiśmy się z pewnym Amerykaninem wrażeniami na temat najlepszych (naszym zdaniem) teledysków. Wspominaliśmy między innymi Pearl Jam, Tool, Red Hot Chili Peppers, Metallicę i innych. Dla mnie bardzo interesujące teledyski produkuje Serj Tankian. Jest to wokalista zespołu "System of a Down", który od kilku lat wydaje solowe płyty. Jedna z nich powstała nawet w towarzystwie orkiestry symfonicznej.

"Empty Walls" to teledysk, który za każdym razem oglądam bez zmrużenia oka. Dzieci, które pozornie świetnie się bawią, tak na prawdę pokazują pełną agresji "zabawę" w wojnę. I tu jest miejsce na zastanowienie się nad sensem i tragedią wojen, ataków terrorystycznych, brutalnych zabójstw dokonywanych przez chorych fanatyków. Jak widzimy w ostatnich sekundach teledysku, te "zabawy" kończą się prawdziwą śmiercią, która przynosi ból i cierpienie. Nawet jeśli tego typu muzyka nie przypada wam do gustu polecam zarówno obejrzenie teledysku, jak również wczytanie się w słowa piosenki.


Serj wydał dosłownie kilka dni temu nową płytę "harakiri" i już pierwszy singiel i teledysk niesie ze sobą przesłanie dla świata. W czasie kilkuminutowego videoclipu pojawiają się hasła mówiące o tym jak człowiek samodzielnie niszczy swoją planetę. chcemy mieć, co raz więcej, dążyć co raz wyżej, być bardziej silni i niezwyciężeni, ale cenę za to wszystko zapłacą kolejne pokolenia... Popełniamy Harakiri- często zupełnie nieświadomie.

Zarezerwuj sobie te 4 i pół minuty i obejrzyj ten filmik.



Do mnie takie sceny, teledyski, filmy dokumentalne bardzo przemawiają. Wydaje mi się jednak, ze rzadko trafiają na ten grunt, na który powinny. W mnie jednak jest silna chęć zmiany, życia zgodnie z naturą, miłości do drugiego człowieka. Myślę, że nawet poprzez zdrowe życie, ekologiczne uprawy, walkę z otaczającą nas agresją możemy wiele zmienić.

Dzisiaj przepis będzie prosty i szybki, a zarazem bardzo zdrowy.Jego składniki możemy dowolnie zmieniać- używając różnych odmian sałaty, innych warzyw i sera. Można ją zjeść na lunch, albo w trakcie wieczornego grillowania z przyjaciółmi.

Sałata z grillowanymi warzywami i oscypkiem.



Składniki

(dla 4 osób)
1/2 główki salaty lodowej
1 czerwona papryka
1 pomidor
1 mała cukinia
10 średnich pieczarek
1 cebula
ok 150-200 g oscypka (8-10 plastrów)
oliwa z oliwek Extra Virgin i Truflowa Monini
ocet z bialego wina
garść liści bazylii
pieprz sól i zioła
1/2 szklanki pokrojonego dużego szczypioru

 Sałatkę można przygotować zarówno na prawdziwym grillu jak i używając tego w piekarniku, czy tez jego elektrycznego odpowiednika.
Cukinię i pomidory kroję w 0,5 cm plastry, paprykę, cebulę kroimy w kawałki na jednego kęsa. Pieczarki płuczemy, osuszamy i kroimy w ćwiartki. Wszystkie warzywa skrapiamy oliwą z oliwek i posypujemy dowolnymi suszonymi ziołami (np. tymianek, bazylia, oregano, estragon) ponadto delikatnie posypujemy solą i świeżo zmielonym pieprzem.
Warzywa układamy na podkładce aluminiowej i grillujemy przez ok 15 minut. W trakcie grillowania kilka razy mieszamy warzywa na podkładce.
Sałatę myjemy, osuszamy i rwiemy na małe kawałki. 4 duże liście zostawiamy w całości do podania.Skrapiamy ja oliwą truflową, octem winnym i mieszamy ze szczypiorem i porwaną bazylią
Oscypek kroimy w 1 cm plastry i również grillujemy w folii przez 5-7 minut.

Po jednym dużym liściu salaty układamy na każdym talerzu na niego wykładamy odpowiednią porcję sałaty z dresingiem i grillowanych warzyw. Można także całość wymieszać i podać  w dużej misce. Na każdą porcję wykładamy po 2-3  plastry oscypka. Na koniec doprawiamy do smaku świeżo zmielonym pieprzem.

Smacznego!

czwartek, 12 lipca 2012

Pyszne babeczki z nadzieniem serowym i wieczor filmowy.

Oglądałam dziś niesamowity film...

Odrobina nieba pojawiła się w moim domu dzisiaj popołudniu i zawładnęła moimi myślami . "A little bit of heaven" (z 2011 roku)- taki jest tytuł filmu, który powstał w Stanach Zjednoczonych opowiada o młodej dziewczynie, która stojąc na progu dorosłego życia dowiaduje się o tym, że jest chora na raka...
Kate Hudson wcieliła się w rolę Marley, radosnej singielki, która w nietypowych okolicznościach spotyka na swej drodze miłość. Poznaje przystojnego lekarza Juliana, w tej roli mój ulubiony Gael García Bernal. Paradoks polega na tym, że to on informuje bohaterkę o chorobie, próbuje znaleźć sposób na jej uleczenie, ale rak nie daje za wygraną. Czego można się spodziewać, Julian leczy jedynie jej serce, które boi się zakochać, zaangażować jest pełne bólu i trosk z przeszłości. W walkę z chorobą włączają się również rodzice i przyjaciele Marley.

Od początku filmu podziwiałam bohaterkę za pozytywny stosunek do świata. Nie ma w niej gorzkiego żalu, za to co się jej przytrafiło. W pewnym sensie się z nią utożsamiam, bo mi też czasem trudno otworzyć serce dla drugiej osoby, dopóki jej w pełni nie zaufam. Tak jak Marley, boję się, że ktoś mnie zrani. Nie wiem czy znalazłabym w sobie tyle siły, tyle ciepłych słów i myśli gdyby wisiało nade mną widmo śmiertelnej choroby. Mam wielu niesamowitych przyjaciół, cudownego mężczyznę, kochaną, pełną wsparcia rodzinę i o ile wiem, że zrobili by dla mnie wszystko, o tyle nie jestem pewna jak ja bym się w tej sytuacji zachowywała. 

Film "Odrobina nieba" po raz kolejny uświadomił mi, że powinnam cieszyć się każdym dniem, zwłaszcza tym, który mogę spędzić w gronie ukochanych osób. Co raz częściej dochodzę też do wniosku, że w życiu nie można nic odkładać na dalszą przyszłość, bo nigdy nie będziemy wiedzieć ile czasu nam zostało.


Wpadłam w lekko melancholijny, ale zarazem pełen ciepłych myśli nastrój. Pozostaje mi jedynie zadedykować poniższy przepis moim najbliższym, by ich życie było  pełne słońca i miłości.




Babeczki z nadzieniem serowym

Składniki:
400g mąki
100g miękkiego masła
100g masła roślinnego
100g cukru pudru
 2 żółtka
kilka kropel aromatu waniliowego
ew. 2-3 łyżki śmietany lub gęstego jogurtu


 Nadzienie serowe:
250 g kremowego chudego sera
2 białka
2 łyżki cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego

cukier puder do posypania

Zagnieść dokładnie wszystkie składniki ciasta. W razie potrzeby, gdy ciasto jest zbyt kruche dodaj trochę jogurtu, lub śmietany. Ciasto zawijamy w folię i wkładamy do lodówki na 15 minut.

Ser mieszamy z curami. Białka ubijamy na sztywno ze szczyptą soli, dodajemy do twarogu, delikatnie mieszając.

Rozgrzewamy piekarnik do 170'C.

Z ciasta odrywamy kawałek mniej więcej wielkości orzecha włoskiego, spłaszczamy go w rękach i wykładamy nim foremki do babeczek. Pamiętamy, że przynajmniej 1/3 ciasta pozostaje na przykrycie babeczek. Ja użyłam foremek metalowych i silikonowych
Do tak przygotowanych spodów nakładamy po pełnej łyżeczce nadzienia serowego.
Z reszty ciasta odrywamy mały kawałek i formujemy z niego koło o średnicy foremki, Przykrywamy nadzienie i zlepiamy brzegi babeczki.

Gotowe babeczki pieczemy ok 30 minut. Wierzch babeczek może popękać a powinien się lekko zarumienić. Gdy wyjmiemy je z piekarnika, czekamy kilka minut aż lekko przestygną. Następnie, najlepiej z użyciem czystej ściereczki wyjmujemy babeczki z foremek, przechylając je do góry dnem i w razie potrzeby lekko opukując łyżeczką.



Przed podaniem babeczki posypujemy cukrem pudrem lub polewamy lukrem. I pamiętajmy, że to ma być nasz znak miłości, więc podajmy je tym których kochamy.

Smacznego!

Przepis zaczerpnięty po części z Kuchni Polskiej

środa, 11 lipca 2012

Aloo Gobhi by Jamie Oliver. Curry z kalafiora i ziemniaków.

Uzbierało mi się już sporo książek i czasopism w kulinarnej bibliotece. W zasadzie, książki kulinarne, to jedyne jakie kupuję. Inne pożyczam w bibliotece lub od znajomych. Teraz w naszym mieszkanku półki obstawione są moimi kulinariami i naukowymi książkami Damiana (programowanie, nauka, giełda itp)
Wygląda to dość ciekawie i prawdopodobnie niedługo będziemy musieli dokupić jakiś regał- biblioteczkę, bo zaczyna brakować miejsca.
Uwielbiam przeglądać te moje książeczki i gazetki, zwłaszcza gdy opatrzone są pięknymi fotografiami. Ale o dziwo, rzadko z nich korzystam... Czasem czerpię z nich inspiracje, ale w zasadzie nie sprawdzam przepisów w mojej kuchni krok po kroku. Postanowiłam to zmienić i przynajmniej raz na jakiś czas spróbować przedstawionych w książkach kucharskich potraw.

Na pierwszy rzut poszła książka - a jakże- Jamiego Oliver'a Ministry Of Food. (Anyone can learn to cook in 24 hours) w oryginalnej wersji językowej. Książka jest według mnie napisana w bardzo przystępny sposób. Znajdziemy w niej bardzo dokładny opis przygotowania potraw wszelakich- przez przystawki, dania główne, zupy, sałatki po proste desery. Każde danie jest przejrzyście sfotografowane, czasem również w trakcie powstawania, co może być bardzo pomocne dla początkującego kucharza, Moją uwagę przykuła sekcja z potrawami hinduskimi. W Polsce nie są one tak popularne jak w Wielkiej Brytanii, ale mi przypadły bardzo do gustu, dlatego właśnie przygotowałam Aloo Gobhi. Brakowało mi dwóch składników- czarnej gorczycy i świeżej kolendry. Gorczycę zastąpiłam jej żółtą odmianą a kolendrę natką pietruszki.

Uwielbiam Jamiego za to, że stara się nauczyć bardzo opornych tłuścioszków z całego świata jak jeść zdrowo, kolorowo i smacznie. Często podkreśla w swych programach, że pełnowartościowe i zarazem przepyszne potrawy  nie zabiorą nam wielu godzin spędzonych w kuchni. Czytałam, że Jamie wchodzi z nowym programem po "30 minute meals"- teraz "15 minute meals". Już nie mogę się doczekać jego pomysłów na dania w 15 minut. :)

Dziś pora na odrobinę Indii w naszym domu. Przepis w dwóch wersjach językowych.

PS: A propos ziółek- biedroneczki czują się dobrze i maja już pełne brzuszki. Dzielnie zjadają mszyce. Jupiii :)



Aloo Gobhi (by Jamie Oliver)
serves 4

1 medium onion
2-3 fresh green chillies, to your taste
a thumb sized piece of fresh root ginger
a small bunch of fresh coriander
1/2 a cauliflower
500 g potatoes
groundnut or vegetable oil
a knob of butter
1 tablespoon blach mustard seeds
1 teaspoon ground tumeric
1 level teaspoon ground cumin
2 tablespoons desiccated coconut
sea salt and freshly ground pepper
1 lemon

To prepare your curry
preheat oven to 220'C/ 425'F; Peel halve and finely chop the onion. Finely slice your chillies. Peel and finely chop ginger. (Moniczka: It's easier to peel ginger with a teaspoon) Pick the coriander leaves and finely chop the stalks. Discard the outer green leaves of the cauliflower, break it into florets and cut the thick middle stem into cubes. Peel the potatoes and cut them into 2 cm cubes.

To make your curry
Put a large ovenproof pan on a medium to high heat and add a couple of lugs of oil an the buttter. Add the onion, chillies, ginger, coriander stlaks, mustard seeds, tumeric and cumin and cook for 7 to 10 minutes, until soften and golden. Stir in the cauliflower, potatoes and coconut. Season with salt and pepper and add 400 ml of water. Bring it to the boil, then turn the heat down and simmer with the lid on until veg ale cooked and soft. Check the curry regurarly to make shure it's not drying out, and add extra water if necessary. Give it another stir, then put the pan into preaheated  oven for another 20 minutes. Taste and add more salt and pepper if you think it needs it.

To serve your curry
Serve with any fluffy rice. Sprinkle with the chopped coriander leaves and serve with some lemon wedges for squeezing over.



Aloo Gobhi- czyli curry z kalafiora i ziemniaków.
(nieznaczne zmiany i dodatki do oryginału)
Składniki:

1 średnia cebula
2-3 świeże zielone chilli (dałam 1 świeże czerwone chilli)
kawałek imbiru wielkości kciuka
mały pęczek świeżej kolendry- lub natki pietruszki
1/2 kalafiora
500 g ziemniaków
olej roślinny lub z orzeszków ziemnych
1 łyżka masła
1 łyżka ziaren czarnej gorczycy ( użyłam białej gorczycy)
1 łyżeczka zmielonej kurkumy
1 płaska łyżeczka kminku
2 łyżki wiórków kokosowych (dałam 4 łyżki)
400 ml wody
sól morska i świeżo zmielony pieprz
1 cytryna
dodałam: garść orzeszków ziemnych

Cebulę obrać przepołowić i posiekać. Posiekać także obrany imbir (użyj do tego łyżeczki) i chilli.
Jeśli używasz kolendrę obierz ją z listków a gałązki drobno posiekaj. Z natki pietruszki będziemy używać tylko liści. Kalafior podziel na różyczki a łodyżkę pokrój w kostkę. Ziemniaki obierz i pokrój w 2 cm kostkę.

Rozgrzej piekarnik do 220'C

W dużej patelni rozgrzej olej i wrzuć do niego cebulę, imbir, chilli, kminek, gałązki kolendry, kurkumę i  gorczycę, gotuj przez 7- 10 minut aż całość lekko zbrązowieje i zmięknie. Dodaj wiórki kokosowe ziemniaki i kalafior, podsmaż przez 3 minuty po czym dodaj 400 ml wody. Dopraw solą i pieprzem, doprowadź do wrzenia, przykręć gaz i duś na małym ogniu pod przykryciem. Co pewien czas sprawdzaj, czy woda nie odparowała i dodaj jej w razie potrzeby. Curry dusimy aż warzywa lekko zmiękną. Ja dodatkowo uprażyłam garść posiekanych orzeszków ziemnych na patelni i dodałam je do curry.

Jeśli masz patelnię którą można wstawić do piekarnika- włóż ją tam po prostu i dalej piecz przez 20 minut.
Ja całość przelałam do wyłożonej folią aluminiową tortownicy (uwidacznia się brak odpowiednich naczyń). Dodatkowo jeszcze przykryłam folią- ponieważ mój piekarnik mocno opieka od góry i wstawiłam na 10 minut do piekarnika. Po tym czasie zdjęłam folię z góry i dopiekłam kolejne 10 minut.

Aloo Gobhi, czyli moje curry z kalafiora i ziemniaków podałam posypane skórką otartą z cytryny. Natkę pietruszki i cytrynę podałam na oddzielnym talerzyku.

Dla mojego mężczyzny dodatkowo przygotowałam ryż i jajko sadzone. Pewnie Hindusi pogrozili by mi palcem za to jajo, ale co tam :)

Przepis sprawdzony i zatwierdzony. 

Smacznego :)



wtorek, 10 lipca 2012

Pasztet wegetariański warzywno sojowy i akcja ratowania ziół.

Długo mnie nie było... Jak zwykle odwiedzałam rodziców, ale tym razem towarzyszył mi mój kochany. Była to taki nasz krotki urlop w podwarszawskiej wsi :) Najadłam się owoców po same uszy. Wzięliśmy nawet aparat w celu uwiecznienia krzaków i drzewek obsypanych owocami, ale w natłoku spraw, atmosferze sielanki i w letnich upałach, jakoś mi to wypadło z głowy. Damian śmiał się ze mnie straszliwie, bo pierwsze co zrobiłam po wyjściu z samochodu i ucałowaniu rodziców, to bieg w stronę sadu. Od wejścia zaczęłam pałaszować czereśnie i wiśnie. Później przyszła pora na porzeczki w trzech kolorach, agrest, maliny i borówki amerykańskie. Dorwałam nawet ostatnie 10 truskawek pozostawionych na krzaczku specjalnie dla mnie. Och jak ja kocham owoce... Na warzywka muszę jeszcze trochę poczekać, bo późno były zasadzone ze względu na mrozy, które nie chciały nas opuścić. Ale, ale już na krzaczkach pojawiły się pierwsze patisony, które zbieramy gdy są jeszcze malutkie, do zamarynowania. Nasze "parkinsony" jak żartobliwie nazywają je znajomi, robią prawdziwą furorę zwłaszcza w czasie sierpniowego grillowania. Także kulista cukinia zrodziła pierwsze owoce, o nich będzie słów kilka już niedługo.

 Korzystałam też z domowego- ogródkowego zielnika, który wystrzelił w niebo jak szalony. Przywiozłam ze sobą gałązki mięty, oregano i estragonu. Ale także szałwia i lubczyk trzymają się zdrowo. Niestety zaraza dotknęła mój osobisty- balkonowy zielnik. Z racji że nie mogłam się nim opiekować w czasie wyjazdu, trafił pod opiekę mamy mojego chłopca. Podlewała go dzielnie i jestem za to wdzięczna, ale niestety podkrakowskie powietrze przyniosło ze sobą mszyce i przędziorki. Teraz z nimi walczę już w Czechach, oczywiście metodą ekologiczną. Mam zamiar te zioła wyleczyć i jeszcze z nich korzystać, więc nie mogłam im przywalić chemią...
W internecie znalazłam porady, by spryskać roślinki wywarem z czosnku, polać je mocnym strumieniem wody, a ponadto "zaprosić" biedronki z łąki. Tak też zrobiłam, zlałam je obficie pod prysznicem, w czym dodatkowo pomogła mi ulewna burza, pognałam po czosnek i przygotowałam wywar. Trochę pomogło, ale to dopiero drugi dzień walki, więc jeszcze mszyce trzymają się mocno niektórych gałązek. Panna Biedroneczka sama przyleciała na mój parapet, a ja ją tylko przekierowałam w inne miejsce z olbrzymią prośbą by ratowała moją miętę. Kochane maleństwo walczy już drugi dzień. Dzisiaj rano znalazłam dla niej koleżankę, gdy odprowadzałam mojego mężczyznę do pracy. Teraz pracują sobie razem. Mam nadzieję, że jest im raźniej i zaproszą jeszcze jakieś koleżanki. Och kochane biedroneczki, co ja bym bez was zrobiła... A ja tak uwielbiam zioła... mam nadzieję, że szybko pozbędę się tych przebrzydłych pasożytów i znów będę mogla korzystać z mojej bazylii zielonej i bordowej, tymianku i nieszczęsnej mięty (której o dziwo najbardziej się dostało).


Dziś w hołdzie ziółkom i młodym warzywkom zaproponuję wam Pasztet wegetariański na Wege Wtorek. Jest to świetny dodatek do porannych i biwakowych kanapek, a ponadto można jego plastry usmażyć jako kotlety. Dodatek ziół i pestek dyni i słonecznika sprawił, że jest on bardzo, ale to bardzo aromatyczny. Polecam.
Inspirację zaczerpnęłam z magazynu Food and Friends.



Pasztet wegetariański warzywno- sojowy.
 Skladniki
(na 1 formę)
1/2 szklanki soi
1/2 szklanki ciecierzycy
1/2 szklanki kaszy jęczmiennej
1/2 szklanki drobnych płatków owsianych
1 duża cebula
2 marchewki
2 młode pietruszki
1 mlody seler
2 ząbki czosnku
2 jajka
1/2 szklanki oliwy z oliwek Monini
1 łyżka majeranku
1/2 pęczka natki z młodej pietruszki
1/3 pęczka natki z młodego selera
1 lyżeczka pieprzu
2 łyżki sosu sojowego



Przygotowanie:
Soję i ciecierzycę namocz przez 4 godziny, po 2 godzinach zmieniając wodę. Namoczone fasole ugotuj w świeżej wodzie do  miękkości. Kaszę ugotuj na półsypko.Cebulę obierz i posiekaj, czosnek zmiażdż obierz i posiekaj. warzywa dobrze umyj i zetrzyj na tarce o grubych oczkach. Rozgrzej oliwę i na wolnym ogniu podsmaż na niej cebulę i czosnek. Następnie wrzuć do nich starte warzywa i duś przez kilka minut mieszając co jakiś czas, by się nie przypaliły.

Soję i ciecierzycę zmiel w maszynce- lub tak jak ja rozdrobnij ręcznym blenderem na gładką masę. Połącz wszystkie składniki- soję z cieciorką, warzywa, posiekaną natkę pietruszki i selera, płatki  owsiane, sos sojowy, jajka i przyprawy. Dopraw dodatkowo do smaku, pamiętając że musi on być wyrazisty.
Dokładnie wymieszaną masę przełóż do natłuszczonej i wyłożonej papierem do pieczenia formy- keksówki.
Posyp garścią pestek dyni i słonecznika. Piecz około 1 godzinę w piekarniku nagrzanym do 180'C.

Pasztet pozostaw do całkowitego ostygnięcia i podawaj na zimno z razowym pieczywem, lub na ciepło jako kotlety.
Smacznego!




niedziela, 24 czerwca 2012

Tarta wielowarzywna na pełnoziarnistym spodzie.

Tarta, to coś co Moniczka lubi bardzo. Jakiś rok temu pokochałam tarty na razowym, pełnoziarnistym,  żytnim spodzie, ale oczywiście smaczne są także te tradycyjne i na francuskim cieście. Jeśli chodzi o nadzienie to w moim menu również panuje pełna dowolność. Najczęściej zależy ono od tego co mam akurat w lodówce czy spiżarni. Przypomnę kilka z tych, które pojawiły się na blogu to : Szybka tarta szparagowa, ze szpinakiem i jajkiem, czy ta z brukselką. Jak widać, są to tarty wytrawne na obiad, przystawkę, czy danie na spotkania z przyjaciółmi.  Często tworzę też tarty owocowe, ale jeszcze żadna nie doczekała do momentu fotografowania :) Muszę to zmienić.
Bawię się także z wielkością tart - od najmniejszych- do takich dość dużych- wysokich lub niskich. Myślę, że jest to bardzo wdzięczne danie. Przyjmie prawie każdą mąkę, większość owoców i warzyw. Możemy jej nawet użyć jako narzędzie przetwarzania resztek z obiadu- kaszy, warzyw, sosu pomidorowego. ja się świetnie bawię z moimi tartami i polecam tę zabawę innym.

Gdy mamy więcej czasu możemy samodzielnie przygotować ciasto na spód -także dzień wcześniej. Gdy zależy nam na czasie- używamy gotowego ciasta francuskiego. Ciasto na tartę można także zamrozić i potem zostawić na noc w lodowce by rozmarzło.

Gdy dysponujemy dosłownie chwilką, bo już do drzwi pukają goście- bierzemy ciasto francuskie, smarujemy grubo sosem pomidorowym, albo pesto, rozkładamy krążki warzyw, które szybko się upieką jak- pomidora, cukinię, bakłażana, paprykę, cebulę, oliwki, kapary, posypujemy resztką sera i dużą ilością ziół, zapiekamy 20 minut i pyszne danie gotowe.

Do nadzienia możemy też z powodzeniem użyć warzyw mrożonych. Wystarczy je wtedy jedynie odmrozić na patelni i połączyć z wybranym, pasującym do nich sosem.

Dla rybo i mięsożerców- dodatek pieczonego kurczaka, wędzonego na zimno czy podsmażonego łososia, innej wędzonej ryby, również będzie wyśmienity.

Tartę można calkowicie skomponować według własnego gustu i potrzeb, a także względem naszych gości i oczywiście najukochańszych dzieci. Jeśli włączymy maluchy w przygotowanie ciasta i warzyw, na pewno o wiele chętniej będą pałaszować jedzonko z talerza.

Tarteletki i tarty - Sarah BanberyWiele ciekawych przepisów znajdziecie w książce "Tarteletki i tarty" Sarah Banbery
Dostałam ją kiedyś w prezencie i często z niej korzystałam.


Milej tarto- zabawy :)






PS. A propos rzeczy ulubionych... to niech Wam Katie jeszcze ładnie zaśpiewa z warszawskich "Wianków" na Podzamczu :) Nie było mnie w stolicy, ale oglądałam w TV.







Tarta wielowarzywna na pełnoziarnistym spodzie.

Składniki:
Ciasto:
125 g mąki pszennej pełnoziarnistej
125 g maki pszennej
125 g masła
50 ml zimnej wody
szczypta soli
Nadzienie:
1 cebula
2 ząbki czosnku
11/2 marchewki
2 pietruszki
3 ziemniaki
1/2 cukinii
1/2 brokuła
1/4 kalafiora
1 łyżeczka  suszonego oregano
1 łyżeczka suszonej bazylii
1 łyżka sosu sojowego
ok 3/4 szklanki wody

Beszamel:
300 ml mleka ( użyłam mleka bez laktozy)
40 g masła
40 g mąki
szczypta soli, pieprz
1 łyżeczka  tartej gałki muszkatołowej
1 jajko
100 g oscypka+ 50 g do posypania po wierzchu

Wykonanie:
Przygotowanie ciasta:
Wymieszać mąki z solą i pokrojonym w kostkę masłem.  Rozdrobnić masło w mące do konsystencji kruszonki, dodać zimną wodę i zagnieść ciasto. Powinno być gładkie. Owijamy ciasto folią i wstawiamy do lodówki na 30 minut. Po tym czasie rozwałkowujemy je do koła o średnicy 6 cm większej niż forma. W moim przypadku była to tortownica 25 cm. (czyli 25cm+6 cm.) Wkładamy ciasto delikatnie do formy, wyklejamy dokładnie dno i wysokie brzegi. Jeśli używacie tarty o niskim rancie- możecie użyć takiej o większej średnicy.
Do środka formy wkladamy teraz papier do pieczenia, wsypujemy fasolki do pieczenia i znów schladzamy w lodowce przez 30 minut.
Piekarnik rozgrzewamy do 180'C

Przygotowanie nadzienia:
Cebulę obieramy i kroimy na małe kawałeczki. Czosnek także obieramy i drobno siekamy. Ziemniaki obieramy i kroimy w 1-centymetrową kostkę. marchew, pietruszkę obieramy i kroimy w cienkie słupki.
Cukinię kroimy na plastry i potem na ćwiartki. Brokuł i kalafior dzielimy na małe różyczki

Na dużej głębokiej patelni rozgrzewamy kilka łyżek oliwy do smażenia i wrzucamy cebulę i czosnek.Smażymy mieszając przez 3 minuty i dodajemy do nich ziemniaki, marchew i pietruszkę. Dalej smażymy przez kilka minut do pierwszego zarumienienia warzyw i  podlewamy ok 1/2 szklanki wody i łyżką sosu sojowego. Przykrywamy i dusimy pod przykryciem na średnim ogniu prze 10 minut. Następnie dodajemy resztę warzyw i podlewamy jeszcze kilkoma łyżkami wody jeśli już wyparowała. Dusimy przez kolejne 7-10 minut. Warzywa nie powinny się rozgotować, muszą zachować jędrność. Zdejmujemy patelnię z gazu i dodajemy zioła.

Spód wyjmujemy w lodówki i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika. Pieczemy przez 15 minut, po tym czasie zdejmujemy papier z fasolkami i wstawiamy jeszcze na 5 minut do piekarnika. Wyjmujemy i na chwilę odstawiamy. 

Beszamel:
Podgrzewamy mleko. W naczyniu o grubym dnie rozpuszczamy masło, do którego wsypujemy mąkę i mieszamy.  Smażymy przez 2 minuty. Zalewamy powoli gorącym mlekiem i intensywnie mieszamy trzepaczką. ja w tym momencie zestawiam naczynie z ognia. Mieszanie sprawi, że nie pojawia się gródki, a nawet jeśli, to można je trzepaczką rozetrzeć. Doprowadzamy do wrzenia i zdejmujemy z ognia. Do garnka wrzucamy 100 gram startego na tarce oscypka, 1 żółtko, gałkę muszkatołową. Doprawiamy pieprzem i solą do smaku.
Beszamel mieszamy z warzywami. Białko ubijamy i dodajemy do przestudzonych warzyw.


Farsz wykładamy na podpieczony spód, tak by brzeg ciasta był widoczny. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 25 minut. Po upływie tego czasu na tartę wysypujemy resztę startego oscypka i zapiekamy jeszcze kolejne 7-10 minut aż oscypek się zarumieni.

Tarta najlepiej smakuje gdy calkowicie się ją wystudzi i później ponownie odgrzewa. W takim wypadku Pieczemy tarte 30-35 minut a dopiero  przy odgrzewaniu posypujemy serem.
Dobrze smakuje także na zimno.

Smacznego!

piątek, 22 czerwca 2012

Metrowiec. Czarno -białe ciasto z metra i wspomnienia z niedzielą w starym kinie.

W małym kinie nikt już dzisiaj nie gra na pianinie...

Gdy byłam  mniej więcej w podstawówce na antenie polskiej telewizji, co niedziela nadawany był program "W starym kinie". Zawsze wtedy siadałam na kanapie wtulona w ramię mojego dziadka i przenosiłam się w międzywojenny czarno- biały świat. Dla mnie te filmy miały w sobie  więcej  magii niż niejeden współczesny z wieloma efektami specjalnymi. Uwielbiałam ten humor warszawskich cwaniaczków, zimnych drani i amantów, którzy zakochiwali się na zabój od pierwszego widzenia. Tam miłość była taka czysta, niewinna i romantyczna. Te wszystkie piosenki wyśpiewane przez Eugeniusza Bodo, Jana Kiepurę czy Mieczysława Fogga do dziś brzmią mi w uszach- niektóre z nich znajdziecie nawet na mojej playliście. Ileż to dystyngowanych dam śpiewało  "miłość ci wszystko wybaczy", "odrobinę szczęścia w miłości, odrobinę serca czyjegoś..". Dżentelmeni umawiali się z panienkami na niedzielę, czy na godzinę dziewiątą mrucząc pod nosem "umówiłem się z nią na dziewiątą tak mi do niej tęskno już zaraz wezmę od szafa akonto kupię jej bukiecik róż... od tej pory oboje wiedzieli, że "Nie kochać w taką noc to grzech, gdy sercu serca brak..."
Amant od tej pory widział, że  "już nie zapomnisz mnie, gdy moją piosenkę spamiętasz", a nowa sympatia nuciła" "usta milczą serce śpiewa kochaj mnie". Oczywiście "to się zwykle tak zaczyna" i romantyczne początki tak to w filmie jak i w życiu przechodziły w rzeczywistość, a z niego wychodził ten zimny drań, jakim był od początku



 

Takie to były przedwojenne filmy. Oczywiście nie brakowało również melodramatów i filmów innego typu, ale to komedie, filmy obyczajowe najczęściej gościły na antenie. Szczerze je uwielbiałam i bardzo brakowało mi tych niedzielnych poranków. Mój dziadek odszedł od nas w tym samym roku, w którym przerwano emisję tego programu. 

Chociaż te  wspomnienia wprowadzają mnie w chwilę melancholii, zadumy, tęsknoty za dzieciństwem i ludźmi, których już z nami nie ma, to przecież są pełne szczęścia i uśmiechu.

Od dawna "chodziło za mną" ciasto z tamtych dni. Moja mama robiła je przeważnie na specjalne okazje i zawsze bardzo szybko znikało :) Chciałam podzielić się z moim ukochanym smakiem tamtych odległych dziecięcych wspomnień. Oprócz tego samo ciasto też jest czarno białe, jak filmy z moich niedzielnych poranków, więc idealnie wpasowało się w mój melancholijny nastrój...



Metrowiec

Składniki na 2 ciasta

Ciasto białe:
4 jajka
8 łyżek wody
8 łyżek oleju
1 1/3 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
kilka kropel aromatu rumowego 

Ciasto czarne:
 4 jajka
8 łyżek wody
8 łyżek oleju
1 1/3 szklanki mąki
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 czubate łyżki kakao

Krem:
1 szklanka mleka
4 łyżki cukru
3 łyżki mąki
200 g margaryny
2 łyżki soku i skórka otarta z cytryny


Ciasta przygotowujemy tak samo i pieczemy w dwóch identycznych formach keksowych jedno po drugim.

Formy do pieczenia ciasta smarujemy masłem i posypujemy mąką. Piekarnik rozgrzać do 180'C.
Żółtka utrzeć z cukrem aż będą puszyste. Dodać do nich olej i wodę, wymieszać, po czym po 1 łyżce stale ubijając dodawać mąkę z proszkiem do pieczenia. Do ciasta ciemnego dodać kakao, a do jasnego aromat rumowy.
Białka ubić na sztywną pianę i dodać do masy. Ciasto delikatnie wymieszać łyżką i przelać do przygotowanej formy. Piec ok 40-45 minut aż się lekko zarumieni i będzie odstawać od brzegów. Ciasto odstawić do całkowitego ostygnięcia.

Na krem  ugotować 3/4 szklanki mleka z cukrem. W reszcie zimnego mleka rozrobić mąkę i dodać ją do tego w garnku. Zagotować mieszając jak zwykły budyń. Masę ostudzić, dodać do niej sok i skórkę z cytryny. gdy będzie całkowicie zimny, ucierając drewnianą łyżką lub kula do wyrabiania ciasta dodawać po łyżce margaryny. Mieszać aż krem się połączy i będzie puszysty.

Ciasta kroimy na kromki. Przekładamy je kremem budyniowym czarne i białe na zmianę. Na początku i końcu ciasta jest kromka ciasta. Z podanej ilości możemy zrobić 2 metrowce. 



Ciasto owinęłam w folię spożywczą i włożyłam w keksówkach do lodówki. Leżakuje ono przez około 1 godzinę. następnie po wierzchu smarujemy je polewą czekoladową i posypujemy wiórkami, lub płatkami kokosowymi. 

Ciasto przez podaniem kroimy na ukos, tak by każda porcja miała formę zebry. Jeśli metrowiec przetrwa do następnego dnia, przechowuję go w lodowce.


Smacznego!

 A na zakończenie moja ulubiona przedwojenna melodia...



czwartek, 21 czerwca 2012

Lato, owocowe jagodowo truskawkowa kolacja ze śniadaniem.

Dwa dni temu wybrałam się na samotny poobiedni spacer. Moim celem było głównie upolowanie ostatnich kwiatów czarnego bzu. Sok, który zrobiłam kilka tygodni temu już się skończył a mój ukochany zapałał do niego niesamowitą smakowitą miłością. Prawie się rozpłakał, gdy powiedziałam że bez już przekwita i pewnie nic się już nie da zrobić. Na szczęście udało się upolować trochę krzaczków bzu z ostatnimi aromatycznymi baldachimami. Sam z poświęceniem zbierał kwiaty walcząc z pokrzywami i jeżynami, które rosły u ich podnóża. Czego się nie robi dla niepowtarzalnego smaku.



Lato już zapukało do naszych drzwi i w czasie spacerów po okolicznych łąkach słychać niesamowite bzyczenie. Za każdym razem gdy trawy, koniczyna, krzewy i kwiaty brzęczą gdy koło nich stoję przypomina mi się uroczy fragment Kubusia Puchatka. W oryginale brzmi ona tak:

"That buzzing-noise means something. If there's a buzzing noise, somebody's making a buzzing-noise, and the only reason for making a buzzing-noise that I know of is because you're a bee. ....
And the only reason for being a bee that I know of is making honey.....
And the only reason for making honey is so as I can eat it."

Ten miś o małym rozumku a wielkim sercu wywołuje swoimi przemyśleniami ciepły uśmiech na mojej twarzy.


Ta sama łąka jeszcze niedawno cieszyła bogactwem kwiatów, których nazw nawet nie potrafię wymienić. Dziś pełna jest pięknej wysokiej koniczyny. Oprócz pracowitych pszczółek i bąków nie zabrakło i innych owadów. Na kolejnej łące spotkałam radosną biedroneczkę. Jak każde małe, czy trochę większe dziecko liczyłam jej kropeczki. Prawdziwa z niej Lady, nic dziwnego, że Anglicy nazywają ją Ladybird...



Uwielbiam spacery w każdą porę roku. Wiosną - gdy czujesz pierwsze ciepłe promienie słońca na swojej twarzy, gdy odnajdujesz pierwsze kwiaty i  motyle a drzewa owocowe tworzą rozkwiecone aleje. Latem, gdy w pełni cieszysz się ciepłym powietrzem, wąchasz piękne kwitnące róże i  lilie, cieszysz się widokiem dojrzałych owoców i chłodzisz stopy w górskiej rzece czy jeziorze. Jesienią szurając stopami w parkowych alejach pełnych wielokolorowych liści, spacerując w kaloszach i z ulubionym parasolem w jesiennym deszczu i szukając grzybów w lesie. Zimą, gdy padają przepiękne, delikatne płatki śniegu a mróz skrzypi pod butami, a ty zmierzasz do ciepłego domu, czy knajpki, w której możesz wypić pysznego grzańca lub gorącą czekoladę. Taak kocham spacery.


Gdy myślę o spacerach przypomina mi się mój dziadek. Jako mała dziewczynka często zostawałam na krótki  wakacyjny czas, albo na weekendy u babci i dziadka. Wyruszaliśmy wtedy na kilkugodzinne spacery ulicami warszawskiego Mokotowa. Był to zwyczaj mojego dziadka, w którym my z rodzeństwem mu towarzyszyliśmy. Pamiętam też genialną cukiernię na rogu Al. Niepodległości i Madalińskiego, w które kupowaliśmy lody albo ciacha- i moje ukochane, niepowtarzalne ciastka ponczowe. 


Idę gdzie mnie oczy i myśli poniosą. Trafiłam do pobliskiego lasu, a tam trafiłam na młodziutkie pierwsze jagody. Bardzo lubię ich smak i wszelkie potrawy z ich dodatkiem. Letnia zupa jagodowa na zimno to coś co uwielbiam, podobnie pierogi z jagodami i wszelkie możliwe desery na czele z jagodziankami. Zebrałam około pół litra świeżych jagód i ruszyłam do domu. Była z nich pyszna kolacja, która równie dobrze mogłaby być śniadaniem. Czyż to nie jest wspaniale, gdy spacer kończymy takimi pysznościami?

Świeże owoce takie jak maliny, jagody, jeżyny, poziomki najbardziej lubię na surowo, nieprzetworzone. Jest dla mnie pewną profanacją gotowanie, duszenie, czy smażenie tych owoców w cukrem. Wszak takie nienaruszone z jogurtem kefirem, lodami, czy w formie koktajlu smakują najlepiej. 
Jako epilog mojej opowieści przedstawię wam pyszną propozycję na kolację lub śniadanie. Jest ono niskokaloryczne a zarazem pełne smaku i witamin.



Deser jogurtowy z muesli, jagodami i truskawkami.

Dla każdej osoby potrzebujemy:
150 g jogurtu (najlepiej naturalnego)
100 g jagód
100 g truskawek
4 łyżki naturalnego muesli (lub muesli crunchy)
1 łyżka płatków migdałowych (lub wiórków kokosowych)
1 łyżeczka miodu (lub syropu z agawy)
kilka listków mięty

Deser przygotowujemy w ozdobnym pucharku, kieliszku lub głębokiej szklance.
Na dno naczynia wykładamy połowę jogurtu. Układamy na nim truskawki pokrojone w ćwiartki, zostawiając jedną do dekoracji i  posypujemy je muesli. Wykładamy kolejną warstwę jogurtu zostawiając 1 łyżkę do dekoracji. następnie posypujemy jagodami. Na środku robimy kleks z łyżki jogurtu, na nim układamy truskawkę, całość polewając płynnym miodem. 
Deser schładzamy pół godziny w lodówce i podajemy przystrojone świeżym listkiem mięty.

Smacznego!