czwartek, 27 września 2012

Sernik cappuccino i warszawskie spotkania około-kulinarne.


Jejku jejku, jak zwykle mam listę spotkań w kalendarzyku.

Poprzednia sobota spotkanie przedwarsztatowe w Meltemi i wieczór z rodzinką, niedziela warsztaty z ryb i owoców morza z Polska Gotuje, poniedziałek spotkanie z Izą, wtorek z Gosią, środa Kaja i blogerzy kulinarni, czwartek Slow Food, piątek brat, sobota warsztaty w parku Szczęśliwickim ze Slow Food Youth i sushi z Agatą a w niedzielę, jeśli nic się nie zmieni wracam w ukochane ramiona.

Dziś raczyłam się lodami indyjskimi Kulfi w restauracji Ganesh w Warszawie na spotkaniu Warszawskich Blogerów kulinarnych. To mój pierwszy raz na takim spotkaniu, było bardzo miło, choć byłam jedną z niewielu "nowych" osób. Lody były pyszne o kardamonowo- cynamonowo- karmelowo-mlecznym posmaku. Ja lubię słodycze, więc bardzo mi przypadły do gustu. Kiedyś widziałam na TVN Warszawa jak się je przygotowuje w programie Smaki Warszawy i od wtedy bardzo chciałam je spróbować. Na pewno się nie zawiodłam. Swoją drogą, szkoda ze zamknęli tę telewizję, ja ją często oglądałam.

Inne koleżanki jadły dania na ostro z indyjskimi chlebkami. Wspólnie stwierdziłyśmy, że porcje w tej restauracji są dla wygłodniałych, lub po prostu dwuosobowe, co się chwali.  A oprócz tego dosyć ostre, jak to indyjska kuchnia. Spotkanie nie trwało długo, ale było pełne smakowitych rozmów.

Ja dla mojej mamy i ogólnie dla wszystkich domowników i gości przygotowałam sernik. Znów skorzystałam przepisu z bloga i strony Moje Wypieki. Jest to sernik Cappuccino. Przeważnie w moim domu przygotowuje się sernik według jednego przepisu, ale tym razem przejęłam inicjatywę i zrobiłam go po swojemu. Smakuje wyśmienicie, nieznacznie go przekształciłam i dodałam do niego rodzynki, bo bardzo je lubimy. Pycha.





Sernik Cappuccino na orzechowym spodzie

Składniki



spód:


1,5 szklanki drobno posiekanych orzechów włoskich
2 łyżki cukru
3 łyżki roztopionego masła


Orzechy, cukier i masło wymieszać. Spód wyłożyłam na 23 cm tortownicę wyłożona papierem do pieczenia. Piec przez 10 minut w temperaturze 165°C.

Masa serowa:
800 g sera 3 razy mielonego
4 jajka
1 serek waniliowy
2 łyżki kawy rozpuszczalnej
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki gorącej wody
3 łyżki mąki pszennej
50 g rodzynek namoczonych w ciepłej wodzie



Piekarnik nagrzać do 230ºC
Twaróg i serek waniliowy wymieszałam z cukrem. Dodawałam jajka, po kolei, stale miksując. 

Kawę i cynamon rozpuścić w gorącej wodzie, wystudzić. Ostudzoną kawę dodawać powoli do mikstury serowej, miksując. Na koniec dodajemy rodzynki. Całą masę wylałam na podpieczony spód z orzechów.
Sernik wstawiłam do nagrzanego piekarnika na 10 minut, po czym zmniejszyłam temperaturę do 150ºC i piekłam go przez 50 minut. Sernik według wskazówek musi być ścięty od góry, szczególnie na środku.
Sernik ostudzić i włożyć na noc do lodówki. Ciasto podałam ze świeżymi  orzechami włoskimi na wierzchu.

Smacznego :)

wtorek, 25 września 2012

Sałatka warzywna z promieniem słońca w słoiczku. Idealna na jesienne dni.

Jesień już jest między nami. Ta pora roku jest dla mnie zarazem piękna i przygnębiająca.
Kocham różnokolorowe liście, które opadają z drzew i tak cudownie szeleszczą pod stopami w czasie popołudniowych spacerów w parku. Z dźwięków jesieni wspaniały jest także trzask rozgniatanych orzechów włoskich a potem ich niesamowity smak. Pośród kolorów wyróżniają się dynie w wielu odmianach, które pięknie ozdabiają ogród, a także jabłka we wszelkich odcieniach czerwieni oraz gruszki i ich żółte brzuszki. Lubię patrzeć jak wielką frajdę sprawiają dzieciom jesienne spacery. Te bitwy na liście, usypywanie ich w wielkie stosy i miękkie na nich lądowanie. Nie zapomnijmy o żołędziowych i kasztanowych ludkach z noskiem z jarzębiny i cienkich nóżkach z zapałek...

Ale jesień to też zimne poranki i wieczory, błoto i olbrzymie kałuże w dziurach na drodze. Dla mnie to pierwsze dni z Rudolfem czerwononosym- w jakiego się przeobrażam, konieczność noszenia parasolki i ciężkich ubrań w wielu warstwach i  przemoczone buty. A co najgorsze, to ta piękna złota polska jesień trwa krótko a szybko przychodzi ziąb, wiatr i mróz... za którymi, mówiąc krótko, NIE PRZEPADAM.

W te chłodne dni lubię zakopać się pod kocykiem lub wskoczyć do gorącej kąpieli. Pozwalam sobie wtedy na herbatę z sokiem malinowym mojej mamy, na gorącą czekoladę i grzane wino. I zawsze mam wielkie obawy że znowu pojawią się znienawidzone "muffin tops" na moim ciele i w ogóle będę pod stałym atakiem komórek tłuszczowych.

W pierwszych tygodniach jesieni mamy jeszcze do wyboru sporo świeżych warzyw i owoców. Jednak szybko kończą się te, które lubię najbardziej...
No cóż taka jest kolej rzeczy... ale przez pierwsze takie dni mój mózg widzi więcej argumentów na nie.
Nie dla deszczu,
nie dla chłodu,
nie dla braku świeżych warzyw i owoców w moim ogrodzie,
nie dla grubych, ciężkich swetrów,
nie dla ciemnych dni i
nie dla czerwonego nosa.

Na pocieszenie za w czasu przygotowałam sobie słoneczną sałatkę warzywną w słoiku. Mam nadzieję, że w te zimne i ciemne jesienno-zimowe dni dotknie mnie dzięki niej chociaż jeden promyk słońca, który pobudzi mnie do życia. Oprócz tego włączę sobie jakieś ciepłe nutki, przebiegnę się na fitness albo na siłownię zrobię sobie kasztanowego ludka i na pewno będzie mi lepiej...

a to mała "próbka" mojej jesiennej terapii:




Sałatka warzywna z promieniem słońca w słoiczku.


(inspiracja do przepisu na Fine Cooking)


Składniki:
1/2 dużego kalafiora
4 marchewki
1 duża cebula
kilka ząbków czosnku
2 czerwone papryki pomidorowe
1 duża biała papryka
4 papryczki czereśniowe
korzeń imbiru wielkości kciuka, obrany

Przyprawy
1 łyżka ziaren kolendry
1 łyżka ziaren gorczycy czarnej lub żółtej
1 łyżka ziaren ziaren kminku
1 łyżka ziaren pieprzu
1 łyżeczka chilli w płatkach

Zalewa
2 szklanki octu jabłkowego
4 szklanki wody
1/2 szklanki cukru
2 łyżki soli
1/2 łyżki kurkumy


Marchew obieramy i kroimy w słupki. Czerwoną i białą paprykę pozbawiamy nasion i kroimy w paseczki. kalafiora dzielimy na nieduże różyczki. Cebulę obieramy i kroimy w piórka. Czosnek obieramy.

Autor oryginalnego przepisu poleca uprażyć przyprawy na suchej patelni, ja ten krok pominęłam.

W każdym słoiczku umieszczamy pokrojone warzywa w mniej więcej podobnych proporcjach. Ponadto wkładamy po 1-2 ząbki czosnku, papryczkę czereśniową i mały kawałek imbiru.  Wsypujemy także przyprawy po troszku do każdego słoika. Ja lubię dużo przypraw, więc dodaję dużo, ale każdy z was powinien dodać taką ich ilość jak wam odpowiada.

Zagotowujemy wszystkie składniki zalewy zwracając uwagę, by nie wykipiała przez dodatek kurkumy.

Gorący płyn wlewamy do słoiczków i dobrze je zakręcamy a następnie pasteryzujemy przez 15 minut.
Wskazówki dotyczące pasteryzowania znajdziesz TU.

Pikle są dobre do spożycia i pełne smaku po ok 2 tygodniach. Można je również przechowywać w lodówce bez pasteryzacji, ale nie dłużej niż 2 tygodnie.

Smacznego!

poniedziałek, 24 września 2012

Zdrowy biały chleb z kminkiem i czarnuszką, na zakwasie żytnim. Już mogę się chwalić :)

Od kilku miesięcy piekę własne chleby. Moja domowa piekarnia zaopatruje nas w świeże pieczywo na śniadanie. Musze przyznać, że mieszanie, zagniatanie, doprawianie a przede wszystkim wyciąganie upieczonego bochenka z piekarnika przynosi mi nie lada satysfakcję. 
kto czytał ten wie, że lubuję się w mąkach pełnoziarnistych. Z takiej mąki chleb drożdżowy nigdy nie był na tyle puszysty na ile bym chciała. Z kolei po dodaniu ziaren słonecznika, siemienia, czy dyni stawał się bardzo zwarty, a czasem nazbyt kruchy. Po pary bardziej i mniej udanych bochenkach w końcu zaczęłam produkować satysfakcjonujące mnie chleby. 

I w tym momencie odkryłam zakwas. No może, nie odkryłam, bo jadłam już wcześniej chleby na zakwasie a i sama próbowałam  go raz wyprodukować. Tym razem zebrałam się w sobie, zaparłam się i zakwas w końcu się udał. Ten pierwszy nie był znakomity, bo strasznie dziwnie pachniał, ale z każdym tygodniem i miesiącem staje się co raz doskonalszy. jestem z niego jeszcze bardziej dumna, dlatego że jest mój własny osobisty i to ja o niego od początku dbałam i go dopieszczałam. Nauczył mnie on większej cierpliwości i pokory w tworzeniu wypieków. Dzisiaj mogę się już chwalić wypiekami stworzonymi przy jego udziale. 

Bardzo dużo do zawdzięczenia mam autorce blogów White Plate i Pracownia Wypieków. Myślę, że każdy Food- blogger je zna. To tam znalazłam znakomity opis tworzenia zakwasu i świetne, sprawdzone i niezawodne przepisy na domowe pieczywo. Korzystałam już z przepisów na chleb z siemieniem lnianym, chleb razowy żytni, chleb pszenno-żytni i innych. Każdy jest godny polecenia. 

Bardzo ucieszyła mnie informacja, że Liska wydaje książkę i to już bardzo niedługo!! Na pewno ją kupię. Jej przepisy i blog są wręcz wzorowe. Piękne zdjęcia i co najważniejsze na prawdę dobre i sprawdzone przepisy. Sądzę, ze książka będzie równie cudowna i bogata we wskazówki i przepisy o wielkiej wartości. Już nie mogę się doczekać publikacji.

Przy przygotowaniu poniższego chleba korzystałam z przepisu na biały chleb na zakwasie. Do jego przygotowania użyłam 100% pełnoziarnistego zakwasu żytniego, oprócz tego dodałam trochę przypraw a część białej mąki zastąpiłam razową. Efekt? Zachwycająco wyśmienity smak i niebiańska puszystość...



Biały chleb z kminkiem i czarnuszką na zakwasie

Składniki:
350 g mąki pszennej 
150 g mąki pszennej pełnoziarnistej

1 płaska łyżeczka soli
1 łyżka czarnuszki

1 łyżka kminku
ok 300 g wody
1 łyżeczka świeżych drożdży
150 g aktywnego zakwasu żytniego


Wszystkie składniki łączę w dużej misce. Masę mieszam za pomocą łyżki lub miksera. Jest ona gęsta, ale nie nadaje się do wyrabiania ręcznego.
Miskę z ciasto chlebowym przykrywam luźno folią spożywczą i odstawiam do wyrośnięcia na 1,5-2 godziny. Ja wstawiam je do piekarnika, w którym zapalam tylko światło.  
Następnie przekładam masę do keksówki (wyłożonej papierem do pieczenie- na długich brzegach- by łatwiej było wyciągnąć chleb). Znów w ten sam sposób odstawiam do wyrośnięcia. Po ok 1 godzinie gdy bochen już wyraźnie urośnie, wyjmuję delikatnie formę z piekarnika i nagrzewam go do temperatury 210'C. przed włożeniem formy, rozgrzany piekarnik spryskuję zimną wodą i dodatkowo wstawiam żaroodporne naczynie z zimną wodą do środka.
Chleb lekko posypuję mąką żytnią i piekę ok. 40 minut. Po tym czasie wyjmuję go ostrożnie z formy ciągnąc za papier. Opukuję jego dno- jeśli wydaje pusty odgłos, znaczy, ze chleb już jest dobry.  jeśli nie, wstawiam go z powrotem do pieczenia na dodatkowe 10-15 minut, już bez keksówki. Odstawiam go na kilka godzin, lub na noc do ostygnięcia. 


Chleb kroimy, gdy już całkowicie ostygnie. Cudownie komponuje się z każdym dodatkiem słonym, pikantnym i słodkim.  

Smacznego!

sobota, 22 września 2012

ALE PYSZNE ciastka pełnoziarniste z nutellą

I znów w drodze, znowu ta jazda samochodem i kilka godzin w pociągu. Jedyne pocieszenie, to fakt ze czekają na mnie kolejne cudowne spotkania z przyjaciółmi, rodziną i kilka planów około-kulinarnych. Poza tym w pociągu mam bezcenny czas na czytanie. Nadal czytam cudowna książkę Khaleda Hosseini A Thousand Splendid Suns. Zachwyca i zadziwia mnie ona co raz bardziej. W planach mam już jego kolejny bestseller "A kite runner", na którego podstawie kilka lat temu powstał bardzo znany film o tym samym tytule. Na pewno, po lekturze i seansie filmowym dam znać co i jak.

Zawsze przed wyjazdem przygotowuje jakieś smakołyki dla mojego mężczyzny "na zapas". Wiem, wiem, za bardzo go rozpieszczam, ale kiedyś zapewne przerzucę się na dzieci... mam nadzieje.

W zamrażarce i lodówce wylądowały wegetariańskie burgery, pierogi z soczewicą i paszteciki ze szpinakiem i porem. Natomiast w puszce z ciasteczkami miejsce znalazły ciasteczka z nutellą i mąką pełnoziarnistą, które staly się hitem naszego domu w ciągu ostatnich tygodni. Przepis zapożyczyłam  ze znanego bloga Moje Wypieki. Były to: Razowe ciastka z nutellą i orzechami laskowymi.
Przepis wypróbowałam wcześniej dwa razy i za kolejnym ominęłam jajko...efekt był zachwycający. Ciastka stały się jeszcze bardziej chrupiące i pyszne. Poza tym ominęłam ucieranie masła, co mi caly proces troszke przyspieszyło. Ciastka są idealne do kawy i do jogurtu, a i w podróży sprawdzają się znakomicie :) mniaaam. Mam nadzieje ze nie znikną jednego dnia z naszej kawowej puszki, bo jak się facet rozkręci... to jest to możliwe.

Oto moja wersja przepisu:



Ciastka pełnoziarniste z nutellą.

1 i 1/2 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
szczypta soli
100 g zimnego masła
100 g nutelli
1/2 szklanki brązowego cukru
1 szklanka prażonego słonecznika


W misce mieszamy wszystkie suche składniki" mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól i cukier. Do tej mieszanki wrzucamy pokrojone w kostkę masło i rozdrabniamy go do uzyskania konsystencji kruszonki. Dodajemy nutellę i uprażony, wystudzony słonecznik po czym mieszamy łyżką, aż w końcu zagniatamy ciasto w kulę. 
Ciasto wstawiamy na 20-30 minut do lodówki. 
Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 180'C i przygotowujemy blachę wykładając ją papierem do pieczenia.
Po wyjęciu z lodówki, mokrymi dłońmi formujemy z masy kulki wielkości orzecha włoskiego. Układamy je na przygotowanym papierze zostawiając kilkucentymetrowe odstępy i lekko spłaszczamy. Ciastka troszkę się "rozjadą" i urosną.  Pieczemy je ok 15 minut.
Po wyjęciu z piekarnika i odczekaniu 5 minut, studzimy ciasteczka na kratce kuchennej.

Można je przechowywać nawet przez kilkanaście dni w puszce... ale nie sądzę żeby wytrzymały tak długo, są za bardzo pyszne...


czwartek, 20 września 2012

Aloo kofta, wegańskie klopsiki z ziemniaków i kalafiora. Obiadowa inspiracja: 1000 Wspaniałych Słońc.



Pochlonęła mnie kolejna książka. "1000 Wspaniałych Slońc" Khaleda Hosseini to powieść poruszająca problemy życia w Afganistanie przez koniec lat 80-tych po lata 90-te. Autor opisuje w niej losy dwóch kobiet, które poznajemy już jako młode dziewczyny i dalej obserwujemy ich życie i problemy z jakimi musza się zmagać. Książka jest niesamowicie poruszająca, pełna pięknych opisów krajobrazów i cudownych postaci, prostych ludzi Afgańczyków. Autor ściśle prowadzi fabułę z historią wydarzeń jakie rozgrywały się w tych czasach w jego ojczyźnie. Ludzie, z którymi się stykamy mają wielkie plany i marzenia, spotykają na swojej drodze wiele życzliwych, ale i pełnych nienawiści, zawiści osób.
Jeszcze nie skończyłam czytania tej powieści (jestem gdzieś w połowie), ale tak mocno porusza ona moje serce, ze postanowiłam o niej napisać od razu. Przeczytanie "1000 splendid suns" poleciła mi jedna z przyjaciółek, która pochłonęła ją w oryginale. Przypadkiem trafiłam na nią w mojej ukochanej wiejskiej bibliotece- także w oryginale- po angielsku, więc od razu znalazła się w moim domu. Wiem, że "1000 Wspaniałych Slońc" zostało już dawno wydane po polsku. Miałam już okazję odsłuchać początkowej części audiobooka czytanego przez Marię Peszek. Ja uwielbiam słuchać audiobooki gdy jestem w drodze- w samochodzie czy w pociągu. W aucie czytać nie mogę (gdy prowadzę)- lub nie potrafię (jako pasażer) a w pociągu turkotanie kół często trochę mnie usypia i oczy same się zamykają. Mam jednak na to sposób- wkładam CD do odtwarzacza w samochodzie, lub słuchawki z MP3 w moim telefonie i jadę słuchając pięknych powieści.

Dla przykładu, moja ostatnia droga z Krakowa do Warszawy to "Ewangelia według Piłata" Erica Emmnuela Shmidta (o jego książkach tez już trochę pisałam TU)

"1000 pięknych słońc" jest dla mnie również inspiracją kulinarną. Nierozłącznie życie kobiet na całym świecie wiąże się z gotowaniem- czy to dla siebie, czy dla mężów, ojców, matek. Bohaterki tej książki do tej pory przygotowywały na przykład daal z ryżem, zupę aush z czerwoną fasolą i suszonym koperkiem, mantu (pierożki z wołowiną i dużą ilością przypraw) polane jogurtem i posypane miętą, aushak (pierożki z porem w sosie mięsnym) oraz koftę.

Ja, po lekturze książki, zabrałam się za przygotowanie wegetariańskiej Aloo kofty. Jadłam ją już kiedyś w restauracji Green Way i sama przygotowywałam kilka razy, ale jakoś poszła w zapomnienie. Muszę więc odświeżyć jej smak i dalej zabieram się za czytanie 1000 Splendid Suns, i wam też to polecam.

Aloo kofta (przepis podstawowy)

1/2 kg ziemniaków
1/2 kalafiora
100 g mąki z grochu (najlepiej z ciecierzycy)
1 łyżka masła czosnkowego (opcjonalnie)
1/2 łyżeczki kminku
1/2 łyżeczki ziaren kopru
kilka ziaren pieprzu
1 łyżka świeżego, posiekanego rozmarynu
sól do smaku
olej do smażenia

Ziemniaki gotujemy w mundurkach, by pozostały lekko twarde. Po ugotowaniu obieramy ze skóry i studzimy. Kalafior gotujemy na parze na półtwardo i studzimy.
Przyprawy ucieramy w moździerzu. Mąkę możemy przygotować przez zmielenie ziaren suchego grochu w młynku do kawy.
W malakserze ucieramy ziemniaki, kalafior i przyprawy. Dodajemy roztopione masło, mieszamy i doprawiamy do smaku. Na końcu wrzucamy mąkę grochową i dokładnie mieszamy.

Mokrymi rękoma tworzymy kulki wielkości orzecha włoskiego i wrzucamy je od razu na tłuszcz rozgrzany do 160'C. Smażymy pulpeciki na złoto i osączamy z tłuszczu na papierowym ręczniku.

Koftę można kilka dni trzymać w lodówce, lub zamrozić na później.

Propozycja podania nr 1




Kofta jako wegańskie pulpeciki z makaronem i sosem pomidorowym
(dla 2 osób)

10-12 klopsików Aloo kofta

100 g makaronu razowego
2 duże pomidory
1/2 papryczki czereśniowej
1/2 średniej cebuli
1 łyżka pasty paprykowej
1 łyżka sosu sojowego
2 łyżki oliwy
zioła prowansalskie
sól, pieprz do smaku

Pomidory parzymy 10 sekund we wrzątku, schładzamy zimną wodą i zdejmujemy z niego skórę. Cebulę obieramy i drobno siekamy. Z papryczki wyjmujemy pestki i drobno siekamy. W rondelku podsmażamy cebulę na oliwie aż lekko się zarumieni. Dodajemy sos sojowy, papryczkę, rozdrobnione pomidory i pastę paprykową. Mieszamy, dusimy przez kilka minut aż pomidory zmiękną i się rozpadną, doprawiamy ziołami do smaku.
Klopsiki wrzucamy do sosu i pod przykryciem gotujemy na małym ogniu aż kofta się ogrzeje.

Makaron gotujemy według instrukcji na opakowaniu.

Makaron skraplamy oliwą i podajemy z sosem, klopsikami oraz posypujemy świeżymi ziołami.

Propozycja podania nr 2


Kofta z sałatką, ryżem i pikantnym sosem 

Składniki:

10-12 klopsików Aloo kofta

ryż ugotowany na sypko z i łyżką curry

1 pomidor
1/2 czerwonej cebuli
1 marchewka
1/2 średniej cukinii
1/2 słodkiej żółtej papryki
kilka zielonych oliwek
oliwa z oliwek
ocet winny
sol, pieprz i zioła do smaku

sos:
100 ml kefiru
1 łyżka majonezu
1 łyżka dobrego keczupu
3 krople tabasco
1 łyżeczka soku z cytryny
sol, pieprz do smaku

Ryż gotujemy na sypko z jedną łyżką curry.

Pomidor, marchew i cukinię pozbawiamy skóry. Wszystkie warzywa kroimy na dowolnej wielkości kawałki, skrapiamy ok 2 łyżkami oliwy i niepełna łyżką octu.

Wszystkie składniki sosu łączymy w słoiczku. To najłatwiejszy sposób, bo wystarczy go dobrze potrząsnąć i sos jest gotowy. Doprawiamy go jeszcze do smaku.

Jeśli Koftę przygotowaliście na bieżąco, wystarczy ją podać polaną sosem w towarzystwie ryżu i sałatki.
Aby odgrzać zimną koftę- trzeba ją wstawić na ok 10 minut do rozgrzanego piekarnika i gotowe.

Aloo Koftę można serwować także w inny dowolnie wybrany sposób np: jako przystawkę na zimno z warzywami i sosami, jako nadzienie do tortilli, czy wegetariańskiego kebaba oraz w sałatce i  zapiekane w beszamelu. Wybierz swoja własną potrawę z koftą i do dzieła.

Smacznego!

środa, 19 września 2012

Jabłka w cieście francuskim z karmelem i lodami dyniowymi. Kolacja i wieczór we dwoje.

Ostatnio pisałam o celebracji naszego niedzielnego śniadania. Kolacje są dla nas równie ważne. Mój kochany ma trochę szczęścia w tym, że często mam dużo czasu na gotowanie, pieczenie i wymyślanie sposobów na rozpieszczanie go. Znam smaki, które lubi i staram się je łączyć z tym co także mi przypada do gustu. Najczęściej kombinuję tak, by nasze posiłki były zdrowe i pełnowartościowe ale czasem rozpieszczam Go na całego...

Ponadto, zawsze szukam nieznanych smaków, nowych możliwości, satysfakcjonującej konsystencji, zapachu i koloru. Wszystkie moje działania wypełnione są troską i odrobiną miłości, ale zdarza się, że trochę za wysoko stawiam sobie poprzeczkę. Wielu rzeczy jeszcze nie wiem i muszę się ich nauczyć, więc często coś mi się nie udaje- przynajmniej w mojej opinii. Na szczęście mój mężczyzna jest cierpliwym i wdzięcznym klientem, któremu prawie zawsze smakuje wszystko co zrobię, nawet jeśli nie wygląda idealnie tak jak to sobie wymyśliłam.

Kolacja, to taki cudowny czas, gdy jest dużo czasu na rozmowy, dzielenie się wrażeniami z minionego dnia, świętowanie wspólnych chwil. Myślę, że każdego dnia w życiu rodziny powinien nastąpić taki moment, gdy wszyscy spotykają się przy stole, bez względu na inne sprawy. Wybór godziny i rodzaju posiłku, zależy od nas, naszego stylu życia i pracy.

Naszym rytuałem od już dość dawna jest wieczorne oglądanie seriali. W sezonie codziennie pojawia się odcinek jednego z nich, a w wakacje... no cóż, w te wakacje towarzyszy nam MacGyver :) Na początku "sezonu ogórkowego" dla seriali mój mężczyzna wpadł na pomysł byśmy odświeżyli sobie wspomnienia z dzieciństwa i zaczęli oglądać przygody tego sympatycznego Amerykanina. Ku naszemu zaskoczeniu odkryliśmy, ze sezonów MacGyvera było dużo więcej niż te, które prezentowano w Polsce a mianowicie 7. Muszę wam powiedzieć, że oglądając kolejne odcinki, nie tylko świetnie się bawimy bo z serii na serię są co raz lepsze, bardziej ekscytujące, wypełnione dobrym humorem.  Dostrzegamy także jak bardzo Polska była zacofana technologicznie w tych ostatnich latach PRL (serial zaczyna się w 1985 roku). Fajnie jest mieć taką wspólną Rzecz, która obojgu sprawia przyjemność.

Jeśli chodzi o kolacyjne posiłki to przeważnie pojawiają się ciasta, ciastka i desery mojego wykonania połączone z kubeczkiem dobrego jogurtu i dzbankiem liściastej herbaty, czasem zakończone lampką (albo butelką) wina. Do tego dużo całusów, przytulania, opierania głowy na ramieniu i uśmiechu. A w te dni, gdy mi, jemu, lub nam obojgu brakuje dobrego humoru... jedzenie stara się nam go poprawić, ale przede wszystkim to dobra, szczera rozmowa potrafi zdziałać cuda.

Mój dzisiejszy deser, to troszkę połączenie rozpusty z eksperymentem kulinarnym. Oceńcie go sami.



Jabłka w cieście francuskim z karmelem i lodami dyniowymi.

składniki

1/2 opakowania ciasta francuskiego
2 ulubione twarde jabłka
2 łyżki brązowego cukru
2 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka masła
1/2 łyżeczki cynamonu

sos:
1 łyżka masła
3 łyżki cukru
szczypta soli

lody dyniowe:
2 szklanki pure z dyni (dynia gotowana na parze, zblendowana)
3 czubate łyżki miodu
1 szklanka naturalnego gęstego jogurtu
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej

Lody dyniowe przygotowałam mieszając dokładnie wszystkie podane składniki. Masę można doprawić dowolnie do smaku, bo każda dynia ma trochę inny stopień słodyczy. Ja użyłam dynię piżmową z mojego ogrodu.
Masę wstawiłam do zamrażalnika w szczelnym opakowaniu i mieszałam widelcem raz na 1,5 godziny. Niestety lody wykonane bez maszynki do lodów nie są tak kremowe jak powinny być. Przedodaniem, lody wyjęłam na 15 minut z zamrażalnika.

Z ciasta wyciąć 4 płaty tej samej wielkości, ułożyć je na papierze do pieczenia i pospać odrobiną cukru i cynamonu. Wstawić do zimnego piekarnika, nastawić na temperaturę 170'C z termoobiegiem i piec ok 15-20 minut, aż się napuszą i lekko zarumienią.

Jabłka obieramy (lub nie, jak wolicie), wydrążamy i kroimy w 3 cm kostkę. W rondelku rozgrzewamy masło, wrzucamy jabłka, cukier i sok z cytryny i dusimy na wolnym ogniu ok 10 minut. Doprawiamy cynamonem do smaku.

Mój sos karmelowy przygotowałam smażąc w rondelku masło z cukrem. Wszystkie składniki wrzuciłam w tym samum czasie, ale wiem, że sos karmelowy przygotowuje się inaczej. Nie mieszałam łyżką, a jedynie potrząsałam garnkiem i czekałam aż sos zgęstnieje. Wyszedł bardzo fajny, lekko płynny i nie klejący :)

Na jeden płat ciasta nakładamy połowę jabłek i przykrywamy drugim płatem. Na talerz wykładamy porcję lodów dyniowych i cały deser polewamy sosem karmelowym i posypujemy cynamonem.

Deser wymyślałam sama, nie korzystałam z żadnych przepisów więc nie jest idealny, ale muszę przyznać, że smakował wyśmienicie.

poniedziałek, 17 września 2012

PRZETWORY po co je robić? Przepis na patisony i ogórki z chilli czereśniowym.


Domowe przetwory-  dlaczego warto je przygotować w domu?
(artykuł przygotowałam dla Slow Food Youth Warszawa)

Wszyscy znamy nieocenioną wartość spożywania owoców i warzyw w codziennej diecie.  Dostarczają one niezbędne do prawidłowego rozwoju i zachowania zdrowia witaminy, składniki mineralne i błonnik. Zostawiając walory zdrowotne na boku, warzywa i owoce są po prostu pyszne i nie bylibyśmy w stanie wyobrazić sobie dnia bez ich obecności na talerzu.

W dzisiejszych czasach bez większego problemu możemy kupić  dowolne warzywa i owoce. Z drugiej strony doskonale wiemy, że zdrowe jedzenie, to jedzenie naturalne. Każdy, kto choć minimalnie orientuje się w kalendarzu warzyw sezonowych, wie że truskawki, pomidory, rzodkiewka i inne pyszności nie rosną i nie dojrzewają zimą i wczesną wiosną. Warzywa i owoce mozemy zamrozić, składować w piwnicy, lub innym chłodnym miejscu, kiedyś także w kopcach na polu. Spora ich grupa a wśród nich sałata, pomidory, ogórki, owoce jagodowe nie nadają się do dłuższego przechowywania. Mało kto dysponuje  zamrażarką dużej wielkości a już na pewno nie trzymamy kapusty, czy marchewki w kopcu. Jedynym wyborem pozostaje przetwórstwo owocowo warzywne w formie marynat, kiszonek, dżemów czy kompotów.Dlaczego domowy dżem i kiszone ogórki są lepsze niż te ze sklepu?

Przetwory warzywne i owocowe wytwarzane w warunkach przemysłowych muszą zachować trwałość, wyrazisty smak, zapach, odpowiednią barwę i konsystencję na długi czas. Dodawane są do nich substancje zapobiegające powstawaniu bakterii, wspomagają zagęszczanie, zastępują cukier i nadające im odpowiednią barwę. Problem w tym, że większość tych substancji może podrażniać nasz układ pokarmowy a nawet powodować alergie. Większość dodatków do pożywienia nie jest badana pod kątem oddziaływania na nasze zdrowie przy długoletnim stosowaniu a także ich łączeniu z innymi związkami.  Dla przykładu podam kilka składników, których działanie możecie sprawdzić sami, a które wyczytałam na słoiczkach w sklepie.

Dżem niskosłodzony znanej marki:  brzoskwinie, cukier, substancje zagęszczające – pektyna i guma guar, regulatory kwasowości – kwas cytrynowy i cytrynian sodu 
Powidła śliwkowe konserwowane chemicznie: śliwki węgierki, cukier, konserwanty: sorbinian potasu, dwutlenek siarki.
Dżem porzeczkowy produkowany dla jednego z dyskontów:  czarne porzeczki, cukier, substancja żelująca - pektyna, substancja zagęszczająca - guma guar, regulatory kwasowości - kwas cytrynowy i cytrynian trisodowy. 

Dodajmy do tego barwniki, słodziki i inne konserwanty i jak dla mnie, wychodzi mieszanka wybuchowa. Pamiętajmy o tym, że mamy wpływ na to co jemy i możemy wybrać produktu zdrowe i sezonowe, naturalne w naszych warunkach klimatycznych. Przetwarzając warzywa i owoce samodzielnie jestesmy w stanie kontrolować skladniki jakie dodajemy, ilosć cukru, octu, soli i przypraw.

Najprostszym sposobem konserwacji potraw jest pasteryzacja. Dzięki tej metodzie warzywa i owoce zachowują większość swoich wartości odżywczych. Kolejną metodą jest utrwalanie octem, której  minusem jest fakt że ocet może być szkodzić osobom o wrażliwych żołądkach oraz nie powinny go spożywać dzieci. Najstarszą metodą konserwacji jest kwaszenie- kiszenie Kiszone ogórki i kapusta zawierają dużą ilość witaminy C, błonnika  i innych składników odżywczych.

Zabawa w robienie przetworów to także świetna metoda spędzania wolnego czasu z dziećmi- tymi małymi i tymi większymi. W domu jest wtedy czas i odpowiednia atmosfera na rozmowy, opowieści z dzieciństwa rodziców i dziadków, celebrowanie wspólnie spędzonych godzin. Dzieci poznają wtedy sposoby przygotowywania i przechowywania żywności, uczą się szacunku dla pracy własnych rąk. Poza tym zawsze najlepiej smakują potrawy przygotowane własnoręcznie i doprawione według gustu. Przetwarzanie owoców i warzyw uczy i umożliwia zużywanie nadmiarów jakie mamy w gospodarstwie. Jeśli mamy własny ogród, kilka drzewek, albo otrzymaliśmy kosz pełen dobroci od cioci ze wsi. Najprostszym sposobem na wykorzystanie takich owoców i warzyw jest ich konserwowanie, przechowanie w postaci dżemów, pikli na zimę, lub po prostu na kolejne dni. Dzięki temu nie marnujemy pożywienia i dokładamy swoją cegiełkę do ochrony środowiska.

Dżemy, konfitury, soki i syropy przygotowywane w domu to smak jakiego nie da się zastąpić. Mają one nie tylko właściwości pro zdrowotne ale i niezastąpione walory smakowe. Domowe przetwory chronią nas przed nadmiarem substancji chemicznych w codziennej diecie i po prostu dają odrobinę radości. Ciężka praca mięśni i czas spędzony na przygotowywaniu marynat i dżemów odpłaca nam się w zimowe dni po wielokroć. Kto jeszcze nie zaczął bawić się w przetwórstwo warzywno owocowe, niech szybko zabiera się do roboty, bo jesień i zima już czyhają za progiem.

A dziś proponuje w kategorii domowe przetwory bardzo proste patisony i ogórki z chilli czereśniowym. (od Pana Ziółko zresztą :)



Patisony i ogórki z chilli czereśniowym.

Składniki:

3/4 kg patisonów miniaturowych
3/4 kg malutkich ogórków
kilka papryczek czereśniowych

5 szklanek wody
1 szklanka octu 10%
1 szklanka cukru
2 płaskie łyżki soli

ziele angielskie
gorczyca
pieprz w ziarnach
chilli w płatkach
kilka ząbków czosnku

Patisony, ogórki i papryczki dokładnie umyć, oczyścić z ewentualnych zabrudzeń i osuszyć.
Duże słoiki, najlepiej tej samej wysokości i pojemności, wyparzyć przez 15 minut w piekarniku nagrzanym do 120'C. Nakrętki wygotować przez 5 minut we wrzątku, osuszyć.
W każdym słoiku ścisło poukładać ogórki i patisony, na wierzchy ułożyć po 1-3 papryczki- w zależności jaki stopień pikantności wybieramy. Następnie wrzucić po 2 ziarenka ziela angielskiego i pieprzu, 1 ząbek czosnku, 1/2 łyżeczki ziaren gorczycy i chilli w płatkach.

Zagotować składniki zalewy i gorącą wlać do ogórków. Zakręcić, sprawdzić czy słoik nie przecieka, przez ostrożne odwrócenie go do góry dnem. 
Słoiki ułożyć w garnku, którego dno zostało wyłożone ściereczką, by słoiki się o siebie nie obijały. Wlewamy wodę mniej więcej o tej samej temperaturze co słoiki, do 3/4 ich wysokości. Od momentu gdy woda zacznie lekko bulgotać, pasteryzujemy ok 20-25 minut. Woda w garnku nie może mocno wrzeć.
Po tym czasie słoiki wyjmujemy ostrożnie z garnka i ustawiamy w przewiewnym miejscu do ostygnięcia.

Pikle są dobre i pełne smaku już po 1-2 tygodniach.

Smacznego!