poniedziałek, 30 lipca 2012

Smażone nadziewane kwiaty cukini. Opuszczam cukiniowy raj...

To już były ostatnie chwile w domu. Torba jeszcze nie spakowana, bo nigdy nie mogę się do niej zabrać. Zawsze mam problem żeby zacząć pakowanie i robię to w ostatniej chwili. A pamiętam jak jeździłam na kolonie i przygotowywanie rzeczy do podróży, spisywanie listy itp zaczynałam minimum 3 dni wcześniej :)
Tym razem torba znowu ma być ciężka.... ech moje biedne plecy. Zabieram ze sobą oczywiście mnóstwo darów naszego ogrodu i pierwsze tegoroczne marynaty, a do tego nowe oprzyrządowanie do kuchni :)

kwiaty cukini

 Na jeden z ostatnich w trakcie tej wizyty lunchów z mamą zaserwowałam smażone nadziewane kwiaty cukinii. Pochodziły one z malutkich cukinii, które jeszcze nie odrzuciły swoich kwiatuszków, a już trafiły do słoika jako marynaty. Bardzo lubię zarówno te baby-zucchini jak i smażone kwiaty.  Pisałam kilka dni temu o naszych domowych przetworach z patisonów. Szubko pojawi się tez przepis na inne marynaty.



Gdy pojawiają się kwiaty na krzaczkach dyni, cukinii i patisonów poluje na te, które już na pewno się nie przydadzą na krzaczku. Po wcześniejszym przygotowaniu, zatopieniu w cieście, trafiają na patelnię. Tym razem wypełniłam je także nadzieniem z twarożku z ziołami. Ten przysmak jest prosty w wykonaniu ale nie jemy go na co dzień z oczywistych względów. Kwiaty cukinii dość trudno kupić w sklepie, czy na bazarze. W Polsce jest to prawie niemożliwe. Na moim ukochanym Porta Palazzo w Turynie mogłam zakupić małe cukinki które posiadały jeszcze kwiaty i wtedy mogłam je przygotowywać. Była to zarazem oznaka świeżości, ponieważ kwiaty cukinii bardzo szybko więdną i już nie nadają się do niczego... W Polsce najlepiej chyba polować na znajomych z ogrodem, albo pytać na targu, bezpośrednio u rolnika. Może postara się specjalnie dla klienta o kilka cukinek z kwiatami... 




Baby zucchini

Swoją drogą ciekawe dlaczego na polskich targach sprzedawane są przeważnie cukinie dużych rozmiarów. Mój tata twierdzi, że tych małych nikt nie chce kupować. To samo dotyczy innych kształtów i kolorów. Polacy boją się nowości, kupują to co znają. Ale myślę, że to się powoli zmienia.

Nadziewane kwiaty cukinii


Smażone nadziewane kwiaty cukinii

Składniki:

ok 10 zdrowych kwiatów cukinii lub dyni
200 g twarogu półtłustego
po 1 łyżce posiekanej natki pietruszki, estragonu, oregano
sól, pieprz do smaku
150 g jogurtu greckiego

Ciasto:
1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej orkiszowej
3/4 szklanki mleka
1 jajko
szczypta soli i pieprzu

olej do smażenia

Kwiaty opłukać pod bieżącą zimną wodą z piasku. Włożyć palce do środka kielicha i bardzo delikatnie usunąć ze środka pręcik. Musimy uważać by płatki się nie połamały, bo są bardzo kruche. Przygotowane kwiaty układamy na papierowym ręczniku i delikatnie osuszamy.

Mieszamy wszystkie składniki ciasta, odstawiamy by chwilkę odpoczęło. Olej rozgrzewamy we frytkownicy, lub garnku do temperatury 170'C.

Twaróg mieszamy z połową jogurtu i rozdrabniamy widelcem, by uzyskać gładką masę. Doprawiamy ziołami i przyprawami do smaku.

Kwiaty nadziewamy jedną łyżeczką ziołowego twarożku. Najlepiej wypracować na to swój własny sposób. ja rozchylam łyżeczką z nadzieniem płatki i po czym pomagając sobie palcem przez płatek ściągam nadzienie do środka. Połamałam już parę kwiatów w swojej historii, ale szybko nabiera się wprawy i precyzji sapera.  

Nadziane kwiaty łapię za czubki i zanurzam w cieście. Obtaczam je ze wszystkich stron i znów trzymając za płatki wkładam na rozgrzany tłuszcz. Smażę po kilka sztuk do zrumienienia z obu stron.
Kwiaty wyjmujemy łyżką cedzakową na papierowy ręcznik, który wchłania tłuszcz.

Podajemy na ciepło lub na zimno w towarzystwie greckiego jogurtu przyprawionego szczyptą pieprzu i natki pietruszki i opcjonalnie kilkoma kroplami soku z cytryny.

Smacznego!


piątek, 27 lipca 2012

Przetwory. Patisony w marynacie z curry. Wieczór filmowy po hiszpańsku.

Dzisiaj obiecany przepis na pikle z patisonów. Zaproponowaną zalewę można także swobodnie użyć do marynowania ogórków i cukinii pokrojonych w kostkę. Patisony to tak na prawdę odmiana dyni- tzw. Dynia talerzowata. od kilku lat hodujemy z mamą patisony w 90% z przeznaczeniem na przetwory. Dawno temu zasmakowały nam "Patisony ze Ścinawy" i postanowiłyśmy zacząć własną produkcję.  Wspominałam już kilka razy, że nasze przetwory w tym dowcipnie nazwane przez znajomych "parkinsony" robią furorę. Smakują niesamowicie już po kilku dniach. Naszym sekretem jest zawsze duża ilość przypraw i ziół, to one oprócz octu nadają smak patisonom, ogórkom czy cukinii. Kilka lat temu wpadłam w manię marynowania. Mieliśmy wtedy w ogrodzie kilka odmian cukinii, kabaczków i dyni i ich nadmiar trzeba było jakoś przerobić. Powstało wtedy mnóstwo słoiczków wypełnionych samymi pysznościami. Dzięki temu wiem, które pikle były na prawdę smaczne i trwałe.
patison


Teraz nagła zmiana tematu. Miałam dziś opisać kolejny film, który mną poruszył, ale na niego przyjdzie jeszcze pora. Z samego rana wyczytałam w programie telewizyjnym, ze w ramach "Kocham Kino" zaprezentowany będzie film "Maria Łaski Pełna". Właśnie go oglądam.

Jest to film w koprodukcji USA, Kolumbii i Ekwadoru. Porusza on bardzo ważny problem przemytu narkotyków na dużą skalę. Naiwne, młode, zdrowe dziewczęta są namawiane by pracowały jako tzw."muły". Ich zadaniem jest przemycanie heroiny w kapsułkach we własnych żołądkach. Oczywiście za dobrze wypełnione zadanie dostaną tyle pieniędzy, ile nie dałyby radę zarobić przez kilka lat. Maria, główna bohaterka, pracuje w fabryce produkującej róże, musi oddawać pieniądze na utrzymanie całej rodziny, a do tego sama dowiaduję się o ciąży. Maria chciałaby, by jej dziecko wychowywało się w lepszych warunkach, a do tego potrzebne są pieniądze. Czy jej chęć opieki nad nienarodzonym dzieckiem usprawiedliwia podjęcie takiej decyzji i zarazem wielkiego ryzyka? Mogła być złapana i  oskarżona, mogła zginąć i zabić swoje dziecko. Ciężko nam postawić się w sytuacji takiej dziewczyny. Maria dorasta w o wiele trudniejszych warunkach niż my, młodzi ludzie w Polsce. jednego jestem pewna, winnych na pewno trzeba szukać zw producentach, przemytnikach, sprzedawcach narkotyków. 
Nie będę opowiadać więcej szczegółów filmu, bo bardzo was zachęcam do jego obejrzenia. Większość filmów proponowanych w "Kocham Kino" jest prawdziwymi arcydziełami. Maria Łaski Pełna też mieści się w te ramy.
Godny uwagi jest też plakat do filmu, gdy zastanowić się na jego symboliką, można wyciągnąć kilka  kolejnych przemyśleń dotyczących filmu. Szczerze polecam.

Wróćmy do jedzenia. Niestety nie mogę napisać ile słoików marynat otrzymacie. Ja za każdym razem używam słoików o różnych pojemnościach, więc nie podam konkretnej liczby. Z kolei, jeśli zabraknie mi zalewy, to tez się nie przejmuj, tylko dorabiam jej kolejną porcję. Robienie marynat to przyjemność, więc trzeba do tego podejść na luzie i ograniczyć dawkę stresu, a wszystko się uda. Oto przepis:

patisony w curry


Patisony w marynacie z curry.

2 kilogram małych patisonów (o średnicy do 4 cm)
liście selera
cebula
główka czosnku
ziarna gorczycy, pieprzu, ziela angielskiego
listki laurowe
Patisony w marynacie curry

Zalewa:
1 litr wody
1 i 1/2 szklanki octu (10%)
1 1/2 łyżki soli
1 1/2 szklanki cukru
50 g przyprawy curry

Patisony myjemy, ścinamy ogonek i pozostałość po kwiatach. Składniki zalewy zagotowujemy w garnku, uważając by nie wykipiała.

W każdym słoiku ściśle układamy patisony. Dorzucamy po jednej sztuce: listek laurowy, liść selera, ząbek czosnku, plaster cebuli. Dodatkowo dosypuję ok 1/3 łyżeczki ziaren gorczycy, pieprzu i ziela angielskiego.

Do słoików wlewam gorącą zalewę zostawiając 1 cm od wieczka. Zakręcam szczelnie i ostrożnie przechylam słoik i stawiam do góry nogami. w ten sposób od razu sprawdzam czy nakrętka jest szczelna i mogę ją jeszcze wymienić. Odwracam je z powrotem i wkładam do garnka, na dnie kładziemy ściereczkę, by słoiki bezpośrednio go nie dotykały. Pasteryzujemy słoiki o podobnej wysokości i pojemności. Nalewamy wodę do 3/4 wysokości słoika i gotujemy. Od momentu zagotowania wody trzymamy na ogniu przez 15 minut. Po tym czasie możemy je pozostawić w garnku do ostygnięcia lub wyjąć na ściereczkę, na blat i również zostawić by wystygły.

Marynaty powinny być pełne smaku i pyszne już po tygodniu.

Smacznego!


środa, 25 lipca 2012

Zdrowe szpinkowo- owocowe śniadanko i chleb żytni na zakwasie.

Dziś kolejny post z domowych pieleszy.

Po wizycie w ogrodzie i ulubionym targu lodówka jest pełna dobroci warzywnych i owocowych. Już poprzedniego wieczora zamarzyła mi się sałatka owocowa i kombinowałam co mogę jeszcze do niej dodać, by stworzyć coś pysznego. Wybrałam do niej szpinak, miętę, kwiaty oregano i serek wiejski. Kusiło mnie wy dorzucić tam jeszcze wędzonego łososia, ale zrezygnowałam, gdy zobaczyłam wielkość potrawy. ja jednak nie jem za dużo... Do tego dołączyłam porcję domowego czysto żytniego chlebka na zakwasie z przepisu Liski z Pracowni Wypieków. Mój nie wyrósł za bardzo, ale jest cudownie mokry i z chrupiąca skórką. Polecam ten przepis waszej uwadze. A mój zakwas powoli, powoli dojrzewa :)

Mimo, że ukochanego zostawiłam w Czechach, to widzimy się codziennie na śniadanku. Dzięki Ci Boże i wam naukowcy i wynalazcy za komputer, internet i Skype :)
Jest to taka nasza tradycja z czasu, gdy jeszcze musieliśmy żyć na odległość (duuużą odległość). Te pół godziny spędzone razem z samego rana daje dużo energii na resztę dnia.

Generalnie kocham celebrować posiłki. Staram się jadać jak najczęściej obiady, śniadania, kolacje z rodziną czy przyjaciółmi. Spożywane w miłym towarzystwie dania bardzo zyskują na smaku i to jest piękne.

Dzisiaj zaraz po śniadanku goniłam na spotkanie z dwiema cudownymi dziewczynami- mamą i jej córeczką. Obie uwielbiam i cieszę się gdy mogę z nimi pospacerować i porozmawiać. Maja- śliczna, słodka dwulatka- nawet już mnie rozpoznaje i kojarzy z kotkiem, którego dla niej wydziergałam. jakie to miłe :)




Sałatka owocowa z miętą na liściach szpinaku

Umówmy się, że ilość składników traktujemy bardzo umownie i zmieniamy je według chęci i upodobań.

Składniki dla 1 osoby
2 garści liści szpinaku
1 garść borówek amerykańskich
1 garść malin
1 duża morela
1/2 jabłka papierówki
kilka listków świeżej mięty
kilka kwiatów z oregano lub tymianku
sok z 1/2 cytryny
szczypta pieprzu
4 łyżki serka wiejskiego

Liście szpinaku i mięty płuczemy w zimnej wodzie, odsączamy na sitku i pozbawiamy łodyżek.
Morelę i jabłko pozbawiamy pestek i kroimy na cienkie plasterki, lub małe kawałki.
Szpinak rozrzucamy na głębokim talerzu, a na nim układamy wszystkie owoce, listki mięty, serek, i kwiaty. Sposób podania jest oczywiście dowolny. Całość skrapiamy sokiem z cytryny i posypujemy szczyptą pieprzu i gotowe :)

Smacznego!


wtorek, 24 lipca 2012

Cannelloni con spinaci e ricotta - dla mojej mamy.

Już jutro obiecane przetwory z patisonów a może nawet i z ogórków. Jednak jeszcze dzisiaj przepis na danie, które przygotowuję dla mojej mamy za każdym razem gdy ją odwiedzam.

Jak już kiedyś wspominałam, obydwie bardzo lubimy włoskie makarony. Gnocchi, tortellini, ravioli, papardele z różnymi, głównie warzywnymi dodatkami. Ale najbardziej ukochane przez moją mamę są cannelloni ze szpinakiem i zawsze je dla niej przygotowuję. Mój tata należy do miłośników mięsiwa i piwa i takie potrawy "jak dla królika" niekoniecznie mu smakują... no cóż nie wie co traci.

Dzisiaj odwiedziłyśmy razem nasz pobliski targ. Zaopatrzyłam się w fasolkę, różnokolorowe, fikuśne papryki, pachnące pomidory, świeży szpinak oraz morele i młode jabłka. Ech, uwielbiam spacerować między straganami i polować na dobre i świeże owoce i warzywa. Możemy tam też kupić sadzonki ziół i kwiatów, jaja, pieczywo i mnóstwo innych przydatnych rzeczy w kuchni i w domu. tego mi brakuje w Czechach...

Zawsze gdy przyjeżdżam do  rodziców mam swoje jedzeniowe zachciewajki. Nikt nie robi lepszej kaszki mannej na mleku ani smaczniejszych racuchów, czy zupy grochowej niż moja mama. Ja także mam kilka potraw, które w tych dniach przygotowuję w tym ciasteczka z muesli, risotta, cannelloni i inne. Cannelloni występuje u mnie w kilku wersjach, ale najczęściej robimy wersję ze szpinakiem i sosem beszamelowym, lub z sosem pomidorowym jak dzisiaj. Potem razem zajadamy z uśmiechem na twarzy :)

A więc zanim o przetworach, zapraszam na obiadek.



Cannelloni con spinaci e ricotta

(dla 2-3 osób)
12 rurek makaronu cannelloni

150 g sera ricotta
500 g dobrego mrożonego szpinaku
(lub 750 g świeżego szpinaku )
1/2 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej (lub więcej)
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
garść natki pietruszki

Sos:
150-200 ml przecieru pomidorowego
1/2 cebuli
1 gałązka estragonu i oregano

sól i pieprz do smaku
oliwa z oliwek

50 g startego twardego sera (użyłam polski Szafir)

Przygotowanie:
Szpinak jeśli jest mrożony, rozmrażamy na głębokiej patelni dusząc początkowo pod przykryciem i na koniec odparowując całą wodę. Jeśli kupicie dobry, czysty szpinak wody nie powinno być prawie wcale. Nie polecam szpinaku w typie gniazdek, porcyjek itp, a już szczególnie tego ze śmietaną.

Świeży szpinak wrzucamy na patelnię z 1/2 szklanki wody, przykrywamy i dusimy przez 3 minuty- aż całkiem "zwiędnie". Wykładamy na drobne sito i gdy przestygnie odciskamy go z nadmiary wody. Następnie siekamy go bardzo drobno.

Listki pietruszki siekamy i mieszamy ze szpinakiem, dodajemy do nich także sól, pieprz, gałkę muszkatołową i ricottę. Jeśli lubicie czosnek możecie przecisnąć jeden ząbek przez praskę i również dodać do nadzienia.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 'C.



Cebulę drobno siekamy i podsmażamy aż zmięknie na kilku łyżkach oliwy. Następnie wlewamy do niej przecier pomidorowy, przyprawy  i  posiekane zioła. Dodaj tyle ziół i przypraw ile lubisz. Całość mieszamy i podgrzewamy nie dłużej niż 5 minut.

Przygotowujemy naczynie do zapiekania, najlepiej prostokątne. Na dno wylewamy połowę sosu pomidorowego. Każdą rurkę nadziewamy nadzieniem szpinakowym i układamy na sosie. Mi nadzienia wystarcza na 12-13 rurek. Gdy wszystkie rurki już leżą w naczyniu polewamy je po wierzchu resztą sosu.
Najważniejszy jest fakt, by wszystkie rurki były przykryte sosem, żeby mogły się ładnie ugotować.
Cannelloni wstawiamy do piekarnika i pieczemy 20 minut.

Po tym czasie szpinakowe rurki posypujemy startym serem i zapiekamy kolejne 5-7 minut. Ja dorzuciłam także krążki z młodego pora.

Aby mieć pewność, że makaron już jest miekki i gotowy do jedzenia, wbijcie w niego widelec. Jeśli wchodzi dość łatwo, to cannelloni powinny być gotowe. Zawsze możesz tez kawałek oderwać i spróbować :)

Przed podaniem cannelloni skrapiam dodatkową ilością oliwy z oliwek i posypuję ziołami i mielonym pieprzem.

No i gotowe. Smacznego!


poniedziałek, 23 lipca 2012

Sałatka ze świeżych warzyw z kus-kusem i ziołami i zadania domowe.

No i jestem w domu. Tym razem przyjechałam sama i to głównie jako pomocnica :) Dziś na przykład cały Boży dzień zbierałam borówki amerykańskie, z przerwą na mały obiad.

To cudownie mieć ogród i móc korzystać z jego dobrodziejstw. W sobotę przygotowałam kruche babeczki pełnoziarniste z kremem z mascarpone, borówkami i galaretką truskawkową. na bieżąco produkujemy także przetwory na zimę w tym nasze ukochane patisony w occie. kolejna porcja już czeka na marynowanie. Ich kwiaty natomiast smażę w cieście troszkę bardziej gęstym niż naleśnikowe... pychota.


Przepis na pyszne patisony będzie niedługo.

Jeśli po powrocie do domu mam trochę wolnego czasu włączam sobie Kuchnię+ Nie mam tego kanału w Czechach i bardzo za nim tęsknię.... Teraz na antenie jest Jamie Oliver z Jamie's Summer Food Rave Up.
 Niedługo na pewno spróbuję nie jednego przepisu z tego programu. Och. uwielbiam oglądać Jamiego, nawet jeśli widzę program 3-4 raz.

Dziś na szybko zaproponuję szybką, świeżą, letnią salatkę na zimno. Idealna na lunch, lekki obiad czy kolację

Sałatka ze świeżych warzyw z kus-kusem i ziołami


skladniki:
(dla 2-3 osób)
1/2 szklanki pełnoziarnistej kaszy kus-kus
1/2 białej rzodkwii
1 duży pomidor
2 młode 10 cm ogórki
1 szklanka liści bazylii
1 gałązka świeżego tymianku
5 średnich pieczarek
100 g serka koziego
1/2 młodej  cukinii
1 szalotka ze szczypiorem
3 łyżeczki przyprawy do sałatek *mieszanka ziół prowansalskich i suszonych płatków kwiatów
2 lyżki oliwy z oliwek
1,5 łyżki octu z czerwonego wina
sol, pieprz do smaku

Przygotowanie:

Kus-kus wymieszać ze szczyptą soli i pieprzu, zalać wrzątkiem 2 cm ponad linię kaszy.
Ogórka i cukinię i pieczarki obrać, pozbawić pestek i pokroić w dowolne kawałki.  Pomidora sparzyć, pozbawić skórki i głąba, usunąć pestki i również pokroić dowolnie.
Z bazylii i tymianku oberwać listki i porwać rękoma. Szalotkę pokroić w plasterki.
Gdy kus-kus napęcznieje, wsypujemy go do miski i rozdzielamy ziarna za pomocą widelca, wrzucamy do niego warzywa, kozi ser i zioła. Doprawiamy solą i pieprzem według uznania, skrapiamy oliwą i octem, posypujemy przyprawa do sałatek i podajemy.

Ilość warzyw, ziół, oliwy i octu jest w zasadzie umowna. Można dodać więcej, mniej, jak kto woli. Poza tym dodajemy takie warzywa jakie nam wydaja się odpowiednie, byleby były świeże....  Lubię improwizować :) Myślę że następnym razem dorzucę do sałatki czerwone porzeczki i miętę....

Smacznego!

sobota, 21 lipca 2012

Melonowe Virgin Mojito z muzyka w tle.

Gdy  jestem w podróży lubie gdy towarzyszy mi dobra muzyka. Jak ona jest? To zależy od wielu czynników:

1. Z kim podróżuję. Jeśli jadę samochodem z kimś na miejscu kierowcy, albo pasażera muszę wypracować pewien kompromis muzyczny, nie zabić uszu kompana, lub nie zanudzić go na śmierć. Często dobrym rozwiązaniem w tym wypadku jest radio. (najlepiej Antyradio :P)

2. Jaki jest mój nastrój. Jeśli wracam z miejsca, które zostawiło we mnie mnóstwo wrażeń i emocji, przeważnie potrzebuję chwili spokoju, żeby to wszystko przetrawić i puszczam coś spokojnego... np Katie Melua, Norah Jones, Mariza, Stacy kent, Cesaria Evora, Aga Zaryan, Ania Dąbrowska, itp.

3. Czym podróżuję. Gdy jadę na rowerze, rolkach potrzebuję muzyki, która wprowadzi mnie w pozytywny nastrój i doda mi energii.  Tu mogą być jeszcze podkategorie związane z nastrojem- Rock, pop, latino.
(Audoslave, Foo Fighters, Hey, Coma, Kate Nash, katy Perry, Adele, Beyonce, Chambao, Gotan Projec, Shakirat etc)

4. Co się wydarzyło. Często jakieś nowe miejsce pozostawia we mnie pewien bagaż ( nie tylko w bagażniku) i mam ochotę pozostać jeszcze w tym świecie- świetnego filmu, koncertu, wystawy- wtedy przychodzi czas na muzykę filmową, płytę nowo poznanego zespołu, lub cd czy mp3 zgrane od przyjaciół. ( OST The Hottest State, Avatar, Cadillac Records; Lao Che, Pogodno, Torsten Goods,

taaak, ja na prawdę słucham sporo muzyki....

A gdy chce mi się tańczyć... wchodzę w rytmy latynoamerykańskie. Przenoszę się myślami na Kubę i wywijam bioderkami. Polecam, dobrze robi na zły humor i  na tzw. "Muffin tops"- czyli po prostu na wystające boczki :)

Skoro już jesteśmy w temacie Kuby, gorącej wyspy, to przejdę do mojej propozycji. Tradycyjny koktajl- Mojito pochodzi właśnie stamtąd i choć moja wersja jest jej odważną modyfikacją, to obie bardzo mi smakują i orzeźwiają w letnie wieczory.

Świeży zielony melon (Piel del Sapo) zainspirował mnie do zrobienia koktajlu z użyciem mięty i limonki w stylu słynnego Mojito.  Ten napój także pasuje mi do podróży :) Jest bez alkoholu, więc będzie odpowiedni także dla kierowcy. Można go oczywiście udoskonalić dodając odrobinę ciemnego lub kubańskiego rumu.

PS. W tle moja nowa naklejka na drzwi- dzięki niej wiecznie jestem w drodze :)

 







Melonowe Virgin Mojito
(2 porcje)

1/2 melona (Piel del Sapo, lub innego)
1 szklanka świeżych liści mięty
2 łyżki brązowego cukru
1 limonka
1/2 cytryny
1 szklanka gazowanej wody
(ewentualnie alkoholowe mojito- potrzebuje ok 2 kieliszków rumu- najlepiej ciemnego)

Melona obieramy ze skóry, wydrążamy pestki, kroimy na niewielkie cząstki. odrywamy listki mięty od łodyżek. Limonkę i cytrynę rolujemy na stole by oddały nam więcej soku.
Liście mięty wrzucamy do melona, dodajemy do niego cukier sok z cytryny, sok z limonki i blendujemy na gładko. Do wersji alkoholowej dodajemy także rum. Wyłączamy blender i dolewamy gazowana wodę, mieszamy łyżką.

Koktajl wlewamy do wysokiej szklanki i dekorujemy listkami mięty i cząstkami cytryny lub limonki.

Wypijamy i idziemy tańczyć :)

Smacznego i miłego weekendu!



czwartek, 19 lipca 2012

Ratatouille z okzazji "2 dni w Nowym Yorku"

Ratatouille przeze wszystkim kojarzyło mi się z uroczym filmem dla dzieci o małym słodkim francuskim szczurku. O ile nie lubię szczurów, o tyle ten kreskówkowy  mnie urzekł i oglądałam jego przygody z gotowaniem już ze 4 razy. Kto nie oglądał niech szybko to zmieni, film świetny dla dzieci i dla dorosłych- zwłaszcza tych zakochanych w jedzeniu :)

Dziś zajął mnie jednak inny film: "2 dni w Nowym Yorku". Julie Delpy nie tylko jest jego reżyserką ale także wcieliła się w główną rolę. Ten kolejny po "2 dniach w Paryżu" film aktorki jest zarazem jego kontynuacją. W pierwszej części Marion stara się uratować swój związek z Amerykaninem poprzez powrót do Europy- jej rodzinnego miasta Paryża. W najnowszym filmie bohaterka realizuje się w życiu z nowym partnerem- znanym prezenterem radiowym. Żyją sobie razem w nowojorskim mieszkaniu z synkiem Maurice i córką Mariona z poprzednich związków. Maurice otwiera także niedługo wystawę swoich artystycznych zdjęć, choć nie wydaje się pewna swojego sukcesu. Już na początku filmu wkracza w jej życie rodzinka z Francji z wizytą. Tata, szalona siostra i (niespodziewanie) jej chłopak, czyli wyjątkowa francuska banda.
Styl dialogów, akcji i całego filmy jaki realizuje Julie jest bardzo podobny do dzieł Woodego Allena. Słowa wyskakują z aktorów w zawrotnym tempie, co sekundę śmiejemy się z dowcipów opartych na niedomówieniach, niuansach, wiele tu scen pełnych ludzi, rozmów i życia. Film nie tylko opowiada o życiu w związku, wszystkich jego przyjemnościach i trudnościach, ale także przedstawia nam cechy prawdziwych Francuzów. Nie da się ukryć, że wyróżnia ich ekscentryzm, cynizm, pewna dziwaczność, co tak bardzo odróżnia ich od Amerykanów i od nas -widzów (o ile nie są Francuzami :P)
2 dni w Nowym Yorku, to film dla miłośników dobrej, inteligentnej komedii, nieprzewidywalnych zwrotów akcji, dowcipnych scen i sytuacji i wielu, wielu dobrych dialogów.

Ani w Paryżu ani w Nowym Yorku jeszcze nie byłam ale chętnie spędziłabym w nich nawet więcej niż 2 dni... Póki co, znów jadę do Warszawy :)

Dziś namiastką Francji będzie wspomniane Ratatouille.



Ratatouille w moim wydaniu

Składniki:
1 papryka czerwona (jak najbardziej podłużna)
1 papryka biała (lub żółta)
1 cukinia
1 bakłażan
1 szklanka przecieru pomidorowego
1 niewielka cebula
1 ząbek czosnku
sól i świeżo zmielony pieprz
garść ziół prowansalskich (bazylia, tymianek, oregano, estragon, rozmaryn)
Oliwa z oliwek
1 szklanka startego twardego sera (oscypek, pecorino itp.)
(można go zastąpić pokruszoną fetą lub serem kozim)



Przygotowanie:
Warzywa umyć, cebulę i czosnek obrać. Paprykę pozbawić rdzenia z pestkami i pokroić w cienkie krążki.
Cukinię i bakłażana pokroić w cienkie plastry. Czosnek i cebulę drobno posiekać.

Na dno formy wylać przecier pomidorowy. zaczynając od środka układać po kolei warzywa na kształt muszli ślimaka. Ja układałam w kolejności- bakłażan- czerwona papryka, cukinia, biała papryka, bakłażan itd. Całość posypałam po wierzchu solą, pieprzem, ziołami prowansalskimi i posiekaną cebulą z czosnkiem

Ratatouille wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 190'C i pieczemy ok 45 minut. 5 minut przed końcem pieczenia posypuję całość startym serem i dalej zapiekam. Warzywa powinny być miękkie i bardzo lekko zarumienione, nie wolno ich przypalić. Przed podaniem Ratatouille dekoruję świeżymi listkami bazylii.

Ratatouille możemy podać z bagietką, ryżem, kus kusem, czy polentą. W każdej formie będzie pyszne.

Smacznego!